Home»Życie»Pamiętam moje koty

Pamiętam moje koty

0
Shares
Pinterest Google+

Mówią, że koty mają nas w nosie; że przywiązują się do miejsc, a nie do ludzi. Bzdura. Odkąd mam koty, a właściwie one mnie mają, czyli od bardzo dawna, zawsze jest tak, że koty są związane z ludźmi. Może ci, którzy opowiadają bzdury o kotach, nigdy ich nie mieli? A może po prostu sami nie przywiązują się do ludzi i koty się od nich uczyły?

Pierwszy mój kot to był Isaur. Myśleliśmy, że to kotka, więc nazwaliśmy kota Isaura. Miał zwyczaj wychodzić przez okno z siódmego piętra i schodzić po rusztowaniach na spacer po podwórku. Aż któregoś dnia zeżarł jedzenie, które sąsiadki staruszki wykładały bezdomnym kotom. Skąd mógł wiedzieć, że jakiś skurwiel do tego jedzenia wyłożył truciznę?

Pamiętam kota Bojkota. Miał plamkę czarną na nosie, która wyglądała jak wąs Hitlera. Niestety, trafił do nas chyba już chory i żył u nas krótko.

Pamiętam kota Mośka. Miał zeza, astygmatyzm i ogólny niedorozwój umysłowy. Siedział na leśnej drodze i nie zauważył nadjeżdżającego samochodu. Na szczęście Tata go zauważył i tak do nas trafił. Zginął gdzieś na działce. Poszedł w las i nie wrócił.

Pamiętam kotkę Felkę. Felka była piękna niezwykle, choć umysłowość miała blondynki. Ze wszystkich domowników najbardziej kochała Mamę. Potrafiła siedzieć przed nią i patrzeć miłośnie w oczy, całym swym kocim jestestwem mówiąc: „Zostaw to, czym się zajmujesz, zajmij się tym, co ważne. Kocham cię”. Któregoś dnia bez żadnych sygnałów ostrzegawczych przestały pracować jej nerki. Codzienne wizyty u lekarza, kroplówki nie pomogły. Zaczęły się nerwobóle i nie było wyjścia.

Pamiętam kotkę Bubę. O, Buba była kotem niezwykłej mądrości i dobroci. Chociaż na początku, kiedy do nas trafiła, była diabłem wcielonym. Znajomi rodziców oddali nam ją, bo zrzuciła ze schodów ich starego kocura i terroryzowała cały dom. Z czasem u nas się uspokoiła. I to ona rządziła w domu, troszcząc się po swojemu o ludzi, Felkę, przyniesioną przeze mnie kotkę Myszę i o psa Kuzyna. Bubę zaatakował rak. Byliśmy pogodzeni z tym, że niedługo przyjdzie ten moment…

I wtedy właśnie zachorowała Felka. Kiedy wróciliśmy bez niej od weterynarza, Buba przez kilka dni biegała po mieszkaniu, szukając jej w każdym zakamarku. A gdy zrozumiała, że Felki nie ma, odmówiła jakiejkolwiek współpracy z nami. Weszła na szafę, usiadła tam tyłem do nas i nie chciała jeść ani nawet łypnąć okiem na nas. I tak po kilku dniach odeszła.

Pamiętam kotkę Łapkę. Gdy wyprowadziłem się do Gliwic na kilka lat, Łapka już tam była. Przyjęła mnie serdecznie. Łapka była głucha. Nauczyła się reagować na gesty. Wystarczyło, że siedząc poklepałem się po udzie, a ona już przychodziła. Nie spała w łóżku, bo nie lubiła, ale zawsze przychodziła przed snem powiedzieć „dobranoc”. Gdy zasnąłem, głaszcząc ją cały czas, cichutko szła sobie na parapet, na którym uwielbiała spać. Aż któregoś zimowego dnia wróciłem z jakiejś służbowej podróży i okazało się, że Łapka miała udar. Wspaniali lekarze próbowali ją ratować, ale następnego dnia miała drugi udar, po którym nie mogła oddychać. Pamiętam, jak z mozołem kopałem w zamarzniętej na kość ziemi, by ją pochować.

Będę pamiętał Cześka. Trafił do nas dzięki internetowym adopcjom. Czesiek był mistrzem złodziejstwa. Potrafił w mgnieniu oka zwinąć kilkanaście plasterków wędliny z talerza i zwiewać z nią, by gdzieś w kącie zjeść ją w spokoju. Zawsze pierwszy do miski. Miał fioła na punkcie czystości. I mruczał głośno jak traktor. Chodził troszkę swoimi ścieżkami, ale co jakiś czas dochodził do wniosku, że teraz ma ochotę być głaskany, więc po prostu wskakiwał na kolana i domagał się tego, co mu się słusznie należało. Kiedy zachorował, dzielnie znosił zabiegi u lekarza. Miauczał z bólu, ale pozwalał, ufając ludziom, że chcą mu pomóc. Zasnął wieczorem schowany w swoim domku do noszenia i tak go rano znaleźliśmy. Czesio najbardziej kochał Karolinę. To był jej kot. Ale mój też, choć, no, co tu dużo kryć, ja byłem dodatkiem. A teraz pozostałe cztery koty chodzą po domu i szukają Czesia. A Wicio, ten rozkoszny głuptas, siedzi przy domku, w którym Czesio zasnął i miauczy smutno… I to on w nocy piszczał, jakby nas wołał. A myśmy nie wiedzieli…

To nieprawda, że koty nie przywiązują się do ludzi. I my, ludzie, przywiązujemy się do kotów. Nasze uczucia, jakimi obdarzamy zwierzęta, świadczą o nas. Głęboko wierzę w zdanie, które wisiało w pracowni biologicznej w mojej podstawówce:

Człowiek, który nie kocha zwierząt, nie jest zdolny kochać ludzi.

(Visited 63 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Hejtujemy papieża Franciszka

Następny tekst

Kominek szuka hostingu i co z tego wynika dla Twojego biznesu :)