Home»Życie»Podróż sentymentalna

Podróż sentymentalna

0
Shares
Pinterest Google+

O tej podróży myślałem już od dawna. Takie to było klasyczne „chciałabym, ale się boję”, tylko w męskim wykonaniu. Zawsze jakoś było nie po drodze, zawsze coś przeszkadzało. I tak przez wiele lat.

Aż w końcu zebrałem się w sobie. Zapakowałem aparat fotograficzny w torbę, torbę – do bagażnika, założyłem portki, kurtkę, kask i całą resztę i wsiadłem na ukochany skuter.

Jechałem Puławską, trasą, którą przemierzałem w dzieciństwie tyle razy, a która tak bardzo przez te lata się zmieniła. Minąłem szyld „Mysiadło”. Wtedy był tu PGR (dla tych, co nie pamiętają: Państwowe Gospodarstwo Rolne) oraz liczne szklarnie tzw. badylarzy. Mysiadło było bowiem zagłębiem pomidorowym. Dziś nie ma ani szklarni, ani PGR. Są biurowce, apartamentowce, centra handlowe. Ot, znak czasów.

Minąłem w Piasecznie koszary policyjne. Wtedy były milicyjne. Stacjonowało w nich ZOMO, czyli Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej. Młodszych uświadamiam – to były takie oddziały obywatelskiej ponoć milicji wyspecjalizowane w palowaniu obywateli, którzy wyrażali niechęć do władzy. Dziś stacjonuje tam wydział prewencji policji. Z zewnątrz, prawdę mówiąc, niewiele się zmieniło.

Skręciłem w drogę oznaczoną numerem 79, prowadzącą do Sandomierza. Swoją drogą – kiedyś wybiorę się w trasę do Sandomierza i z powrotem. Może spotkam ojca Mateusza? :-) Dojechałem do Pilawy i w końcu zobaczyłem tablicę nadleśnictwa w Chojnowie oraz kierunkowskaz na Orzeszyn. To był zawsze punkt orientacyjny. Tu skręcaliśmy. Zatrzymałem się i zrobiłem kilka pamiątkowych zdjęć.

Skręt z drogi 79 do Orzeszyna i dalej do Sierzchowa
Skręt z drogi 79 do Orzeszyna i dalej do Sierzchowa
Tablica Nadleśnictwa Chojnów, znak orientacyjny do skrętu
Tablica Nadleśnictwa Chojnów, znak orientacyjny do skrętu
Droga na Orzeszyn i Sierzchów
Droga na Orzeszyn i Sierzchów

Wsiadłem na skuter i pojechałem dalej. Tu droga była już gorsza. Najwyraźniej projekt „schetynówek” jej nie objął. Zapamiętałem ją jako niemal pustą, a teraz podziwiałem wypasione wsie z bogatymi domami, niemal pałacami, po obu stronach. Wydawało mi się zawsze, że to była już krótka trasa, ale okazała się jednak dłuższa, niż sądziłem. I nie była to kwestia pojazdu, bo przecież skuter wcale nie jedzie dużo wolniej niż rozklekotany Fiat 126p.

Krętą i mocno dziurawą drogą dojechałem do Sierzchowa. Tu znów zatrzymałem się i zrobiłem kilka zdjęć. To kolejny punkt orientacyjny. Przy sklepie GS (dla młodszych czytelników: GS = Gminna Spółdzielnia „Samopomoc chłopska”) skręcaliśmy zawsze w polną drogę przez maliniak, prowadzącą do lasu, a potem leśnymi wybojami dojeżdżaliśmy na miejsce.  Sklepu GS już nie było, a Sierzchów zmienił się zupełnie. Nie byłem więc pewny, w którym miejscu powinienem skręcić.

Sierzchów – to w tej wsi skręcało się do Ługówki
Sierzchów – to w tej wsi skręcało się do Ługówki

Los mi jednak sprzyjał. Droga była zamknięta, bo miała przechodzić pielgrzymka. W poprzek drogi stał radiowóz, a przy radiowozie – pani policjantka. Sympatyczna i – co od razu seksistowsko zauważyłem – bardzo ładna. Zatrzymałem się więc, zsiadłem ze skutera, zdjąłem kask, przyozdobiłem twarz najmilszym uśmiechem i śmiałym głosem poprosiłem panią funkcjonariuszkę o wskazanie dalszej drogi. Okazało się, że stoimy na skrzyżowaniu, na którym powinienem właśnie skręcić. Za moich czasów asfaltowej drogi nie było. Świat idzie do przodu.

Droga asfaltowa skończyła się dość szybko i zaczęła zwykła piaszczysta. Skuter tańczył w piaszczystych koleinach niczym Fred Astaire w starych filmach. Pogratulowałem sobie, że jeżdżę zawsze w długich spodniach i kurtce. Nie dość, że raz o mało co się nie położyłem, to w dodatku po obu stronach rosły solidne pokrzywy.

Troszkę pobłądziłem. Pamiętałem, że skręca się w lewo i tak zrobiłem, ale wieś, do której dojechałem, zupełnie nie pasowała do tego, co pamiętałem. Oczywiście, wiedziałem, że się mogło pozmieniać, ale intuicja podpowiadała, że nie aż tak. Powiadają „koniec języka za przewodnika”. Zatrzymałem się więc, podszedłem do jednej z chałup, gospodyni krzątała się po obejściu. Zapytałem o drogę i okazało się, że intuicja mnie nie zawiodła. Dowiedziałem się, jak jechać dalej. I pojechałem. Okazało się, że po prostu wjechałem nie od tej strony, którą zawsze wjeżdżaliśmy, lecz od drugiego końca wsi.

Zobaczyłem tablicę z napisem „Ługówka”. Za moich czasów nie było żadnej tablicy. Nie było też asfaltowej drogi przez wieś. Swoją droga, to zabawne, że do wsi dojeżdża się piaszczystą, wyboistą, leśną drogą, i to z obu stron, ale w samej wsi droga jest asfaltowa. Znów zatrzymałem się, by zrobić pamiątkowe zdjęcia. A potem powoli przejechałem przez całą wieś, na jej drugi koniec, gdzie była nasza działka i nasz domek.

Wjazd do Ługówki – ten od niewłaściwej strony i nowość – tablica z nazwą
Wjazd do Ługówki – ten od niewłaściwej strony i nowość – tablica z nazwą

Im bliżej było drugiego końca wsi, tym i lęku we mnie było więcej. Po drodze widziałem, że nie ma już domu, w którym mieszkali Pan Marian i Pani Wanda, przyjaciele naszej rodziny. No, tak, jak Pan Marian, to nikt nie umiał przeklinać. Oboje wspaniali ludzie. Dom Pana Stefanka, też działkowca, zapuszczony, od dawna nikt tam chyba nie zagląda. Nie ma gospodarstwa Pana Henia. Pan Henio to dopiero był aparat. Wart osobnego wpisu. I wreszcie koniec wsi, krańcowa chałupka. Wysoki drewniany płot, drzewa, ale naszego orzecha nie ma. Pod orzechem była studnia. Studni też już nie ma. Nowoczesność. Nie ma grządek z warzywami i owocami, jest trawa. I piękny, taki rustykalny, domek. Ale już nie nasz, zupełnie inny. Ścieżka w las, którą szło się lub jechało do naszej starej działki. Ścieżka w drugą stroną, którą na ogół Pan Henio szedł na spacer. i droga, którą zawsze wjeżdżaliśmy.

Wjazd do Ługówki, też z tablicą, ale już ten właściwy. Ten płot do nasza dawna działka.
Wjazd do Ługówki, też z tablicą, ale już ten właściwy. Ten płot do nasza dawna działka.
Nowy domek nowych właścicieli, śliczny nawet, ale to już nie to.
Nowy domek nowych właścicieli, śliczny nawet, ale to już nie to.
Tej ścieżki w prawo nie było. Przez płot graniczyliśmy z gospodarstwem Pana Henia.
Tej ścieżki w prawo nie było. Przez płot graniczyliśmy z gospodarstwem Pana Henia.
Tą drogą jechało się na naszą starą działkę
Tą drogą jechało się na naszą starą działkę

Niby wszystko inaczej, ale jednak takie znajome, takie bliskie. Już nie ten dom, nie ten ogród. Obce samochody. ale i tak to miejsce rodziło wiele ciepłych wspomnień.

Ostatni raz byłem tu w 1988 roku. Spędzaliśmy tu niemal każdy weekend i całe wakacje. Jako dziecko złościłem się, bo zawsze było coś do roboty, a to ziemię kopać, a to grządki pielić, a to zbierać coś. Koledzy, koleżanki jeździli na kolonie, a my na działkę. No, ja jeszcze na obozy harcerskie. Ale dziś wiem, że to był czas cudowny. Mama, brat i Tata, którego nazywaliśmy Szłoniem, Chochoniem, a najczęściej – Grubym. Niby choroba Taty była między nami, wisiała, ale nikt nie myślał przecież, że to ostatnie lato. A tamtego lata pomidory obrodziły jak szalone. I kabaczki. Kabaczki traktowaliśmy z bratem jak przekleństwo. Było ich tyle, że Tata podrzucał je znajomym na wycieraczki.

Gdyby tak wtedy się wiedziało… To co? Czy byłoby inaczej? Czy intensywniej cieszyłoby się sobą i wykorzystywało ten czas, czy też byłby to czas zgryzoty?

Warto wracać w dawne miejsca, warto wspominać. Nie spotkałem tam Taty, ani nawet Pana Henia. Obaj już nie żyją. Nie doznałem olśnienia i iluminacji. Nie płakałem ani nie śmiałem się szaleńczo. Ale patrzyłem sobie i wspominałem czas, który odszedł, nie wróci, ale jest wspomnieniem miłym. Warto wracać do wspomnień miłych, by dawały dobry nastrój i siłę.

Wracałem tą drogą, którą na ogół przyjeżdżaliśmy. Drzewo, na którym Mama rozbiła samochód wioząc swoją teściową, czyli moją Babcię, by pierwszy raz zobaczyła naszą działkę, nadal stoi. Zrobiłem jeszcze zdjęcia wjazdu do lasu. Potem zgubiłem się nieco, bo zamiast maliniaka, przez który zawsze jechaliśmy, trafiłem na asfaltowe drogi, a wzdłuż nich chałupy. Wszystko się zmienia. Wrócę tu jeszcze. Za 10 lat. Ciekawe, jak się wtedy tam pozmienia. Ciekawe, czy jeszcze będzie się wtedy prowadziło blogi.

 

Wjazd do lasu, tędy wjeżdżaliśmy na działkę. Tu Tata lubił sobie otworzyć piwo. :)
Wjazd do lasu, tędy wjeżdżaliśmy na działkę. Tu Tata lubił sobie otworzyć piwo. :)
(Visited 169 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Stażysto, zapłać za naukę

Następny tekst

Lepsza wielka cukinia niż wielki świat