Home»Społeczeństwo»W garniturach

W garniturach

0
Shares
Pinterest Google+

Oglądaliście „Suits”? Tak, to mamy wspólny temat. Nie? Obejrzyjcie. Dla nieuświadomionych: „Suits” to taki serial o prawnikach, w którym główny bohater prawnikiem wcale nie jest. Nie, to nie jest takie skomplikowane, jak się wydaje. A obejrzeć warto. Ale ja nie o tym chciałem. W końcu producent mi nie płaci.

Mimo że serial opowiada o prawnikach, bardzo mało w nim scen rozpraw sądowych. Specyfiką amerykańskiej kultury prawnej jest bowiem dążenie do ugody. My składamy pozew do sądu, czekamy miesiącami na rozprawę, a potem latami na wyrok. Sędziowie rozpatrują każdą, najbardziej nawet bzdurną sprawę. Tam spotykają się prawnicy obu stron i próbują wypracować kompromis. Dotyczy to nie tylko spraw rodzinnych, cywilnych i gospodarczych, ale nawet karnych. Do rozprawy dochodzi tylko w ostateczności. A i to, jeśli już nawet, to nie zawsze jest to pełny proces. Skoro spora część spraw nie trafia do sądu lub rozpatrywana jest w trybie uproszczonym, to sądy mają mniej roboty, czyli – działają sprawniej i szybciej. O polskim wymiarze sprawiedliwości tego powiedzieć się nie da.

Kiedy zaś sprawa trafi do sądu, to do swoich argumentów trzeba przekonać ławę przysięgłych. To niezwykle istotny element. Wyobraźcie sobie przeciętnego polskiego prawnika stającego przed grupą zwyczajnych ludzi i przekonującego ich. Toż oni zasną najpóźniej po 5 minutach jego wystąpienia. Prawnicy, do jakich my jesteśmy przyzwyczajeni, posługują się językiem bełkotliwym, upstrzonym pozornie mądrymi sformułowaniami, z których niewiele wynika. Wygłaszają nudne przemowy oparte na cytowaniu długich i skomplikowanych przepisów. Tworzą swój magiczny język, którego normalny człowiek z założenia ma nie rozumieć. Skoro nie rozumiem, tom durny, a prawnik mądry. Prawnik amerykański musi mówić tak, by przekonać zwyczajnych ludzi. Ma odwoływać się do ich emocji, doświadczeń, wrażliwości i wartości, posługując się takim językiem, by go zrozumieli. Bo prawo ma być zrozumiałe dla ludzi. Dlatego choćby z filmów znamy rozprawy amerykańskie jako pojedynki osobowości. A polskich realiów – jako spotkania bandy nudziarzy.

Jeśli choć raz oglądaliście film amerykański, którego akcja dzieje się na sali sądowej, to wiecie, że jednym z głównych zadań adwokata, a właściwie pracującego na niego sztabu ludzi, jest znalezienie odpowiedniego precedensu. Precedens to jeden z kluczowych elementów odróżniających nasz system prawny od anglosaskiego. Jeśli w Polsce skierujecie tę samą sprawę do pięciu różnych sądów, możecie spodziewać się 10 różnych rozstrzygnięć. W systemie anglosaskim to niemożliwe. Jeśli w podobnej sprawie jakiś sąd już orzekał, to następny musi orzec tak samo. Taki model ma zapewnić równość wobec prawa. I ma to swój głęboki sens.

Drugie, równie istotne zadanie adwokata, to próba wykazania, iż dowód winy jego klienta został zdobyty w sposób niezgodny z prawem. Obowiązuje wszak reguła dowodu z nieprawego łoża, który nie może zostać wykorzystany w sądzie. Reguła ta u nas nie obowiązuje, dlatego nawet jeśli np. służby nielegalnie kogoś podsłuchują, to materiał z takiego podsłuchu może być wykorzystany jako dowód. W sądzie amerykańskim wystarczy najdrobniejsza pomyłka proceduralna, by dowód został odrzucony. Pierwsze próby wprowadzenia tej reguły w Polsce już się pojawiły, np. w głośnym wyroku wydanym przez sędziego Igora Tuleyę w sprawie posłanki Beaty Sawickiej.

Może więc warto zaimplementować w Polsce amerykańskie rozwiązania prawne? Idealne na pewno nie są, mają swoje minusy, co oczywiste, ale… Ale niezależnie od tego, bo na to wpływ mamy niewielki, obejrzyjcie serial. Warto.

(Visited 32 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Debatujmy tylko ze swoimi

Następny tekst

Talent show