Home»Biznes»Po szkoleniu u Tkaczyka

Po szkoleniu u Tkaczyka

0
Shares
Pinterest Google+

Miałem okazję uczestniczyć w szkoleniu na temat marketingu w social media prowadzonym przez Pawła Tkaczyka. W dodatku za darmochę. Wiem, darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda, ale… No, właśnie, zawsze jest jakieś „ale”. Dlatego ten wpis nie będzie kadzeniem Tkaczykowi, więcej – będzie czepianiem się.

Bla bla bla

Szkolenie odbywało się w Centrum Przedsiębiorczości Smolna 4, czyli inkubatorze stworzonym przez warszawski ratusz. Można więc domniemywać, iż jego adresatami byli przede wszystkim mali i mikro przedsiębiorcy. Oczywiście nie zabrakło też pewnie przedstawicieli działów marketingu oraz public relations z nieco większych firm, ale ci akurat raczej się nie przyznawali do tego, jako że trener dość krytycznie wypowiadał się na temat tych dwóch grup zawodowych.

Śmiem podejrzewać, iż mali i mikro przedsiębiorcy wyszli z uczuciem ogromnego niedosytu. Jeśli liczyli na „mięcho” i zdobycie konkretnych umiejętności związanych z tematyką szkolenia, to raczej się zawiedli. Tkaczyk jest co prawda świetnym mówcą, który potrafi „porwać salę”, ale poziom ogólności jego wykładu był tak wysoki, że nawet ja, choć nie uważam się za social media ninja, nie dowiedziałem się ze szkolenia niczego nowego. Jeśli bowiem prowadzisz małą firmę lub jesteś w niej zatrudniony i idziesz na szkolenie z marketingu w social media, to potrzebujesz raczej wyjść z niego z konkretnymi informacjami i umiejętnościami, a nie z ideologicznym podkładem teoretycznym.

Paweł Tkaczyk jest świetnym mówcą. Umie zainteresować audytorium, posługuje się sprawnie językiem polskim, mówi w sposób zrozumiały, ma poczucie humoru i wie, kiedy wtrącić żart. Słuchanie go to naprawdę przyjemność. Tylko pożytku z tego niewiele, bo odcedzeniu żartów, dygresji i ogólników niewiele zostaje.

Bla bla bla – jeszcze bardziej

Analiza trendów na 2014 rok w wykonaniu Tkaczyka sprowadziła się do stwierdzenia, iż będzie rosła rola obrazu. Srsly? Od kilku lat trąbią o tym wszyscy wszędzie, gdzie się da, więc koniecznie trzeba było podzielić się tą odkrywczą prognozą. Tylko jak ta prognoza ma się np. do zmian w edge ranku, czyli algorytmie Facebooka, który ma obniżać zasięg postów zawierających memy?

W swoim wystąpieniu Tkaczyk dzielił media na trzy grupy :

  1. płatne, czyli te, w których kupujemy reklamy
  2. pozyskane, czyli te, w których publikacje uzyskujemy dzięki działaniom public relations
  3. posiadane, czyli własne, np. strona www, newsletter oraz kanały social media

W dwóch pierwszych rodzajach mediów, wedle Tkaczyka, płacimy za „oczogodziny”, bo publiczność już tam jest. (Naprawdę? Zwłaszcza w czasie bloku reklamowego w telewizji?) W trzecim rodzaju mediów płacimy za zdobycie publiczności. Dlatego twierdzi on, że o ile za media płatne ma w firmie odpowiadać marketingowiec, za pozyskane – specjalista od PR, to za działania w mediach „posiadanych” powinien odpowiadać dyrektor programowy, ktoś taki jak Edward Miszczak w TVN.

Cudowna teoria. A teraz chciałbym zobaczyć małą firmę (bo o firmie mikro nawet nie będę litościwie wspominał), która zatrudni osobno marketingowca, PRowca i dyrektora programowego do social media. A może to właściciel powinien pełnić te trzy funkcje naraz, będąc równocześnie szefem produkcji, dyrektorem zarządzającym, kadrowcem, księgowym i cholera wie kim jeszcze? Pierd…m motylem na tafli jeziora?

Obecność firmy/marki w mediach społecznościowych to nic innego jak budowanie relacji i komunikowanie się z poszczególnymi grupami otoczenia. Chwilunia. Czy to nie jest czasem definicja public relations? Nie. Na pewno nie. Specjalista od budowania marki na pewno by to wiedział…

(Visited 108 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Czas podsumowań

Następny tekst

Skąd wiesz?