Home»Wiara»Skąd wiesz?

Skąd wiesz?

0
Shares
Pinterest Google+

W czasach licealnych mój nauczyciel filozofii polecił mi przygotowanie referatu poświęconego koncepcjom Johna Locke’a. Wtedy pierwszy raz sięgnąłem po jego teksty i zafascynowały mnie one tak mocno, że aż mój nauczyciel, zagorzały hipis i anarchista, twierdził potem pół żartem, ale chyba jednak i z pewnym żalem, iż na swej hipisowskiej piersi wyhodował empirystyczną żmiję.

Zafascynowany teoriami empiryzmu powtarzałem, iż źródłem wszelkiego poznania jest empiria, czyli doświadczenie płynące z ludzkich zmysłów: wzroku, węchu, słuchu, smaku czy dotyku. W swej młodzieńczej zapalczywości i buntowniczości łatwo odrzuciłem inne źródło poznania, o którym Locke pisał, czyli autorytet, kierując się od empiryzmu w stronę sensualizmu.

Nie byłem na szczęście aż tak radykalny w swych sądach jak niejaki George Berkeley, który twierdził, iż przedmiot istnieje tylko wtedy, gdy odbieram go zmysłami. Bliższa mi była raczej neopozytywistyczna koncepcja trzech W, czyli wyraźnego rozgraniczania w rozważaniach i wypowiedziach zwrotów:

  1. wiem, czyli to, czego źródłem jest doświadczenie empiryczne, np. jabłko jest czerwone;
  2. wydaje mi się, czyli to, co jest wynikiem przetworzenia przez rozum wiedzy empirycznej, inaczej mówiąc opinie, np. jabłko jest smaczne;
  3. wierzę, czyli to, co nie ma samo w sobie oparcia w empirii, np. jabłko stworzył Pan B.

I tak, podążając neopozytywistycznym tropem zacząłem uznawać prymat słowa „wiem” nad „wydaje mi się”, a „wierzę” stopniowo odchodziło w ogóle w niepamięć.

Wbrew pozorom nie na słowie „wierzę” chciałbym jednak się skupić, ale na „wiem”. Łatwo bowiem w młodzieńczej radykalności zawęziłem źródła poznania do doświadczeń empirycznych, zapominając o tym, o czym sam John Locke pisał wyraźnie, czyli o źródle drugim, jakim jest autorytet.

O ile bowiem sam za pomocą własnych zmysłów ustaliłem, że jabłko jest czerwone, o tyle nie użyłem ich przecież do sprawdzenia, iż nie należy wlewać kwasu do wody. Nie przeprowadziłem osobiście takiego eksperymentu, zawierzając autorytetowi, jakim była nauczycielka chemii powtarzająca mi regułę „Pamiętaj chemiku młody, nie wlewaj nigdy kwasu do wody”. Mogę założyć, że ona sprawdziła sama. (Acz pewności nie mam.)

Rzecz komplikuje się jeszcze bardziej, gdy rozważę kwestię daty i przebiegu bitwy pod Grunwaldem, a przecież takie informacje również traktuję jako wiedzę. Zdobyłem ją dzięki mojemu nauczycielowi historii. On pełnił tu dla mnie funkcję autorytetu, ale przecież nie jest aż tak stary, by mógł osobiście obserwować bitewne zmagania. Mój autorytet nie zaczerpnął swej wiedzy z empirii, ale sam zaufał innemu autorytetowi. Może był to jego nauczyciel? A może przekaz kronikarza Jana Długosza? Ale może nie czytał, uwierzył swoim profesorom?Do ilu poziomów wstecz działa autorytet?

Nikt jednak nie będzie raczej spierał się ze mną, gdy powiem, iż bitwa pod Grunwaldem stoczona została w 1410 roku,  a wojska polskie i królewskie pod wodzą króla Jagiełły pokonały w niej armię krzyżacką. Przyjmujemy bowiem, że ktoś tam, ileś etapów wcześniej, doświadczył empirycznie, czyli widział ową bitwę na własne oczy.

Kiedy jednak rozmawiamy o czterech relacjach, spisanych przez panów noszących imiona Łukasz, Jan, Marek i Mateusz, to kierujemy je automatycznie do sfery „wierzę”, a nie „wiem”. A dlaczegóż oni nie mogą być autorytetami w takim rozumieniu jak mój nauczyciel historii i jego profesorowie oraz Długosz? Wszak i oni odwołują się do empirii, pisząc o tym, co sami słyszeli i widzieli.

W gruncie rzeczy wiedza pochodząca od autorytetu, logicznie rozumując, powinna w całości być kwalifikowana do kategorii „wierzę”, podobnie jak relacje Ewangelistów. W czym te relacje gorsze są bowiem od relacji Długosza albo np. Józefa Flawiusza, by sięgnąć dalej w historię? Idąc dalej: w czym gorsza miałaby być relacja Jezusa spisana przez apostołów? Mogę przyjąć je jako źródło wiedzy tak samo jak całą resztę informacji pochodzących od autorytetu.

Tak oto posypała się moja, jak sądziłem, spójna i logiczna koncepcja trzech W zaczerpnięta od neopozytywistów. Proste rozróżnienie między „wiem” a „wierzę” okazało się nie być takim prostym i oczywistym. Spora część wiedzy pochodzi nie z empirii, ale z zawierzenia autorytetowi. Pytanie tylko, kogo uznam za autorytet. To zaś zawsze jest kwestią indywidualnej oceny.

Oto przed sędzią w trakcie rozprawy staje dwóch świadków. Jeden zeznaje, iż widział oskarżonego na miejscu przestępstwa, drugi – iż oskarżonego w ogóle tam nie było. Sędziego na miejscu przestępstwa nie było, musi więc w swoim sumieniu rozstrzygnąć, który ze świadków jest autorytetem, czyli wiarygodnym źródłem wiedzy. Ta wiedza niezbędna jest wszak sędziemu, by mógł on wydać wyrok skazujący lub uniewinniający. Załóżmy, że ten świadek, który twierdzi, iż oskarżonego nie było na miejscu zbrodni, sam jest przestępcą, świadek drugi zaś – powszechnie szanownym obywatelem. Pierwszy jednak mówi w sposób spójny, drugi – ma problemy ze wzrokiem. Wybór, któremu z nich zaufać, nie jest łatwy.

Tak czy siak, sędzia musi któremuś z nich zaufać, bo na własnych zmysłach oprzeć się nie może. I tak ja powoli uczę się wierzyć i czerpać z autorytetu. Gdybym bowiem swoje poznanie chciał zawęzić li tylko do doświadczeń empirycznych, wiedziałbym naprawdę niewiele.

(Visited 41 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Po szkoleniu u Tkaczyka

Następny tekst

Znaki