Home»Kultura»Mike Oldfield – Man on the Rocks

Mike Oldfield – Man on the Rocks

0
Shares
Pinterest Google+

Swego czasu przeprowadzałem ze studentami na rozpoczęcie zajęć z pisania kreatywnego ćwiczenie. Prosiłem ich, by zamknęli oczy i słuchali muzyki. Potem zaś prosiłem, by opowiedzieli o obrazach, które mieli w głowie podczas słuchania muzyki.

Było to proste ćwiczenie, ale niezwykle inspirujące. Po pierwsze, zamknięcie oczu w grupie wymaga przełamania oporów i zaufania. Nie było to wcale łatwe, biorąc pod uwagę, że robiliśmy to podczas pierwszych zajęć z przedmiotu, a oni jako grupa jeszcze dobrze się nie znali. Po drugie, trzeba wyobraźni i otwartości, by poddać się muzyce i faktycznie eidzieć obrazy. Po trzecie zaś trzeba znów zaufania, ale i odwagi, by o tych widzianych obrazach publicznie opowiedzieć.

Uwielbiałem przeprowadzać to ćwiczenie, bo to było dla mnie zawsze niezwykłe przeżycie. Doa nich chyba też, bo bardzo często prosili, byßmy do niego wrócili w trakcie zajęć.

Przypominam o tym szkoleniu ze względu na muzykę, z której przy nim korzystałem. Musiał to być oczywiście utwór instrumentalny, by śpiewany tekst nie sugerował uczestników. Niemal zawsze mój wybór padał na twórczość Mike’a Oldfielda. I zawsze najczęstszym obrazem i skojarzeniem wymienianym przez moich studentów była bezkresna przestrzeń, czasem trawiasta, czasem oceanu oraz lot nad tym bezkresem. A najczęściej powtarzanym słowem było słowo wolność. Trochę to może wydawać się z pozoru dziwne, biorąc pod uwagę, że w jednym z największych przebojów pojawia się wezwanie „Treat me as a prisoner”. Niezależnie od tego tekstu o mocnym podtekście sadomasochistycznym, muzyka Oldfielda i mi zawsze kojarzyła się, jak studentom, z przestrzenią, wolnością i radością życia.

Muzyka ta towarzyszy mi w życiu od dawna. Uwielbiam i jego rockowe granie, i kompozycje monumentalne jak Ommadawn czy najsłynniejsze Tubular Bells I i II, ambientowe Song from the Distsnt Earth, czy niemal trance’owe Tubular Bells III i Millennium Bells. Po prostu w zależności od nastroju sięgam po odpowiedni album.

Po wieloletniej przerwie Mike Oldfield powrócił z nowym materiałem. Zamiast kolejnej rozbudowanej kompozycji na płycie Man on the Rocks zaserwował swoim fanom zestaw melodyjnych popowych i rockowych piosenek, śpiewanych, co mimo wszystko u Oldfielda jest rzadkością, męskim głosem. Do współpracy w studio przy pracy nad tym albumem Oldfield zaprosił bowiem wokalistę Luke’a Spillera. Nie brakuje akustycznych gitar, gitar rockowych i przede wszystkim niepowtarzalnego brzmienia oldfieldowych solówek.

Przede wszystkim jednak w tym zestawie piosenek odnalazłem to, czrgo zawsze u Oldfielda szukałem. Czuć bezkres słonecznego nieba, lazurowej wody morza. Słucham i czuję, że tę płytę nagrał artysta duchowo wolny, radosny i spokojny. Czuję powietrze i przestrzeń.

Nie lubię porównywania i oceniania albumów danego artysty. Wiem, recenzenci to uwielbiają. Ten album jest bardziej dojrzały, a ten mniej, a ten jeszcze bardziej. Bzdura. Album stanowi zapis stanu duszy i emocji artysty w określonym momencie jego życia. I ja bym chciał mieć duszę w takim stanie, jaki słyszę na tej płycie.

Mike Oldfield – Man on the Rocks

  1. Sailing
  2. Moonshine
  3. Man on the Rocks
  4. Castaway
  5. Minutes
  6. Dreaming in the Wind
  7. Nuclear
  8. Chariots
  9. Following the Angels
  10. Irene
  11. I Give Myself Away (William McDowell)

man-on-the-rock

(Visited 128 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Wyjść z wygody

Następny tekst

Drobne ślady Pana B.