Home»Blogowanie»Życie sobie, internety sobie – czyli blogosfera a rzeczywistość

Życie sobie, internety sobie – czyli blogosfera a rzeczywistość

0
Shares
Pinterest Google+

Jeden serwis nie linkuje, gdy cytuje. A może nie cytuje, gdy linkuje. Wszystko jedno. Administrator strony zbyt bezceremonialnie odpowiedział użytkownikowi. Albo nie dość stanowczo. Jeden czort. Producent kosmetyków naciągnął blogerkę. Albo blogerka naciągnęła producenta kosmetyków. Co za różnica? Bloger zrobił ranking najpopularniejszych karaluchów w mieszkaniach innych blogerów. Albo karaluch zrobił ranking najpopularniejszych blogerów w mieszkaniach innych karaluchów. Kogo to obchodzi?

Jestem namiętnym czytelnikiem blogów. Cóż, jeśli się samemu pisze blog (tak, właśnie ta forma jest poprawna: kogo? co? blog, czyli biernik, a nie kogo? czego? bloga, czyli dopełniacz), to grzechem byłoby, gdybym nie zaglądał regularnie do innych blogerów. Zaglądam, czytam, często naprawdę z przyjemnością. Ale też z pewnym poczuciem absurdu.

Oto bowiem stanęliśmy w obliczu globalnego konfliktu, który może przerodzić się w wojnę, i to niedaleko naszych granic. Przyznaję: niemal kompulsywnie sprawdzam serwisy informacyjne, śledząc to, co się dzieje na Ukrainie. Mam bowiem świadomość, że niezależnie od tego, w którą stronę potoczą się wydarzenia, to i tak to, co obserwujemy, jest i będzie brzemienne w skutki nie tylko dla Ukrainy, ale i dla reszty świata. Jesteśmy więc świadkami wydarzeń niezwykle istotnych historycznie.

Kiedy zaś czytam o kolejnym kryzysie w social media polegającym na tym, że jakaś firma lub osoba publiczna coś nie tak napisała na facebooku, kolejny tekst o tym, jacy to są faceci, a jakie nie są kobiety (bądź na odwrót); gdy obserwuję kolejne fazy blogowego miziania się po majciochach, to zastanawiam się, na jakim świecie żyją blogerzy.

Mam w głowie rzekomą wpadkę magazynu Glamour, wpadkę nadmiernie rozdmuchaną, na co słusznie zwracał uwagę np. Kominek. Sam dałem się wkręcić w traktowanie tekstu ukraińskiej blogerki jako wpadki. Błędem ogromnym było promowanie tego tekstu online przez redakcję po tragicznych wydarzeniach na kijowskim Majdanie. Sam tekst powstał jednak dużo przed nimi. Jest oczywiście – delikatnie ujmując – dość infantylny i może niespecjalnie mądry, ale też nie powinno nas to chyba przesadnie dziwić w wykonaniu szafiarki, od której oczekujemy wszak raczej dobrych stylizacji i ładnych zdjęć, a nie głębi filozoficznej analizy. Zarazem ten tekst jest jednak zapisem pewnej drogi, jaką ta dziewczyna przeszła. Kiedy przeczytamy go bez uprzedzeń, to zrozumiemy, że ona sama opisuje proces, jaki w niej zachodził – początki jej obecności na Majdanie, które faktycznie mogą nieco śmieszyć (ten dylemat, czy blogerka modowa może rozdawać kaszę), ale też to, jak zmieniało się postrzeganie przez autorkę tego, co się wokół dzieje i jak ona sama po swojemu próbuje odnaleźć się w tych niezwykłych wydarzeniach. Ciekawe, jak ci, którzy tak ochoczo krytykują, odnaleźliby się w takiej sytuacji. Oby nie musieli się o tym przekonywać.

Rozumiem oczywiście, że – choćby właśnie przez pamięć o reakcjach na publikację Glamour – trudno oczekiwać ukraińskich akcentów na blogach kulinarnych, modowych, czy – dajmy na to – książkowych, choć nie wiem doprawdy, dlaczego ktoś miałby uznawać za niestosowną prezentację dań tradycyjnej kuchni ukraińskiej, np. stylizację w barwach niebiesko-żółtych, czy wpis o współczesnych ukraińskich pisarzach. Dlaczego jednak tak mało odniesień do dziejącej się na naszych oczach historii pojawia się na blogach lifestyle’owych, blogach z zacięciem społecznym? Tego – przyznaję bez bicia – nie rozumiem. Mam wrażenie, że życie sobie, internety sobie.  Tyle że życie przypomina Huffington Post, a internety – Pudelka.

Autorem fotografii jest Ivan Sekretarev (AP). Fotografia przedstawia ukraińskiego oficera, który poprowadził swoich żołnierzy bez broni (by nie sprowokować wymiany ognia), ale za to z flagą Ukrainy i ukraińskich hymnem na ustach na lotnisko w Belbek, co moim zdaniem było PR-owym majstersztykiem. Tam właśnie rosyjski żołnierz otworzył ogień, na szczęście były to tylko strzały ostrzegawcze.

(Visited 45 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Kto nie idzie z nami

Następny tekst

Niech nie wie lewica, co czyni prawica