Home»Blogowanie»Dobry bloger niestety nie powinien być zen

Dobry bloger niestety nie powinien być zen

0
Shares
Pinterest Google+

Swego czasu, słusznie skądinąd, Kominek mówił w jednej z prezentacji, że bloger musi być wyrazisty. Bloger nie ma być obiektywny, nie ma być rzeczowy. To rola dziennikarza. Inna sprawa, że dziennikarze tacy nie są. Bloger jednak z definicji ma być nieobiektywny, ma bazować na emocjach. Nie może być zen.

<krypciocha class=”darmowa”>Nie, nie mam nic do chłopaków z Zenbox, oni naprawdę są świetni.</krypciocha>.

Kiedy na ogół czujemy potrzebę dzielenia się słowami ze światem? Gdy coś nas naprawdę zachwyci lub naprawdę wkurwi, gdy jest nam bardzo dobrze lub bardzo źle. Doświadczenie płynące z wieków kultury wskazuje, że znacznie lepsze dzieła powstają, gdy jest nam źle i gdy jesteśmy wkurwieni, niż wtedy, gdy się zachwycamy i rzygamy tęczą. Kiedy jesteśmy neutralni czy obojętni, na ogół tworzymy treści nudne. Albo nie tworzymy ich wcale.

Idąc tym tropem rozumowania mamy przed sobą trzy drogi:

  1. Rzygać tęczą z zachwytu lub szczęścia niczym blogerka modowa po otrzymaniu darmowej pomadki do ust
  2. Pisać działające na czytelników treści z wściekłości czy rozpaczy niczym bloger lajfstajowy, któremu ptak nasrał do latte ze Starbunia albo budyń się nie udał. (Swoją drogą to śmieszne, że większość ludzi skupia się na wulgaryzmach i na budyniu, nie zauważając, o czym tak naprawdę jest ten tekst.)
  3. Przynudzać obojętnością i neutralnością niczym ja ostatnio.

Moją sytuację komplikuje nieco fakt, że, choć ostatnio zaskakująco często coś mnie zachwyca, to nijak nie odpowiada mi rola różowego jednorożca. Ani myślę dzielić się z Tobą, Drogi Czytelniku, swoimi zachwytami, bo są one doznaniem intymnym. To trochę jak opisywanie ze szczegółami wczorajszego orgazmu. Można. Tylko po co? O ile jeszcze wyznania nimfomanki mogą być dla niektórych ciekawą lekturą, to – nie oszukujmy się – nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie czytał o tym, że ponad czterdziestoletni facet zachwyca się kolorem liści, chmurkami na niebie i tym, że zabawy koralikami są fajne. Ekhm… Napisałem „orgazmu”? Dziwne. Nie pamiętam, co to, ale to słowo nie brzmi chyba zen :)

Z punktu widzenia rozwoju bloga stała się zaś rzecz potworna, która dla mnie akurat jest bardzo dobrą: Nauczyłem się  – wybaczcie kolejny w tym tekście wulgaryzm – „mieć wyjebane”.

Pani w sklepie była nieuprzejma? I co z tego? A jakie to ma znaczenie? Kupiłem, co miałem kupić, za 10 minut o tym zapomnę. Ona zapomni o mnie w ciągu 30 sekund od chwili, w której odejdę od kasy. Ani ona nie jest dla mnie kimś ważnym, ani ja nie jestem istotny dla niej. Losów świata i mojego życia to nie zmieni. Dlatego mam na to… no, wiemy co. Jestem zen.

Ktoś znowu obsmarował mnie w sieci? No, to ten ktoś ma problem. Skoro czuł potrzebę rzygnięcia jadem, to w nim był jad. Nie we mnie. Skoro czuł potrzebę rzygnięcia na mnie, to znaczy, że ja być może jestem dla niego ważny. On dla mnie nie jest. To on ma problem. Nie ja. Ja będę miał problem tylko wtedy, gdy ten jad do siebie dopuszczę i pozwolę, by mnie zatruwał. Świat się nie skończy dlatego, że ktoś napisał coś niefajnego. Moje życie nie straci z tego powodu sensu. A gdyby miało stracić ten sens przez czyjś jad, to znaczy, że nie miałem co tracić. Dlatego i na to mam… no, wiemy co. Jestem zen.

Nasi nie wygrali Eurowizji? No, to co z tego? Wygrali, nie wygrali – co mnie to? To nie moja sprawa. Że wygrał chłop, który udaje babę, która udaje chłopa, który udaje babę z brodą? No, to wygrał. Jeśli go/ją to rajcuje, niech mu/jej idzie na zdrowie. Pół Polski żyje tym, że kobitka bez cycków śpiewa o tym, że mama dała jej w genach cycki oraz tym, czy koń czyta, czy nie czyta. A ja nie mam telewizora. Świat bez telewizora jest taki fajny. Najchętniej pozbyłbym się też internetu. Cholera, chałupa w Bieszczadach? Na problemy związane z festiwalem kiczu też mam… no, wiemy co. jestem zen.

Lider opozycji pierdnął, a premier odbeknął, a koalicjant smarknął? I co z tego? A co to zmienia w moim życiu? Nic. Zmieniają się świnie u koryta, ale nie zmienia się to, że to my te świnie do koryta dopuszczamy i to my to koryto im napełniamy. Ale nie bardzo mamy wyjście. Kiedyś mnie to emocjonowało. Dziś na politykę i polityków mam… no, wiemy co mam. Jestem zen.

Telemarketer zawraca mi głowę kolejnym zaproszeniem na mega hiper ultra terra super prezentację mega hiper ultra terra super bombastycznego produktu leczniczego dla seniorów? No, to odłożyłem słuchawkę i po kłopocie. I co ja się będę z głupim wykłócał? Odłożenie słuchawki zajęło mi 3 sekundy. Taka rola telemarketera, żeby zawracać głowę, a moja – żeby mu na to nie pozwolić i chronić swój święty spokój. Mam na to… tak, wiemy, co mam. Jestem zen.

Kiedy przestało mi zależeć na tym, żeby wszyscy wokół mnie kochali, bo i tak nie będą, gdy przestałem zamartwiać się tym, że mnie nienawidzą, bo nawet jeśli, to co mnie to obchodzi, gdy przestałem przejmować się tym, co mnie nie dotyczy oraz tym, na co i tak nie mam wpływu, życie zrobiło się od razu spokojniejsze.

Taka postawa służy mojemu – jak to się ładnie mówi – dobrostanowi emocjonalnemu, ale nie służy dobrostanowi mojego bloga. Mogę oczywiście pisać na okrągło o pisarskiej niemocy, ale to troszkę nudne i dla mnie, i dla Czytelników.

W ten oto sposób tłumaczę Ci się, Drogi Czytelniku, z tego, że jest mnie tu ostatnio coraz mniej oraz z tego, że nie mam pojęcia, czy będzie mnie więcej. Stan zen nie jest wszak dany raz na zawsze. Nie mogę wykluczyć, że coś wyprowadzi mnie na tyle z równowagi, na tyle wkurzy, zrani, czy na tyle zachwyci i uszczęśliwi, że poczuję w sobie potrzebę, by o tym napisać. A może poczuję potrzebę rozwijania tej – pożal się Boże – eksperckiej części mojego bloga? Cóż . Jeśli ciekawi Cię, co będzie dalej, po prostu tu zaglądaj.

ilustracja: Freeimages.com
(Visited 85 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Będę śpiewał Tobie, mocy moja!

Następny tekst

Święty nieidealny