Home»Wiara»Spowiedź i komunia po latach

Spowiedź i komunia po latach

0
Shares
Pinterest Google+

Ten blog jest przede wszystkim pamiętnikiem z drogi. Staram się zapisywać tu ważne wydarzenia z tego mojego wędrowania, uczucia, myśli, które mi towarzyszą. Spisuję tu też swoje refleksje związane z przeczytanymi tekstami, przede wszystkim Liturgii Słowa. Czasami wspominam o sprawach, które sprawiają mi trudność w interpretacji, których nie rozumiem i nie do końca umiem w głowie i sercu przepracować. To nie jest portal, lecz blog – pamiętnik, przestrzeń zapisków osobistych.

Z pozoru każdy krok na tej drodze jest równie ważny. W każdym kroku mogę się przewrócić, w każdym mogę, choćby i nieświadomie, skręcić na niewłaściwą ścieżkę, ale i każdy może okazać się właściwym. Każdy krok może przybliżać mnie do Celu. Każdy krok staram się stawiać rozważnie. I tak, mogłoby się wydawać, że każdy jest tak samo istotny.

Ale to pozory. Oczywiste, że są kroki łatwiejsze i trudniejsze. I są też kroki ważne i ważniejsze. Te ważniejsze mogą być dobre i złe. Wszak jest różnica między grzechem lekkim a śmiertelnym. Ale ja nie o tym dziś tak naprawdę chciałem. Jak zwykle popłynąłem w dygresję.

Pojednanie

Przypomina mi się tu przypowieść o synu marnotrawnym. Tak sobie myślę: po takiej długiej nieobecności dobrze jest opowiedzieć Ojcu, co się w tym czasie działo. Długo nie było mnie w Kościele. 25 lat nie byłem u spowiedzi. To pojednanie było mi bardzo, ale to bardzo potrzebne, ale też nie było łatwe.

Od początku wiedziałem, że nie chcę sobie tego ułatwiać idąc do przypadkowego księdza. Wiem, to pewnie nie do końca zgodne z założeniami spowiedzi. Wszak grzechy odpuszcza Pan Jezus, a nie ksiądz. Doszedłem jednak do wniosku, że wyznanie ich księdzu, dla którego jestem kimś zupełnie anonimowym, którego nie znam i nigdy więcej nie spotkam, byłoby pójściem na łatwiznę. Pierwszy mój wybór byłby fajny, gdyby nie odległość. Po prostu nie miałem jak wybrać się do innego miasta. Drugi wybór był strzałem w dziesiątkę.

Rachunek sumienia poprzedzający spowiedź był sporym wyzwaniem. Przez tak długi czas popełniłem wiele grzechów, w tym naprawdę sporo grzechów ciężkich. Wiele zdarzeń po latach umyka pamięci, zaciera się, zniekształca. A przecież tak ważne było dla mnie by rzetelnie przygotować się do tego ważnego momentu. Siedziałem więc z dekalogiem wypisanym na jednej kartce, listą grzechów głównych – na drugiej i notesem do spisywania wszystkiego, co zdołam sobie przypomnieć oraz porządkowania tego wszystkiego. Szło mi opornie, bo przy każdym zapisanym grzechu starałem się poważnie rozważyć, czy jakiś inny nie był jego źródłem oraz skutkiem. A potem trzeba to było wszystko jeszcze jakoś poukładać.

Jeśli liczyliście, że opiszę tu szczegółowo, z czego się spowiadałem, jakie dostałem nauki i jaką pokutę, to muszę Was rozczarować: to pozostanie między mną, Panem Bogiem i spowiednikiem.

Muszę jednak stwierdzić, iż wybrałem mądrego spowiednika. Nie dość, że na początek zaproponował mi powtórzenie przyrzeczenia ze chrztu świętego, czyli wyznanie wiary oraz wyrzeczenie się szatana i grzechu, to rozmawialiśmy ze 3 godziny. Nie odpuścił mi, a na to liczyłem. A przy tym udzielił mi mądrych nauk, takich, które zapadły mi w serce. Pokutę zaś dobrał do mnie idealnie.

Nic nie dzieje się przypadkowo. Sporo wcześniej zasygnalizowałem swojemu spowiednikowi potrzebę sakramentu pokuty. Różne okoliczności sprawiły, że nie mogliśmy spotkać się od razu. Udało się dopiero w Wielki Piątek. Nie planowałem tego. Ale też dobrze się stało, że to właśnie w tym dniu dokonało się moje pojednanie z Panem Bogiem. Nie było przypadkiem, że mój spowiednik przed rozpoczęciem spowiedzi zaproponował powtórzenie przyrzeczenia z Chrztu Świętego, w tym odrzucenie grzechu i szatana.

Komunia

Gdy dokonał się sakrament pojednania, gdy uzyskałem rozgrzeszenie, nie mogłem już – przyznam – doczekać się drugiego kroku. Ale, co już pisałem, nic nie dzieje się przypadkowo. W Wielki Piątek nie sprawuje się wszak Eucharystii. Dostałem więc czas na to, by odprawić pokutę, ale i na to, by pomyśleć, poczuć, by przeżyć mocniej spowiedź, by wreszcie poczekać.

Ten mój drugi, tak ważny, krok mogłem wykonać dopiero uczestnicząc w wieczór Wielkiej Soboty, podczas Wigilii Paschalnej. Długa i piękna liturgia. I – tak, nic nie dzieje się przypadkowo – zawierająca powtórzenie przyrzeczenia z Chrztu Świętego. Po raz kolejny więc, już po wypełnieniu zadanej pokuty, wyparłem się grzechu i szatana. I jeszcze ta długość liturgii… Takie: „Nie spiesz się”. Takie: „Przeżyj to dobrze”. Takie wyczekane spotkanie. I wielka radość. Aż nie umiem tego dobrze oddać słowami.

Pisałem ten tekst bardzo długo. Ale… no, właśnie: nic nie dzieje się przypadkowo. Temu wpisowi potrzebny był fragment Ewangelii według świętego Łukasza:

(Łk 24,13-35) Tego samego dnia dwaj z nich byli w drodze do wsi, zwanej Emaus, oddalonej sześćdziesiąt stadiów od Jerozolimy. Rozmawiali oni z sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło. Gdy tak rozmawiali i rozprawiali z sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali. On zaś ich zapytał: Cóż to za rozmowy prowadzicie z sobą w drodze? Zatrzymali się smutni. A jeden z nich, imieniem Kleofas, odpowiedział Mu: Ty jesteś chyba jedynym z przebywających w Jerozolimie, który nie wie, co się tam w tych dniach stało. Zapytał ich: Cóż takiego? Odpowiedzieli Mu: To, co się stało z Jezusem Nazarejczykiem, który był prorokiem potężnym w czynie i słowie wobec Boga i całego ludu; jak arcykapłani i nasi przywódcy wydali Go na śmierć i ukrzyżowali. A myśmy się spodziewali, że On właśnie miał wyzwolić Izraela. Tak, a po tym wszystkim dziś już trzeci dzień, jak się to stało. Nadto jeszcze niektóre z naszych kobiet przeraziły nas: były rano u grobu, a nie znalazłszy Jego ciała, wróciły i opowiedziały, że miały widzenie aniołów, którzy zapewniają, iż On żyje. Poszli niektórzy z naszych do grobu i zastali wszystko tak, jak kobiety opowiadały, ale Jego nie widzieli. Na to On rzekł do nich: O nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały? I zaczynając od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego. Tak przybliżyli się do wsi, do której zdążali, a On okazywał, jakoby miał iść dalej. Lecz przymusili Go, mówiąc: Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił. Wszedł więc, aby zostać z nimi. Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Wtedy oczy im się otworzyły i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu. I mówili nawzajem do siebie: Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał? W tej samej godzinie wybrali się i wrócili do Jerozolimy. Tam zastali zebranych Jedenastu i innych z nimi, którzy im oznajmili: Pan rzeczywiście zmartwychwstał i ukazał się Szymonowi. Oni również opowiadali, co ich spotkało w drodze, i jak Go poznali przy łamaniu chleba.

Zdarzyło Wam się nie rozpoznać znajomego na ulicy? No, dobra. Pewnie tak. Ale wyobraźcie sobie: wasz ukochany nauczyciel, wy byliście być może dla niego jednym z wielu, ale on był jeden, spędziliście z nim mnóstwo czasu, wędrowaliście z nim, słuchaliście jego słów, uczyliście się od niego. Jest dla was bardzo, ale to bardzo ważny. Spotykacie go na ulicy, rozmawiacie z nim, ale nie rozpoznajecie.Sytuacja – wydawałoby się – absurdalna. A jednak możliwa. Ci dwaj uczniowie szli cały dzień, rozmawiali ze swoim Nauczycielem, On tłumaczył im przepowiednie proroków, objaśniał bolesne wydarzenia, które dopiero co się wydarzyły, a oni go nie rozpoznali. Jakby ślepi byli i głusi.

Ale co ich tak oślepiło i ogłuszyło? Tu trzeba zadać sobie najpierw inne pytanie: Dlaczego ci dwaj szli do Emmaus? Nie uciekali w strachu. Wszak bez oporów na drodze rozmawiali o tym, co się wydarzyło z kimś, kogo postrzegali jako obcego. Właściwie oni sami na to pytanie odpowiadają: „A myśmy się spodziewali, że On właśnie miał wyzwolić Izraela”. Mieli swoje własne wyobrażenia, marzenia, wizje. A ten Mesjasz do tych wizji im nie pasował. I czuli rozczarowanie, żal, smutek, rozgoryczenie. Przykładali swoją ludzką miarę, spodziewali się czegoś spektakularnego. Liczyli na to, że Mesjasz to ten, który pogoni okupantów, zrobi porządek i siądzie na tronie. Nie na takie królowanie liczyli. I w tym rozgoryczeniu wracali do domu. I to rozgoryczenie, rozżalenie ich zaślepiło i ogłuszyło.

Rozpoznali swojego Nauczyciela dopiero wtedy, gdy usiadł z nimi do posiłku, gdy podzielił chleb i im podał. Dopiero Eucharystia otworzyła im oczy.

Jest jeszcze jeden ważny aspekt tej historii. Pan Jezus zmartwychwstał. Można by się spodziewać, że ma sporo ważnych spraw do załatwienia. Ale on wyrusza za dwoma uczniami, którzy chcieli odejść niczym pasterz z Jego przypowieści, który porzuca stado by odnaleźć zagubioną owcę.

Nic nie dzieje się przypadkowo. Bez tego fragmentu nie przeżyłbym chyba w pełni i nie zrozumiałbym tego, co dokonało się, gdy po tylu latach po raz pierwszy przystąpiłem do Komunii Świętej.

ilustracja: GViciano – Flickr.com

(Visited 132 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Parytety w polityce - najlepiej ośmieszają je kobiety

Następny tekst

Będę śpiewał Tobie, mocy moja!