Home»Wiara»Rafy»Czas obecności, czas nieobecności

Czas obecności, czas nieobecności

0
Shares
Pinterest Google+

Długo nie pisałem. Nie mogłem. Starałem się, siadałem i nic. Pustka w głowie. A właściwie – to wcale nie była pustka. To był nadmiar właśnie, ale tak intensywny, że nie dało się pisać. A jednocześnie ten nadmiar łączył się z brakiem. Z nieobecnością. No, dobrze. Postaram się to jakoś rozjaśnić.

Pewien zakonnik powiedział mi kiedyś, że w relacji z Panem Bogiem bardzo często mylimy kochanie z zakochaniem. Zakochanie to motyle w brzuchu, to ekscytacja, skrzydła, ale to stan, który na ogół jest intensywny, lecz nietrwały. Miłość zaś może nie daje takich uniesień, ale jest stała. W miłości jest czas nie tylko na wielkie uniesienia, ale i na codzienną zwyczajność. Jest czas dobry i jest czas zły. Czasem mówi się sobie czułe słowa, a czasem się kłóci. Albo nic się nie mówi, bo się obraziło, strzeliło focha i ma ciche dni. Zakochanie w Panu Bogu ma swój urok, ale kluczowe jest to, by kochać, a nie – by być zakochanym.

Skoro tak, to i w relacji z Panem Bogiem może przyjść czas, kiedy nie czuje się Jego bliskości, choć przecież wiemy, że On jest, i że kocha. Ale coś w tej relacji szwankuje. I taki czas przyszedł też na mnie. Oczywiście, tak na rozum to ja wiem, że to z moją relacją z Panem Bogiem zrobiło się coś nie tak, a nie z Jego relacją ze mną. Ale nagle przestałem czuć Jego bliskość. Poczułem się sam. I to, że to moja wina, wcale nie ułatwiało. Wręcz przeciwnie: utrudniało. Nie dość, że poczułem się sam, opuszczony, to jeszcze musiałem uporać się z poczuciem winy. Kiepsko.

W tej relacji jest czas na obrażenie się. Pan Bóg się na nas nie obraża, ale my na Pana Boga czasem tak. I ja się obraziłem. Powie ktoś, że to niemądre? I co z tego? Czy ja twierdzę, że mądre? Mądre, czy nie – stało się faktem. I z tym faktem muszę sobie jakoś poradzić.

I stąd ciche dni w tym związku. Ja wiem: Pan Bóg zawsze czeka. Ale, cholera, nie mógłby czasem przyjść i tak po mojemu powiedzieć, że mnie kocha, żebym to zrozumiał? Musi mówić na około, znakami i w ogóle tak, że nic z tego nie kumam?

To trochę jak w związku, gdy jedna strona wyznaje miłość co chwilę (na ogół jest to kobieta), a druga (na ogół mężczyzna) uznaje, że, skoro raz wyznał i nie sygnalizował zmiany, to nie ma potrzeby powtarzać, a poza tym przecież okazał miłość, bo naprawił kran w łazience. Tylko: ile razy o to naprawienie trzeba było prosić? I jak się o coś poprosiło, to trzeba przypominać codziennie, bo inaczej wróci stare?

Do czego to doszło? Za sprawą relacji z Panem Bogiem zaczynam rozumieć kobiety i współczuć im kłopotów z nami, mężczyznami?

To, że piszę, nie znaczy, że jest już dobrze i że się pogodziliśmy. O, nie. Ale jest postęp. Z etapu cichych dni przechodzimy do etapu wykrzyczenia pretensji. Potem atmosfera może się oczyści.

ilustracja: marfis75Flickr.com – CC BY-SA 2.0
(Visited 41 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Strzeżcie się wiedzących

Następny tekst

Rafalala Zawisza czyli o mediach słów kilka