Home»Wiara»Modlitewnik»Różaniec»Różaniec własnej roboty

Różaniec własnej roboty

0
Shares
Pinterest Google+

Dawno, dawno temu różaniec kojarzył mi się, wstyd to dziś przyznać, głównie ze zdewociałą staruszką. Tak, wiem, to głupie. Wtedy tego jednak nie wiedziałem. Musiało upłynąć sporo wody w Wiśle, o ile to, co w niej płynie, można nazwać wodą, żebym docenił różaniec jako formę modlitwy oraz jako przedmiot wspierający w modlitewnym skupieniu.

Kiedy już doceniłem różaniec jako modlitwę, okazało się, że nie mogę jakoś poczuć dobrze jako narzędzia tego, który sobie kupiłem. W końcu uświadomiłem sobie, co mi w nim przeszkadzało. Wszystkie koraliki były w nim tej samej wielkości. Nie mogłem zamknąć oczu, nie mogłem trzymać różańca w kieszeni, nie mogłem skupić się na słowach modlitwy, bo musiałem pilnować liczby „zdrowasiek”, nie czując pod palcami różnicy.

O dziwo! Moją pierwszą myślą nie było: Muszę kupić odpowiedni różaniec, ale – Muszę sobie sam zrobić odpowiedni różaniec. Zacząłem więc szperać w internecie. Potem odwiedziłem sklep z koralikami. Mężczyzna w tym sklepie wzbudzał zainteresowanie, bo odwiedzały go głównie panie robiące własnoręcznie biżuterię, ale miało to swoją zaletę. Jak w sklepie motoryzacyjnym działa metoda „na blondynkę”, tak – okazało się – w sklepie z koralikami sprawdza się wersja „na początkującego, nic nie wiedzącego faceta”. Dzięki temu mogłem liczyć na pomoc i porady.

Pierwsze próby były nieudane. Stopniowo efekty moich prac zaczynały coraz bardziej przypominać różańce. Nadal jednak nie było to to, o co mi chodziło. Efekt był bowiem ładny, ale wciąż kiepski technicznie. Podpatrywałem, podpytywałem. Uczyłem się. Wciągnęło mnie. Dobieranie koralików do siebie, szukanie ich, wymyślanie pomysłów na udoskonalenia, przegrzebywanie niezliczonych pudełeczek w sklepie, by wyszperać w nich to, co ładne i niedrogie – to wszystko sprawiało mi wielką frajdę. Jak widać, robiłem zarówno pełne różańce, jak i dziesiątki.

Na zdjęciach są różańce, które sam wykonałem. Pewnie, nie są jeszcze perfekcyjne. Ale i tak je lubię. Niektóre z nich mają krzyżyki poświęcone, pochodzące ze starych uszkodzonych różańców. Inne – dopiero wymagają poświęcenia.

Rozdaję te różańce tym, którzy, jak mi się zdaje, ich potrzebują. Co ważne – potrzebują do modlenia się. Różaniec nie jest wszak magicznym amuletem na szczęście, a czynienie z niego talizmanu zaprzecza jego idei i – w moim odczuciu – stanowi grzech przeciwko pierwszemu przykazaniu.

Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Feministki, które szczują cycem

Następny tekst

Sztuka pisania - jak napisać esej?