Home»Społeczeństwo»Politycy to idioci

Politycy to idioci

0
Shares
Pinterest Google+

To, że politycy w swojej masie są idiotami, nie jest wielkim odkryciem. Wie to wszak większość rodaków. Przyznam jednak szczerze, że, choć tej politycznej głupoty jestem świadomy, to i tak co jakiś czas zdarza się, że mnie ona potrafi jeszcze zaskoczyć. Tym razem udało się to posłom przy okazji tzw. uchwały antypornograficznej, gdy znów zaproponowali blokowanie stron w internecie.

Oto posłowie Solidarnej Polski (to takie ugrupowanie, którego już nie ma, bo, choć z PiSu wyszło, to do PiSu wróciło jak niepyszne) wymyślili sobie, by Sejm zobowiązał Ministra Administracji i Cyfryzacji do opracowania takiego rozwiązania, które de facto wprowadzi obowiązkowe blokowanie pornografii w internecie. W toku prac w sejmowych komisjach uchwałę wykastrowano, ale ostatecznie i tak była idiotyczna, po czym jej projekt wysłano do marszałka. Ten zaś wywalił go do kosza ze względu na błędy formalne. Jak się okazuje, spora część posłów, którzy projekt uchwały przegłosowali, odetchnęła z ulgą.

Przewodniczący sejmowej komisji, poseł Andrzej Orzechowski (z PO), powiedział dziennikarzom:

Część posłów rzeczywiście wskazywała, że jest dziwacznym tworem wzywającym ministra do tak naprawdę nie wiadomo czego. Inni wskazywali natomiast, że problem i bez uchwały jest dostrzegany w resorcie.

Nieoficjalnie i anonimowo (czyli z typową dla wybrańców narodu odwagą cywilną i odpowiedzialnością) członkowie komisji przyznali, że od początku nie do końca rozumieli intencje autorów projektu i nie widzieli sensu przyjęcia takiej uchwały, ale z drugiej strony bali się powiedzieć „nie” ze względu na jej wrażliwy charakter.

Zatrzymajmy się tu na chwilę. Oto posłowie dostają do rąk projekt uchwały, która, co sami przyznają, nie ma żadnego sensu, jest, krótko mówiąc, tak głupia jak jej autorzy, a owi autorzy w opinii ich komisyjnych kolegów w piętkę gonią. I oto posłowie nie wywalają takiego śmiecia do kosza, co w języku parlamentarnym określa się jako „odrzucenie projektu”, lecz debatują nad nim dalej, marnując czas oraz pieniądze podatników, po czym produkują gniota, którego następnie wysyłają oficjalnie marszałkowi i na koniec dziękują Panu Bogu, że marszałek znalazł pretekst, aby tego gniota spuścić w kiblu.

A gdyby marszałek nie znalazł pretekstu formalnego by wyrzucić i skierował projekt pod głosowanie? Ciekawe, ile kretyńskich ustaw i uchwał przyjął nasz parlament tylko dlatego, że nie udało się znaleźć dobrego pretekstu formalnego, by w odpowiednim momencie wywalić je do kosza?

Zastanawiające jest też określenie „wrażliwy charakter”. Owa wrażliwość polega, jak rozumiem, na tym, że projekt dotyczył pornografii i żaden z naszych szanownych wybrańców nie miał na tyle odwagi, by powiedzieć, że – nomen omen – król jest nagi. Bali się głosować przeciwko projektowi, bo ulegli niewypowiedzianemu szantażowi, że zostaną uznani za zwolennicy pornografii, demoralizowania niewinnych dzieci oraz niewinnych dusz polskich. Oznacza to tyle, że wystarczy postraszyć posłów, że temat jest „moralnie wrażliwy”, a przegłosują największą bzdurę.

Warto wreszcie zatrzymać się na tym, czego uchwała dotyczyła. W największym skrócie: pomysłodawcy uchwały chcieli, by ministerstwo przygotowało rozwiązania prawne nakładające na operatorów internetu obowiązek blokowania pornografii, tak, by użytkownik miał zapewnioną możliwość korzystania z sieci wolnej od tych strasznych bezeceństw.

Pomysł blokowania rozmaitych treści powraca niczym bumerang, a to w ramach sławetnego Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych w tzw. ustawie hazardowej, a to przy okazji ACTA, a to przy unijnej dyrektywie o ochronie dzieci. Do tej pory za każdym razem rząd musiał wycofywać się ze wstydem z tych projektów pod naciskiem opinii publicznej. Jak widać, posłowie nie uczą się jednak na błędach i pomysł co jakiś czas wraca w zmienionej formie, ale wciąż z tym samym sednem.

Czym jest pornografia?

Posłowie domagali się, by operatorzy mieli obowiązek blokowania pornografii. Sęk w tym, że nie bardzo wiadomo, co właściwie mieliby blokować. Polskie prawo, w artykułach 200, 200a, 202 Kodeksu karnego posługuje się określeniem „treści pornograficzne”. Nie ma jednak definicji prawnej tych „treści pornograficznych”.

Oczywiście, sądy, orzekając w sprawach karnych, opierają się na opiniach biegłych i dokonują każdorazowo oceny, czy treści wyczerpują znamiona zabronionych, czy nie. W jaki sposób jednak mieliby to robić przedsiębiorcy? Każdy operator telekomunikacyjny, nawet prowadzący małą sieć osiedlową, miałby zatrudniać na stałe biegłych seksuologów, którzy dokonywaliby takiej oceny? Jaką moc i jaką podstawę prawną miałyby ich oceny? Kto ponosiłby konsekwencje błędnej oceny biegłego?

Można spotkać się z najróżniejszymi definicjami pornografii. Wybrałem 3 typowe oraz jedną, która od pierwszego wejrzenia zachwyciła mnie swą kuriozalnością:

Materiały przedstawiające anatomię lub aktywność seksualną, których podstawową intencją twórcy jest prowokowanie podniecenia seksualnego odbiorcy.

Istotą tej definicji jest treść oraz cel, czyli intencja twórcy. W jaki jednak sposób ocenić intencję twórcy określonej treści, skoro na ogół go nie znamy? A jeśli nawet znamy, spytamy, a twórca odpowie, że jego intencją nie było prowokowanie podniecenia seksualnego odbiorcy, to czy w duchu domniemania niewinności powinniśmy uznać, iż materiał nie jest pornograficzny bez względu na to, co zawiera?

Materiały, które pomijając wszelkie konteksty koncentrują się na eksponowaniu seksualności.

Ta definicja koncentruje się na samej treści, odnosząc się zarazem do standardów społecznych. Warto przypomnieć sobie, że jeszcze nie tak dawno w Hollywood mierzono czas trwania filmowego pocałunku i, jeśli scena taka trwała za długo, uznawano film za pornograficzny. Standardy obyczajowe mają to do siebie, że się zmieniają. Dodatkowo zaś są różne dla różnych grup. Dla niektórych społeczności pokazanie kolan kobiety jest już samo w sobie nieobyczajne. Powstaje też pytanie, o owo pomijanie kontekstów. Czy wprowadzenie fabuły do filmu porno jest już umieszczeniem sceny seksu „w kontekście”? A gdybym aktorom uprawiającym seks analny kazał recytować erotyki Adama Mickiewicza, to byłaby to sztuka czy pornografia?

Przedstawienia o treści seksualnej, które ocenia się jako obrażające poczucie wstydu i obsceniczne.

Przy tej definicji skupiającej się na odbiorze społecznym, warto zadać sobie pytania:

  • Czyje poczucie wstydu miałoby być obrażane?
  • Kto miałby oceniać materiał jako obsceniczny?
  • W jaki sposób badać? Jakiś sondaż opinii publicznej czy grupa fokusowa?

Jawnie seksualne treści przedstawiające przemoc wobec kobiet lub degradujące kobiety i dehumanizujące relacje między płciami.

Tak, to jest ta definicja, stworzona, jak łatwo się domyślić, przez jedną z badaczek feministycznych, która (definicja, nie – badaczka) mnie zauroczyła całkowicie od pierwszego wejrzenia, jako że definicja ta stanowi najlepszy dowód na to, że fanatyzm prowadzi do głupoty i z głupoty się wywodzi. Jak rozumiem:

  1. można przedstawiać przemoc wobec mężczyzn w treściach jawnie seksualnych;
  2. można degradować mężczyzn w treściach jawnie seksualnych;
  3. nie będzie pornografią żaden materiał prezentujący aktywność homoseksualnym, gdyż nie znajdziemy w nim relacji między płciami (pojawia się tylko jedna płeć), nie da się więc owej międzypłciowej relacji dehumanizować.

Blokowanie jest głupie

I. Filtrowanie/Blokowanie jest nieskuteczne.

Każdy, kto zna się choć trochę na technicznych aspektach funkcjonowania internetu, wie, że kontrola oparta na filtrach DNS jest możliwa do obejścia i to w łatwy sposób. Nie jest moją rolą pisanie samouczka, jak to zrobić. Powstaje jednak pytanie, po co tworzyć filtry,  a tym bardziej – po co narzucać prawnie filtry, które bez większego trudu można obejść? Mogę założyć się, że po wprowadzeniu tego rodzaju filtrów dość szybko w sieci pojawią się samouczki o tym, jak te ograniczenia obchodzić.

II. Filtrowanie/Blokowanie zaburza odpowiedzialność

Wychowanie dziecka to prawo i obowiązek rodziców. Mówi o tym nawet Konstytucja RP, a dokładnie Art. 48 pkt. 1:

Rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Wychowanie to powinno uwzględniać stopień dojrzałości dziecka, a także wolność jego sumienia i wyznania oraz jego przekonania.

Prawicowi politycy, a to oni są autorami uchwały, lubią przywoływać ten punkt Konstytucji, gdy chcą krytykować jakikolwiek przepis ingerujący ich zdaniem we władzę rodzicielską. (Ja wolę zaproponowane przez profesor Marię Łopatkową określenie „piecza rodzicielska”.) Równocześnie sami chcą wprowadzić ograniczenie, narzucając odgórnie wymóg blokowania treści internetowych, jakoby dla dobra dzieci, poza decyzjami rodziców.

Ci sami politycy, słusznie skądinąd, nieraz powtarzają, że prawa wiążą się z odpowiedzialnością. Tak. To rodzice są odpowiedzialni za wychowanie dziecka. Włączanie w ramach odgórnego prawnego nakazu filtrów rodzicielskich może dawać fałszywe poczucie spokoju i zwalniać z odczuwania odpowiedzialności za troskę o internetowe bezpieczeństwo dziecka.

III. Filtrowanie/Blokowanie nie pomaga walce z pornografią dziecięcą.

Blokowanie to czynienie treści niedostępnej (na tyle, na ile się da). Treści pedofilskie, o których posłowie mówią równie chętnie jak o ochronie niewinnych dziecięcych duszyczek, nie znikają z sieci za sprawą blokowania, po prostu utrudnia się dostęp do nich. Nie rozwiązujemy problemu, lecz zamiatamy go pod dywan. Śmieci zamiecione pod dywan nie znikają i dalej cuchną. Zadania, jakie powinniśmy stawiać przed sobą to:

  1. Ustalenie, kto treści wytworzył i kto je opublikował oraz ukaranie tych osób zgodnie z obowiązującym prawem (od siebie dodam – jak najsurowiej).
  2. Ustalenie tożsamości dzieci przedstawionych w takich materiałach, dotarcie do nich i udzielenie im pomocy psychologicznej
  3. USUNIĘCIE tych treści z sieci na tyle, czyli np. zlikwidowanie strony, usunięcie serwera z sieci, odcięcie osób udostępniających treści w sieciach P2P.

W dyskusji na temat filtrowania/blokowania ze strony wspierającej cenzorskie zapisy pojawiał się argument, że takie rozwiązanie jest niezbędne dla dobra dziecka. Dziecko powinno bowiem dowiedzieć się, że te treści nie są dostępne. Problem w tym, że taki komunikat byłby i tak komunikatem całkowicie nieprawdziwym, a jedną z podstawowych zasad jest to, by nie składać w takiej sytuacji dziecku obietnic bez pokrycia. Obietnice bez pokrycia naruszają poczucie bezpieczeństwa dziecka i jego zaufanie do osób pomagających. Komunikat ten będzie zaś nieprawdziwy, gdyż:

  • Zdjęcia lub filmy nadal są przecież online, tylko zablokowano dostęp do nich tym, którzy nie potrafią obejść blokad.
  • Zdjęcie raz wrzucone do sieci wymyka się kontroli. Zablokowanie czy usunięcie nie chroni nas przed taką oto sytuacją, że ktoś przed zablokowaniem adresu zapisał zdjęcie na swój dysk i opublikuje je w innym miejscu sieci, gdy adres źródłowy zostanie zablokowany.

IV. Filtrowanie/Blokowanie szkodzi walce z pornografią dziecięcą.

Wiem, jest to teza dość kontrowersyjna, ale postaram się ją obronić. W 2010 roku udało się przeforsować zmiany w polskim prawie, dzięki którym policja może prowadzić działania operacyjne przeciwko osobom produkującym, utrwalającym i rozpowszechniającym pornografię dziecięcą. Chcemy, i tu panuje na ogół zgoda, by policjanci mogli stosować takie narzędzia pracy operacyjnej jak prowokacja policyjna, zakup kontrolowany, czy niejawna kontrola korespondencji, by namierzać osoby popełniające takie przestępstwo.

Jeśli wprowadzimy blokowanie treści, to osoba, która np. prowadzi stronę, będzie musiała zostać poinformowana o tym, że serwis został wpisany na czarną listę, aby mogła się od takiej decyzji odwoływać. Zostanie więc ostrzeżona, że znalazła się w obszarze zainteresowania organów ścigania. Policja nie będzie miała więc już możliwości podjęcia działań operacyjnych ani wobec tej osoby ani wobec osób, które korzystają z jej strony. Co więcej, może się zdarzyć, że ktoś zgłosi adres strony do zablokowania, procedura blokowania zostanie rozpoczęta, a osoba zainteresowana – ostrzeżona, choć policja już prowadzi wobec niej działania operacyjne i te zostaną “spalone”. W efekcie trwająca już od jakiegoś czasu praca i wydane na nią środki pójdą na marne.

Szkodliwość blokowania polega też na tym, że jest ono mniej czaso-, praco- i kosztochłonne niż normalna policyjna robota, która ma doprowadzić do ujawnienia i zatrzymania sprawcy. Mam nadzieję, że policjanci się tu na mnie nie obrażą, ale znając realia, śmiem z dużą dozą prawdopodobieństwa przypuszczać, że bardzo często będzie tak, że zamiast wszczynać trudne działania, często wymagające współpracy międzynarodowej, żmudnej i kosztownej pracy, po prostu strona będzie blokowana i wszyscy spoczną na laurach. A przecież nie o to nam chodzi.

Kolejnym istotnym argumentem przemawiającym za tą tezą jest konieczność tworzenia baz danych blokowanych serwisów. Rodzi to ryzyko wycieku informacji, które dla osób zainteresowanych takimi treściami będą oczywiście bardzo atrakcyjne. Raz, że ktoś może taką bazę wynieść i sprzedać. Dwa, że ktoś może złamać zabezpieczenia, wykraść dane i je udostępnić innym czy sam z nich korzystać.

V. Filtrowanie/Blokowanie jest niebezpieczne dla demokracji.

Wolność słowa sprawia, że możemy toczyć dzisiaj taką debatę. Wolność słowa sprawia, że możemy protestować przeciwko temu, co się nam podoba i wspierać to, co wspierać chcemy. Jest to wartość niezwykle istotna, a nawet kluczowa, dla demokracji i wymaga szczególnej ochrony. Chciałbym, byśmy doczekali się w polskiej konstytucji takiego zapisu, jaki zawiera konstytucja USA – czyli tego, że nie można uchwalać prawa naruszającego i ograniczającego wolność słowa.

Wprowadzenie blokowania oznacza, że operatorzy na żądanie państwa będą musieli zainstalować infrastrukturę techniczną, która będzie odpowiadać za blokowanie. Dzisiaj rządzący obiecują, że chodzi wyłącznie o pornografię. Wcześniej mówili, że chodzi o pornografię dziecięcą i hazard. Posłowie PiS chcieli ograniczać agresję w internecie przeciwko politykom (czytaj – “jak nas krytykujesz, to Cię zablokujemy”). Rząd walczył z dopalaczami. Zdrowy rozsądek każe podejrzewać, że organizacje zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, gdy blokująca infrastruktura techniczne już powstanie, zgłoszą postulat blokowania piratów.

Istnieje bardzo poważne niebezpieczeństwo, że, gdy już taka infrastruktura techniczna się pojawi, katalog treści wymagających blokowania będzie stale rozszerzany. Przekonują o tym przykłady krajów, w których takie rozwiązanie wprowadzono. Za każdym razem scenariusz był podobny. Filtrowanie wprowadzano dla ochrony przed treściami, co do szkodliwości których wszyscy byli zgodni, zapewniając, że będzie to dotyczyło jedynie materiałów ewidentnie naruszających prawo. Potem to „ewidentnie” stawało się coraz bardziej dyskusyjne. Kolejnym etapem były propozycje rozszerzania katalogu filtrowanych treści, a to o materiały rasistowskie i ksenofobiczne, a to promujące przemoc, a to jeszcze inne, przy których jednoznaczna ocena danej treści stawała się coraz trudniejsza.

VI. Filtrowanie/Blokowanie szkodzi rozwojowi Polski.

Blokowanie kosztuje. Wymaga inwestycji w infrastrukturę, a potem jej utrzymywania, aktualizowania baz danych, troski o bezpieczeństwo gromadzonych informacji. Będą to, można się spodziewać, koszty niemałe. Państwo przerzuci je na operatorów telekomunikacyjnych. Są to jednak koszty, które nie służą uzyskiwaniu przychodu z działalności gospodarczej. Gdy państwo zmusza przedsiębiorców do ponoszenia dodatkowych kosztów, oczywistym jest, że jakoś koszty te muszą być przez firmy finansowane. Jak? To akurat oczywiste – poprzez podnoszenie cen.

Blokowanie oznacza również wolniejsze działanie internetu. Wszak konieczne jest przed przesłaniem pakietów danych wykonanie dodatkowego zapytania do bazy zawierającej zablokowane adresy.

Polska musi dbać o jak największą powszechność dostępu do internetu szerokopasmowego. Od tego zależy rozwój młodego pokolenia, rozwój nauki, innowacyjność, konkurencyjność naszej gospodarki. Każda partia polityczna opowiada o tym w swoim programie wyborczym. Nie stać nas jako kraju na to, by podnosić koszty dostępu do sieci.

Filtry są dostępne

Przyznam, że zupełnie nie rozumiem pomysłu, by obligować ministerstwo do tworzenia prawa, które to prawo z kolei miałoby obligować operatorów telekomunikacyjnych do blokowania pornografii. Narzędzia do tzw. ochrony rodzicielskiej są już przecież dostępne:

  1. System operacyjny
    Mamy na rynku 3 najpopularniejsze rodziny systemów operacyjnych: Windows, w jego różnych wersjach, Linux, z jego rozmaitymi dystrybucjami, a także OsX, czyli system komputerów firmy Apple. Każdy z tych systemów ma już w sobie podstawowe narzędzia do ochrony rodzicielskiej. Wystarczy tylko je włączyć w ustawieniach systemu
  2. Pakiety bezpieczeństwa
    Niemal wszystkie pakiety bezpieczeństwa dostępne na rynku, oprócz modułów ochrony antywirusowej, firewalla, antyspamu, itp, zawierają również moduł ochrony rodzicielskiej. Znów – wystarczy tylko włączyć w ustawieniach.
  3. Narzędzia dedykowane
    Na rynku funkcjonują również narzędzia dedykowane, czyli programy, które specjalizują się wyłącznie w ochronie rodzicielskiej. Jedne lepsze, drugie gorsze, ale są i można je bez trudu znaleźć, pobrać i zainstalować.
  4. Narzędzia dla operatorów
    Dostępne są też rozwiązania takie jak np. Surfsafe, które działają po stronie operatora. Ich model funkcjonowania jest taki, że aż można by odnieść wrażenie, że pomysł posłów Solidarnej Polski to efekt lobbyingu. Żeby było jasne: wcale nie podejrzewam, że to efekt lobbyingu. Posłów nie trzeba wcale namawiać, żeby zrobili coś głupiego. Im to tak samo wychodzi.

Idioci są nieuleczalni

Rejestr Stron i Usług Niedozwolonych w ustawie hazardowej doprowadził do sławetnej debaty premiera z blogerami. Potem była historia z unijna dyrektywa o ochronie dzieci. Potem – ACTA. Nasi politycy na koncepcji blokowania treści w internecie przejechali się już niejeden raz. Wiele razy, przy różnych okazjach, usłyszeli argumenty przeciwko blokowaniu. Wiele razy musieli wycofywać się z takich pomysłów pod naciskiem opinii publicznej.

Średnio rozgarnięty orangutan czegoś by się nauczył, ale nie politycy. Potrzeba kontrolowania internetu, choć niemożliwa do zrealizowania, wciąż ich mami. Ciekawe, ile razy jeszcze idea blokowania powróci…

(Visited 150 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
1% podatku, 100% wsparcia. Przekaż 1% podatku Fundacji Lex Nostra
Poprzedni tekst

Zwierzenia kontestatora - Marek Piekarczyk

Następny tekst

Z dziwką bardziej się opłaca