Home»Blogowanie»Brakuje nam redaktorów

Brakuje nam redaktorów

0
Shares
Pinterest Google+

Niezwykle ceniony przeze mnie Tomek Tomczyk zwany też Jasonem Huntem, a szerszej publiczności znany wciąż jeszcze głównie jako Kominek, w swych rozlicznych peanach na cześć wyższości blogosfery nad mediami tradycyjnymi podkreśla często fakt, iż bloger, w odróżnieniu od dziennikarza, nie ma nikogo nad sobą. Ale czy to na pewno dobre?

Jasne, dziennikarz ma nad sobą szefów, którzy mogą na niego wywierać rozmaite, nie zawsze stosowne czy etyczne, naciski. Bloger pod tym względem ma lepiej, będąc sam sobie sterem, okrętem i żeglarzem. Jeśli pojawia się na blogu cenzura, to jest to autocenzura, czyli dobrowolne samoograniczenie blogera. Ta autocenzura też może nie być stosowna, ale to jest jego własna decyzja.

Czasami jednak mam wrażenie, że problemem jest właśnie brak kogoś, kto by przeczytał tekst przed publikacją. Dla sprawiedliwości dodam, iż w coraz większym stopniu dotyczy to również mediów tradycyjnych.

Kiedy byłem jeszcze młodym, dobrze zapowiadającym się dziennikarzem, czyli wtedy, gdy dinozaury hasały jeszcze radośnie po lądach, a oceany pełne były jeszcze stworów wielkich i potwornych, miałem nad sobą szefa działu, a nad nim redaktora naczelnego. (Ci, choć budzili postrach, nie przypominali jednak wcale prehistorycznych potworów.)

Szef działu czytał wszystkie teksty. Sugerował, co zmienić, jakie informacje uzupełnić, kogo jeszcze warto zapytać o opinię, jak przebudować konstrukcję tekstu, czy poszczególnych jego fragmentów. Redaktor naczelny robił to tylko w przypadku tych tekstów, które z jakichś powodów uznał za ważne.

Miałem ogromne szczęście mieć niezwykłego naczelnego, który był dla mnie prawdziwym mentorem. Do dziś uważam, że lepszego szefa niż pan Andrzej Jonas w swoim życiu nie miałem.

Pamiętam pewien tekst, który postanowił redagować osobiście. Przeczytał, wezwał mnie do gabinetu, spojrzał uważnie i rzekł: „Kuba, to dobry tekst, trzeba w nim tylko nanieść pewne niewielkie zmiany”. Wręczył mi wydruk z odręcznie naniesionymi uwagami. Podziękowałem, wyszedłem i szpetnie zakląłem. Te „niewielkie zmiany” oznaczały bowiem de facto napisanie artykułu od nowa. Zrobiłem to, a następnie z duszą na ramieniu zaniosłem nowe wydruki i usłyszałem: „Jest znacznie lepiej, trzeba jeszcze tylko…” Tak, dobrze się domyślacie, kolejne niewielkie zmiany wymagające napisania tekstu od nowa.

Żeby było jasne: tekst musiał być dobry sam z siebie, bo naczelny raczej pochwałami nie rzucał bez potrzeby. W ten sposób obróciłem siedem razy, aż usłyszałem: „Kuba, wiesz, naprawdę jest bardzo dobrze, przez weekend doszedłem jednak do wniosku, że do tego tematu trzeba podejść z zupełnie innej strony”. Tym razem przynajmniej otwartym tekstem, prawda?

Potrzeba przegryzienia naczelnemu tętnicy mieszała się z ochotą rzucenia tego w cholerę, upicia się i skocźenia z mostu. Powstrzymała mnie myśl o dobrze mi znanym ówczesnym stanie zanieczyszczenia wód rzeki Wisły. Taki skok mógłby zamiast zwykłego utonięcia oznaczać wyżarcie ciała przez chemikalia. Ze łzami rozpaczy w oczach wróciłem więc do siebie i wziąłem się do roboty. Temat zaś spadł z numeru do następnego wydania, a ja obdzwaniałem kolejnych rozmówców i pisałem.

Zaniosłem gotowy tekst i dostałem kolejną porcję odręcznych uwag Pierwszego Po Panu Bogu. Pobiłem wtedy rekord. Podpis akceptujący do druku znalazł się na dwunastej wersji tekstu.

I teraz najlepsze: Tak. Pierwsza wersja była poprawna. Ale to wersja dwunasta była świetna. Poprawki naczelnego mnie wkurzały, ale to dzięki nim tekst stał się naprawdę wartościowy.

Kiedy planowaliśmy teksty do numeru, omawialiśmy je wstępnie z szefem działu. Chodziło o to, żeby zastanowić się, co w danej sprawie jest najważniejsze, zwłaszcza dla naszych, dość specyficznych czytelników; przemyśleć, z kim warto porozmawiać, czyje wypowiedzi uzyskać, jakie dane zebrać.

Najbardziej lubiłem jednak takie rozmowy, rzadkie co prawda, z redaktorem naczelnym. Tak, tym samym, który tak przewracał do góry nogami mój tekst. To omawianie było ryzykowne, mogło bowiem skończyć się tym, że naczelny wyrazi chęć osobistego redagowania napisanego artykułu. Ale i tak to lubiłem. Naczelny stosował metodę sokratejską: zadawał wiele pytań, dzięki którym sam ustalałem, jak zabrać się za tekst.

Na tym właśnie polega rola redaktora. Jest przewodnikiem, pomocnikiem autora. Jeśli autor rodzi tekst, to redaktor jest akuszerem. Czasem ochrzani, czasem pochwali, motywuje autora, a, kiedy trzeba, wylewa mu kubeł zimnej wody na głowę. I to wcale nie w ramach Ice Bucket Challenge.

I tak to latami całkiem nieźle funkcjonowało. Niestety, przestało. Dziennikarzy zastępują media workerzy. Wszystko w mediach ma być podane szybko, jak najszybciej; tanio, jak najtaniej; i prosto, albo i prostacko, żeby – uchowaj Boże – czytelnika nie męczyć koniecznością myślenia. Zawód redaktora odchodzi do lamusa.

Czytam sporo blogów. Są wśród nich lepsze i gorsze. Bardzo często widzę teksty z potencjałem. Szkoda tylko, że – niewykorzystanym. Brakuje im właśnie redaktora, który podpowiedziałby autorowi zmiany, zanim ów autor, szczycąc się swoją samodzielnością, kliknie „opublikuj”.

Kurczę, może to jest nisza biznesowa i zostanę redaktorem dla blogerów? :)

Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Słowo ma siłę - 23.04.2015

Następny tekst

Słowo ma siłę - 24.04.2015