Home»Życie»Gloria victis

Gloria victis

0
Shares
Pinterest Google+

Pewna blogerka, której imię, nazwisko i adres bloga pominę litościwie, postanowiła zbawiać blogosferę. Cóż, chętnych do zbawiania nie brakuje, choć na ogół powinni jednak zacząć od troski o zbawienie własne. Bywa. Postanowiła zbawiać blogosferę przed plagą działań „obs / obs” oraz „kom / kom”.

Ludziom normalnym, którzy z blogowym światkiem nie mają nic wspólnego, wyjaśnię, że „obs” to skrót od „obserwacja”, zaś „kom” – od „komentarz”.

Obserwacja dotyczy blogów prowadzonych na platformie blogspot, ulubionym miejscu początkujących szafiarek. W skrócie „obs za obs” polega na tym, że jedna blogerka zaobserwuje (czyli skorzysta z narzędzia platformy umożliwiającego śledzenia wpisów z danego bloga) drugą, oczekując tego samego w zamian.

„Kom za kom” to praktyka podobna, ale dotycząca dodawania komentarzy, na ogół pozbawionych walorów merytorycznych, np. „Super blogasek, zapraszam na mojego cudownego blogaska jestemsuperszafiarkanajbardziejzajedwabistapodsloncem.blogspot.com”.

Po co to? Tego tak do końca najstarsi Indianie nie wiedza, ani nawet baca z Poronina tego nie ogarnia. Można domyślać się, że statystyki tych obserwacji i komentarzy, nawet pozyskanych w tak niemądry sposób, mile łechtają ego początkujących blogerów i blogerek. Jeśli jednak nie wiadomo, o co chodzi, to na ogół chodzi o pieniądze. Otóż te biedne istoty naiwnie sądzą, że nabicie sobie w sztuczny sposób statystyk pomoże im w zarabianiu na blogu, a przynajmniej w pozyskiwaniu prezentów od firm. Nie pomoże. Ale to ich problem, nie nasz, prawda?

Ale nie o tym ma być ten tekst. Jeśli jakieś naiwne istotki chcą się tak bawić, to, cóż, niechże im idzie na zdrowie. Kiedyś może z tego wyrosną i będą się wstydzić. A może nie? Jakie to ma znaczenie. Jeśli ktoś nie chce, to się w takie bzdury nie bawi, tylko robi swoje. Ja w ogóle nie o tym chciałem pisać, tak tylko wyjaśniam niewtajemniczonym. Wróćmy do naszej Blogerki Zbawicielki.

Z sobie znanych powodów zamiast zająć się rozwojem własnego bloga, który, co tu kryć, sukcesu nie odniósł, postanowiła zbawiać blogosferę. Hm. Może to taki pomysł marketingowy? Lans na zbawicielkę? Nie mam pojęcia. W ramach zbawiania blogosfery przygotowała więc grafikę. No, mocno powiedziane. Wzięła fotkę i wstawiła bez ładu kompozycyjnego hasło „obs/obs, kom/kom”, a następnie umieściła to w blogerskich grupach na Facebooku z dopiskiem „Blogerzy! Szanujcie się!”

Cóż, nie byłby to jeszcze pretekst do tekstu, gdyby nie to, jaką fotkę Blogerka Zbawicielka wykorzystała. Ilustracją misji zbawiania świata była czarno-biała fotografia przedstawiająca żebraka. I tu, przyznam, szlag mnie trafił. Zdjęcie żebraka jako ilustracja do komunikatu „nie szanujecie siebie, jesteście żałosni”? Serio?

Człowiek, który musi prosić innych o jałmużnę. Coś mu w życiu nie wyszło. Może z jego winy, a może nie – to bez znaczenia. Jego wina bądź jej brak nie zmienia wszak faktu, iż dziś jest w takiej właśnie sytuacji, która zmusza go do upokorzenia, jakim jest żebranie.

Tak, ja oczywiście wiem, że działają całe zorganizowane mafie żebraków; wiem też dobrze, że kwitnie handel ludźmi wokół tego procederu; wiem również, że są tacy, którzy żebrzą, bo chcą, a nie – bo muszą. Ja to wszystko wiem.

Tylko nikt z nich nie ma wypisanego na czole, czy żebrze, bo musi, czy też – bo chce. A ci, którzy żebrzą, bo są częścią przemysłu handlu ludźmi, to ludzie, za którymi kryją się trudne do wyobrażenia dramaty. Wyobraźmy sobie bowiem kobietę, która została przewieziona do obcego kraju. Jej dziecko zostało jej odebrane i wręczone innej kobiecie, często w innym mieście. Jej zaś wręczono jako narzędzie pracy cudze dziecko. I ona idzie żebrać w nadziei, że kiedyś jeszcze zobaczy to swoje dziecko. Rzeczywiście, no, jest powód do pogardy.

Współczesna kultura i medialny przekaz promują i gloryfikują sukces. Masz do niego dążyć, ma być twoim świętym Graalem, a kiedy już go osiągniesz, masz być z niego dumny. Jeśli jeszcze go nie osiągnąłeś, masz podziwiać tych, którzy wspięli się na szczyt i brać z nich przykład.

To żadna sztuka szanować człowieka sukcesu. Sztuką jest szanować człowieka, któremu nie wyszło.

Miarą człowieka nie jest to, jak odnosi się do silniejszych od siebie. O człowieku świadczy to, jak traktuje słabszych. Ale też to, czy potrafi dostrzec, że ci na pozór słabsi, mają czasem więcej niż on sam.

W konwencji wojennej powtarzamy „gloria victis”, czyli „chwała pokonanym”. A może warto pomyśleć również o tych pokonanych przez życie, a czasem – przez ich własne słabości?

Gdy jeszcze byłem dziennikarzem, czyli w czasach prehistorycznych, nabrałem zwyczaju rozmawiania z ludźmi, którzy proszą o pomoc. Nie jako wielki cywilizowany, dobrotliwy człowiek, który pochyla się z pobłażliwą litością nad biedną zagubioną małpką w buszu. Robiłem to dlatego, że na ogół stała za nimi jakaś niezwykła historia, a ja byłem jej ciekaw.

Pamiętam pewnego człowieka, był dość młody, poznałem go na dworcu. Służył w Legii Cudzoziemskiej. Wrócił do kraju, a jego, jak sądził, najlepszy przyjaciel wyniósł mu z domu fotografię w mundurze i zaniósł ją do prokuratury. Warto dodać: służba w obcej armii jest według polskiego prawa przestępstwem. Mój rozmówca wylądował w więzieniu. Gdy został z niego zwolniony, okazało się, że w czasie jego pobytu w zakładzie karnym zmarł jego ojciec, jedyny żyjący do tego czasu członek jego rodziny. On zaś zbierał pieniądze, by pojechać do rodzinnej miejscowości i prosić o pracę w kopalni. Ojciec był bowiem górnikiem przodowym, a tradycją górniczą jest, że, gdy umiera górnik, jego syn ma prawo zająć jego miejsce przy fedrowaniu.

Innym razem rozmawiałem z człowiekiem bezdomnym. Miał kobietę i dziecko. Kiepsko sobie radzili, bo on nie mógł znaleźć pracy, nie miał wyuczonego zawodu. Imał się różnych zajęć, w końcu zaczął kraść, by jakoś zapewnić byt rodzinie. No, źle. Wiadomo. Wylądował w więzieniu. Odsiedział swoje. Kiedy wyszedł, okazało się, że nikt na niego nie czeka. W jego mieszkaniu czekały zmienione zamki, nikt nie otworzył mu drzwi. Kobieta znalazła sobie nowego mężczyznę. Wylądował na dworcu. I tak, rozpił się, bo stracił nadzieję.

Pamiętam też, jak kiedyś podeszła do mnie starowinka, prosząc o pomoc. Przeszukałem wszystkie kieszenie, miałem tylko złotówkę. Ze wstydem dałem jej. Było mi głupio, bo cóż to jest złotówka – sądziłem. Ona zaś rozpromieniła się cała. „Wszyscy mnie mijają, nie widząc, a pan zatrzymał się i szukał, żeby mi pomóc. Będę się modliła za pana” – mówiła, a ja nie mogłem znaleźć słów.

Nie chcę zachęcać, byś odwrócił wzrok od ludzi sukcesu. Ależ wpatruj się w nich do woli, obserwuj, podpatruj, ucz się i próbuj im dorównać. Nic w tym złego! Obyś tylko nie tracił, nie traciła z oczu tych, którym nie wyszło. Od nich czasem możesz nauczyć się znacznie więcej. Na przykład to, że może nie wyszło im w jednym, ale tak naprawdę mają więcej niż ty i ludzie, którzy tak ci imponują.

Szacunek nie musi objawiać się w spektakularnych gestach. Ba! Rzadko tak się objawia. Objawia się w szczegółach, z pozoru błahych i nieistotnych. Nie w wielkich słowach, ale w małych gestach. Na przykład właśnie w tym, że nie weźmiesz wizerunku żebraka, by ilustrować nim hasło „jesteście żałośni”.

(Visited 39 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Słowo ma siłę - 17.05.2015

Następny tekst

Słowo ma siłę - 18.05.2015