Home»Życie»Ludziofobia wirtualna

Ludziofobia wirtualna

0
Shares
Pinterest Google+

Ludzie w autobusie, ludzie na przystanku, ludzie w centrum handlowym, ludzie na ulicy. Za dużo ludzi. Nie ufam. Nie lubię. Nie chcę. Obawiam się. Są za blisko. Jest ich za dużo. Stanowią zagrożenie.

Ludziofobia działa nie tylko realnie, ale i wirtualnie. Regularnie ograniczam liczbę znajomych w portalach społecznościowych, zwłaszcza na Facebooku. Coraz rzadziej czuję potrzebę komentowania czegokolwiek w sieci. Czytam, oglądam, ale nie czuję potrzeby wypowiedzenia się.

A przecież kiedyś aż mnie palce swędziały i natychmiast czyniłem im ulgę. Komentowałem, wdawałem się w długie dysputy, spory.

Dzisiaj myśl o dyskusjach, sporach, o aktywności w sieci zwyczajnie mnie odrzuca. No, po co mi to?

Coraz częściej też łapię się na tym, że najzwyczajniej nie chce mi się gadać. Widzę znajomych w sieci. Są dostępni, na wyciągnięcie ręki, na jedno kliknięcie, ale ja po prostu nie mam ochoty się odzywać i lubię, gdy nikt nie odzywa się do mnie. Kiedy się odzywa, jestem rozdrażniony lub odpowiadam półsłówkami.

Pomijając już nawet rozdrażnienie, wynikające z wkroczenia w moją przestrzeń, coraz częściej po prostu nie mam o czym rozmawiać. Rola powiernika, spowiednika i wirtualnego terapeuty mi nie odpowiada, choć dawniej często w nią wchodziłem, sam zaś nie chcę się uzewnętrzniać. Swoje smutki, swoje przemyślenia wolę zachować dla siebie. Tak bezpieczniej. Pokazanie słabych punktów to proszenie się o kopa. Dziękuję, postoję.

Czasami tak sobie myślę, że dobrze byłoby móc się otworzyć, mówić czy pisać tak, jak myśli w głowie się układają, nie zastanawiając się, czy nie odsłaniam się za bardzo. Pisać bez kalkulowania, bez obaw, bez autocenzury, tak po prostu, tak od siebie. Na szczęście nie ma przed kim się tak otwierać, więc nie muszę nawet mierzyć się z blokadą w sobie.

Ktoś: Cześć, co tam u Ciebie?
Ja: Dziękuję, ok.
Ktoś: No, a tak konkretniej?
Ja:

Gdy pisałem pewien czas temu o swojej ludziofobii, wyszedł mi tekst, który wiele osób odebrało jako depresyjny. Niektórzy wręcz zalecali mi konsultację z psychologiem lub psychiatrą. W pewnym momencie tak bardzo już nie radziłem sobie ze swoimi emocjami, że skorzystałem z tej rady, decydując się na wizytę u psychiatry.

Odwiedziłem miłą panią doktor, taką damę starszej daty, która porozmawiała ze mną, tak w porywach do 20 minut, na podstawie tej rozmowy stwierdziła, iż depresji nie mam, po czym… przepisała mi leki antydepresyjne. Przyjmowanie leków psychotropowych niespecjalnie mi się uśmiechało. Dopytywałem więc usilnie, po cóż mi one, skoro pani doktor sama uznała, iż żadnej depresji nie mam. W odpowiedzi słyszałem, że mam – cytuję – stany lękowo-depresyjne. Zapisany mi lek miał przez co najmniej pierwszy miesiąc powodować: migotanie serca, bezsenność, nudności, torsje, biegunki, drżenie rąk, męczliwość, ogólne pogorszenie nastroju oraz myśli samobójcze. Cóż, nie wykupiłem i nie wziąłem ani jednej tabletki.

Gdy zaczynałem pisać ten tekst, on też zapowiadał się mocno depresyjnie. Cóż, to było już jakiś czas temu. Pierwsza wersja powstała wszak w lutym. Teraz napisałem go praktycznie od nowa. Tamto było już nieaktualne.

Na szczęście nie posłuchałem psychiatry. Zamiast łykać prochy, po których bałbym się zostać sam w domu, zrobiłem rewolucję w swoim życiu, odcinając z niego to, co mnie zatruwało. Bolało. Zamiast tych toksyn wpuściłem jednak do swojego życia gwar, radość, zamieszanie i miłość. Pomogło.

Terapia, którą sam sobie zaordynowałem, nie wyleczyło mnie z ludziofobii, ani z tej realnej, ani z tej wirtualnej. Za to wyleczyła mnie ze smutku. Jestem trochę jak ten człowiek, który nadal się moczy, albo po terapii u psychoanalityka jest już z tego faktu dumny.

12526922203_5168432e0f_o

Żeby było jasne: Jeśli podejrzewasz u siebie depresję lub ktoś ją u Ciebie podejrzewa, nie obawiaj się i nie wstydź skorzystać z pomocy lekarza. Pójść do psychiatry to żaden powód do wstydu. Jeżeli lekarz zdiagnozuje depresję, stosuj się do wskazań i lecz się. Walcz. Depresja to choroba, która zabija.

Z drugiej strony: nie myl depresji z chandrą. Stany depresyjno-lękowe, o których perorowała mi pani doktor, to nie było nic innego, jak zwyczajna chandra, dół, wynikający z zatrucia emocjonalnego. Tu – jak widać – najistotniejsze było odtrucie się.

ilustracja: Flickr.com
(Visited 209 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Słowo ma siłę - 15.05.2015

Następny tekst

Słowo ma siłę - 16.05.2015