Home»Życie»Nie tylko wielkie gesty

Nie tylko wielkie gesty

0
Shares
Pinterest Google+

„Jeśli nie chcesz mojej zguby, krokodyla daj mi luby” – tymi słowami pewna panna z pewnego urokliwego dziełka literackiego żądała od adoratora niecodziennego, wymagającego wysiłku, dowodu miłości. No, dobrze, wiemy, że tak naprawdę dawała mu kosza, ale w sposób, który miał udawać, że nie stanowi odrzucenia zalotów, czyli mieścił się w pewnym obyczaju.

Bohater innego dzieła, niejaki Zbyszko z Bogdańca, w dowód swej, nie oszukujmy się, niekoniecznie dojrzałej, miłości chciał koniecznie rzucać swojej, nieco mimozowatej skądinąd, wybrance do stóp zerwane z hełmów pawie pióra, nie bacząc przy tym zupełnie na fakt, iż takowe hełmy nosili wyłącznie chronieni immunitetem posłowie-zakonnicy. Owego miłosnego wyzwania o mały włos nie przypłacił, i to w sensie dosłownym, głową.

Nieszczęsna, ściśnięta w placówkach systemu oświaty, młódź, nadzieja świetlista narodu naszego, katowana jest przez lata, w ramach realizacji tzw. podstawy programowej, opowieściami o patriotycznych bohaterach, którzy powodowani nieustraszonym umiłowaniem ojczyzny naszej dokonywali w jej imię czynów tyleż niebezpiecznych i heroicznych, co z reguły nieprzesadnie roztropnych, a na ogół straceńczych.

Żeby było jasne: Wcale nie twierdzę, iż bohaterowie czynów miłosnych oraz tych patriotycznych są zbędni. Wręcz przeciwnie: Uważam, iż są dramatycznie wręcz konieczni. Nawet jeśli żadnym z nich sam być bym nie chciał. Potrzebni są choćby jako swoisty punkt odniesienia.

Zbyszko z Bogdańca, romantyczny młodzieniec rzucający się w imię miłości na krzyżackich posłów, dałby głowę za swoją głupotę, gdyby nie bardzo przyziemny w swym sposobie myślenia jego stryj imieniem Maćko, który wychodził życzliwość dla młodocianego idioty, a efektem tej życzliwości było odnalezienie kruczka prawnego ratującego życie pechowego amanta.

Większość frontowych bohaterów byłaby bezradna, gdyby nie kwatermistrzowie, którzy zapewnili dostawę amunicji do okopów, kucharze, którzy tych herosów karmili, czy sanitariuszki, które opatrywały im rany po straceńczych podrygach. Dziwnym trafem pamiętamy jednak o tym, który rzuca się z bagnetem na czołg, a nie o tym, który go wcześniej nakarmił i w ogóle załatwił mu ten bagnet. O sanitariuszkach przynajmniej śpiewają, że „morowe panny”. Swoją drogą: zawsze mnie dziwiło, że komplementem ma być skojarzenie z morem, czyli zarazą.

Urok bohaterów, czy to tych z patriotycznych opowieści, czy to tych opiewanych w pieśniach miłosnych, polega na ich wyjątkowości i – co z tym się nieuchronnie wiąże – na tym, że z natury jest ich niewielu. Większość z nas, nawet jeśli drzemie w nas gotowość dokonywania heroicznych gestów, nigdy nie będzie mieć okazji, by tę gotowość udowodnić. Na szczęście. Niech ci bohaterowie będą sobie poezją, ale życie potrzebuje również prozy. Ta zaś na ogół jest obszerniejsza.

Nie chcę rozważać swojej gotowości do oddania nerki swojemu dziecku. Nie dlatego, że nie chcę jej oddać. Wierzę, chcę wierzyć, że, gdyby było to potrzebne, zrobiłbym to, traktując ten gest jako coś absolutnie oczywistego. Po prostu wolę nie mieć okazji do dokonywania takiego dramatycznego wyboru. Wolę też jakoś, wiem, może to dziwne, żeby moje dziecko nie chorowało.

Nie chcę, by moja Przyszła Mądrzejsza Połowa w heroicznym geście zasłaniała mnie swym ciałem przed kulą skrytobójcy, bo wolałbym, aby nikt do mnie nie strzelał, a poza tym jakoś też – nie ukrywam – wolałbym, żeby ma wybranka jak najdłużej była ze mną żywa.

Nie chcę również, by moje dzieci składały swe życie na ołtarzu ojczyzny, bo ojczyźnie nie życzę sytuacji, w której taka ofiara stałaby się konieczna, a moim dzieciom życzę, by w zdrowiu i pokoju dojrzewały i w odpowiednim momencie ucieszyły mnie rolą dziadka.

Skupiamy się na gestach wielkich, zapominając o tym, że tak naprawdę świat do przodu posuwają przede wszystkim małe zmiany.

Życzliwy śmiech. Podana ulubiona herbata. Papierek podniesiony na ulicy. Patriotyzm nie musi przecież oznaczać umierania za ojczyznę, a miłość można wyrażać codziennością.

Wolę budzić się co rano i patrzeć na swoją ukochaną, jeszcze śpiącą, nieumalowaną, z zachwytem i czułością. Wolę zrobić jej rano kawę, taką, jak lubi. I pamiętać, że nie znosi czerwonej fasoli. Wolę to niż raz na jakiś czas dokonywać lub oczekiwać gestów wielkich.

Możesz sprzedać wszystko, co masz, rozdać ubogim. To będzie wielki gest. Potem zaś pójdziesz sam po pomoc, bo coś jeść przecież musisz i mieszkać też gdzieś by wypadało. Możesz przykuwać się do drzew w obronie nieznanego nikomu gatunku mrówki, ale może lepiej po prostu zacznij od segregowania śmieci. Możesz rzucać się z szablą na czołgi, tylko skąd Ty teraz te nieszczęsne czołgi weźmiesz?

Życie jest sumą małych gestów. Drobnych gestów. Codziennych wzruszeń. Małych kroków. Dreptania, a nie biegu. I może ktoś tęskni za tymi wielkimi gestami, wielkimi krokami. Ja nie tęsknię. A Ty?

(Visited 88 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Słowo ma siłę - 26.05.2015

Następny tekst

Słowo ma siłę - 27.05.2015