Home»Społeczeństwo»Dlaczego nie przemaluję facebooka na tęczowo

Dlaczego nie przemaluję facebooka na tęczowo

1
Shares
Pinterest Google+

Znienacka, czyli jak lubią ponoć pisać ludzie biegli w mediach społecznościowych: Wtem!, mój facebook stał się tęczowy. I nie chodzi wcale o kultowy program „Tęczowy Music Box”, ani o znak przymierza zawartego przez Pana Boga z ludźmi przy arce Noego po potopie.

Wbrew pozorom nie chodzi też o to, że nagle większość moich znajomych odkryła w sobie skłonności homoseksualne. W ten sposób postanowili wyrazić swoją radość z wyroku amerykańskiego sądu, dzięki któremu we wszystkich stanach USA legalne stały się małżeństwa jednopłciowe. Nie dołączę do tego. Dlaczego?

Wirus bycia fajnym

Kiedy internety dopada jakaś nagła akcja czy moda, odruchowo nabieram dystansu i wolę przeczekać. Niektórzy robią tak z nagłym atakiem pracowitości, a ja z internetowymi modami. Co kto lubi.

Raz, że te mody nie zawsze są mądre, ale o mądrości tej konkretnej to jeszcze za chwilę napiszę. Dwa, że coraz częściej odnoszę wrażenie, że wcale nie chodzi o to, jaki przekaz niesie dana akcja.

Złotym Graalem mediów społecznościowych jest tzw. viralowość. Brzmi lepiej niż wirusowość, bo to się gorzej kojarzy. Sęk w tym, że to skojarzenie z wirusem ma swój sens. To – mam wrażenie – błyskawicznie rozprzestrzeniające się wirusy wyłączające wielu ludziom umiejętność samodzielnego myślenia na rzecz owczego pędu.

Co jakiś czas niczym wirus rozprzestrzenia się jakaś akcja i nagle wszyscy chcą brać w niej udział. Pytanie tylko: dla akcji czy dla znajomych. Bo troszkę to działa tak, że, kto nie dołącza, ten nie jest fajny. Kiedyś, nim Jurek Owsiak zaczął budzić tak skrajne i mocne emocje, podobnie działało serduszko WOŚP: Szło się ulicą w dzień finału i patrzyło. Kto nie ma serduszka, ten podejrzany. Mam podejrzenie, że podobnie działa z tym malowaniem sobie profilowego zdjęcia na tęczowo, ustawianiem statusu, dołączaniem do kolejnych tego typu akcji w mediach społecznościowych. Coraz bardziej przypominają mi one łańcuszki szczęścia.

Za wielką wodą

Szanuję oczywiście radość moich facebookowych znajomych z wyroku amerykańskiego sądu. Zakładam, że chodzi jedynie o radość z faktu, że gdzieś tam, daleko, komuś udało się zrealizować swoje cele. W jaki sposób bowiem to miałoby się przełożyć na realia naszego kraju?

USA to USA, Polska to Polska. Prawo amerykańskie ma się nijak do prawa polskiego. Anglosaski system prawny opiera się na zasadzie precedensu. W systemie kontynentalnym, w tym polskim prawodawstwie, precedensy znaczenia nie mają.

Pomijając już różnice systemowe, ośmielę się zauważyć, że kopiowanie amerykańskich wzorców prawnych może być nieco kuriozalne. Przypomnę, iż nadal obowiązują tam na niektórych obszarach takie kuriozalne zapisy jak np. zasada, iż przed samochodem prowadzonym przez kobietę musi biec jej mąż z czerwoną chorągiewką i głośno ostrzegać. Serio? Chcemy to skopiować? Zakaz uprawiania seksu analnego w karetce pogotowia też? Dobra, to akurat może mieć sens.

Wyrok sądu USA to sprawa USA. Nijak się ma do realiów polskich i nie wpływa w żaden sposób na życie środowisk homoseksualnych w Polsce.

Akceptować czy tolerować

Ten fragment tekstu jest dla uporządkowania. W dyskusji publicznej coraz częściej bowiem tolerancja mylona jest bądź utożsamiana z aprobatą. Tymczasem, o czym warto przypominać, tolerancja zakłada brak akceptacji.

Odwołam się tu do Encyklopedii PWN:

tolerancja [łac. tolerantia ‘cierpliwość’, ‘wytrwałość’], postawa zgody na wyznawanie i głoszenie poglądów, z którymi się nie zgadzamy, oraz na praktykowanie sposobu życia, którego zdecydowanie nie aprobujemy, a więc zgody na to, aby zbiorowość, której jesteśmy członkami, była wewnętrznie zróżnicowana pod istotnymi dla nas względami.

Jest moim prawem nie akceptować, ale jest moim zobowiązaniem tolerować.

Jako człowiek wierzący akceptować homoseksualizmu nie mogę. Co więcej – uważam homoseksualizm za grzech. Pan Bóg dał człowiekowi wolną wolę, czyli dał prawo dokonywania również złych wyborów. Mogę nie akceptować cudzych wyborów, ale nie mogę pozbawiać kogoś prawa ich dokonywania, bo nie ja to prawo mu przecież dałem. Człowiek ma prawo grzeszyć. I to jest sprawa między nim a Panem Bogiem, przed którym – w co wierzę – w końcu i tak przecież stanie. A ja nie będę osądzał, bo w ten sposób wchodziłbym w rolę, która nie jest moja. Jakoś to tak szło: „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”

Małżeństwo nie przejdzie

Konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej zawiera jednoznaczną definicję małżeństwa:

Art.18. Małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej.

To teraz dla uporządkowania dyskusji spójrzmy na sondaż wyborczy:

sondaz

Z sondażu wynika, że do Sejmu weszłyby 3 ugrupowania. Żadne z nich nie poprze zmiany w konstytucji redefiniującej pojęcie małżeństwa. Nie jest to tajemnicą. Skoro wyborcy popierają te 3 ugrupowania, a wiedzą, że nie zgodzą się one na oczekiwaną przez środowiska homoseksualne zmianę konstytucji, to należy wnioskować, iż dla większości wyborców albo ta zmiana nie jest istotna albo że są jej przeciwni.

Nie ma więc w ogóle tak naprawdę mowy o tym, by w Polsce mogło być możliwe zawieranie małżeństw jednopłciowych. Co więcej: z wcześniejszych badań wynika, iż Polacy popierają wprowadzenie tzw. związków partnerskich, ale… nie dla par homoseksualnych.

Osobiście uważam, właśnie w duchu tolerancji, ale braku akceptacji, że politycy powinni w tej sprawie sprzeciwić się badaniom i stworzyć parom homoseksualnym możliwość zawierania związków partnerskich, rozwiązując kwestie związane z dziedziczeniem oraz uzyskiwaniem informacji o stanie zdrowia partnera. To są bowiem kwestie po prostu humanitarne. Mogę nie akceptować par homoseksualnych, ale one są, czy mi się to podoba czy nie. I te prawa im się należą. Tak po ludzku.

I tu – uważam – jest to związane również z szacunkiem, jaki wobec osób homoseksualnych zaleca katechizm. Trzeba też, patrząc na to z punktu widzenia wiary, pamiętać o parach homoseksualnych, które, aby nie grzeszyć, decydują się na wspólne życie w tzw. białym związku. A katechizm mówi jasno, iż grzechem jest akt homoseksualny, a nie homoseksualizm jako taki.

Należy też wyraźnie odróżnić prawo od przywileju. Uzyskanie informacji o stanie zdrowia partnera to prawo, nie przywilej. Uregulowanie kwestii dziedziczenia – podobnie. Przywilejem byłoby natomiast zrównanie związków partnerskich z małżeństwami pod względem podatkowym. Ulgi i przywileje podatkowe państwo przyznaje małżeństwom. I ma do tego prawo.

Dysfunkcja czy patologia

Tu znów pora na uregulowanie kwestii językowej czy definicji. W dyskusji na tematy związane z polityką społeczną pojawia się czasem pojęcie rodziny dysfunkcyjnej. Bardzo często jest ono utożsamiane z potocznie rozumianą patologią. W ten sposób określenie to nabiera charakteru pejoratywnego, czy wręcz obraźliwego. Zakłóca to mocno rozmowę.

Dysfunkcyjna – czyli taka, która nie realizuje poprawnie funkcji. Tylko tyle i aż tyle.

Dysfunkcja może wynikać z różnych powodów, ale niekoniecznie – z winy rodziny. Dlatego warto traktować to określenie jako opisowe, a nie – ocenne. Rodzina może być dysfunkcyjna, czyli nierealizująca swoich funkcji z różnych powodów.

Adopcja

Powróćmy na moment jeszcze za ocean. Nadanie wyrokiem amerykańskiego sądu parom homoseksualnym prawa do zawierania związków małżeńskich sprawia, że powraca problem adopcji dzieci przez pary homoseksualne, oczywiście w USA. Skoro bowiem adopcja przewidziana jest przede wszystkim dla małżeństw, to zasada równości wobec prawa nakazuje – logicznie rozumując – uznać, iż pary homoseksualne mają prawo do adopcji.

Kwestia adopcji dzieci przez pary homoseksualne budzi zaś kontrowersje nawet wśród ludzi, którzy popierają nadanie tym parom prawa do zawierania ślubów.

Związek jednopłciowy, niezależnie od ewentualnej formy prawnej, jest z punktu widzenia wychowawczego dysfunkcyjny w swoim założeniu. Nie może bowiem we właściwy sposób przekazywać wzorców zachowań. Kropka. I, tak, dysfunkcyjną w tym znaczeniu jest również rodzina pozbawiona jednego z rodziców z dowolnego innego powodu, którym może być rozwód, śmierć, czy cokolwiek innego.

W dyskusji publicznej często spotykam się z argumentem opartym na alternatywie: albo adopcja dzieci przez pary homoseksualne albo dzieci pozostające w domu dziecka. Alternatywa jest retorycznie atrakcyjna, ale całkowicie fałszywa. Oczywiście, że lepiej dla dzieci, by nie musiały żyć w domu dziecka. Tyle że rozwiązaniem nie jest zgoda na adoptowanie dzieci przez pary homoseksualne.

Większość dzieci przebywających w domach dziecka ma żyjących rodziców biologicznych. Te dzieci nie są sierotami. Zostały z różnych powodów zabrane z domu rodzinnego. Wiemy skądinąd, iż często odbierane są niesłusznie, ale są oczywiście takie, które zabrać należało. Przyjmijmy nawet dla uproszczenia, iż wszystkie decyzje o odebraniu dzieci były słuszne. Rozwiązaniem pierwszym jest więc dążenie do tego, by dzieci mogły wrócić do swoich rodziców biologicznych, czyli pomoc tym rodzinom, tak, by ustały powody, dla których dzieci trafiły do placówki.

Oczywiście, nie zawsze będzie to możliwe. Są tacy rodzice, do których dziecko wrócić nie powinno. Lepiej też dla niego, by nie przebywało w domu dziecka. Mamy jednak mnóstwo par oczekujących na adopcję. Wiemy też, że procedury adopcyjne są często zbyt powolne. Trzeba szukać złotego środka między sprawnością procedury adopcyjnej a oczywistą koniecznością weryfikacji kandydatów na rodziców adopcyjnych. Mamy instytucję rodzinnego domu dziecka. Mamy instytucję rodziny zastępczej. Tak, żadna z nich nie działa idealnie, wiele da się poprawić. Rozwiązaniem jest więc ulepszanie i usprawnianie adopcji, rodzin zastępczych i rodzinnych domów dziecka. Nie – adopcja przez pary homoseksualne.

Słowo końcowe

  1. Nie dołączam do akcji, które są w mojej ocenie chwilową modą. Podobno elegancki mężczyzna w kwestii mody jest zawsze jeden sezon do tyłu.
  2. Nie dołączam do akcji na zasadzie owczego pędu i manifestowania fajności, czy raczej – dla obrony przed podejrzeniem o niefajność.
  3. Mam świadomość, że wyrok amerykańskiego sądu nie ma doraźnie żadnego znaczenia dla polskiej rzeczywistości.
  4. Nie cieszy mnie zrównywanie par jednopłciowych z małżeństwem takim, jak definiuje je konstytucja i wieki dorobku ludzkości.
  5. Związki partnerskie – tak, małżeństwa jednopłciowe – nie.
  6. Mam obawy dotyczące długofalowych konsekwencji takiej polityki, dotyczące m.in. adopcji dzieci, której jestem całkowicie przeciwny.
  7. Szanuję osoby homoseksualne, toleruję, ale nie akceptuję homoseksualizmu. Mam prawo. Tak jak osoby homoseksualne mają prawo nie akceptować moje wiary, ale mają – o czym lubią zapominać – obowiązek ją tolerować i szanować.

I już zupełnie na koniec: Zapomnieliśmy, co pierwotnie symbolizowała tęcza. Warto przypomnieć to znaczenie. Dlatego też nie zamierzam potępiać ani krytykować moich znajomych, którzy pomalowali się na tęczowo. Niechcący promują wszak symbol przymierza, które Pan Bóg zawarł z ludźmi przy arce Noego.

symbol-przymierza

PS: Jeśli chcesz wykorzystać powyższy obrazek, bierz bez obaw. :)

 

(Visited 523 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

A gdybym nie znalazł miejsca w Kościele?

Następny tekst

Tunezja. Pojechałbym tam.