Home»Wiara»Sztuka upadania, sztuka powstawania

Sztuka upadania, sztuka powstawania

0
Shares
Pinterest Google+

Pan Bóg nie stworzył nas do upadania, ale do powstawania. Niestety, nie da się powstawać bez wcześniejszego upadania. A może – na szczęście? Wszak trudno zrozumieć sytość, gdy nie pozna się głodu. wolność – gdy się nie musiało wyzwalać.

Upadam, kiedy odwracam wzrok od celu i drogi. A przecież tyle ciekawych widoków dookoła, które potrafią zaangażować uwagę, sprawiając, że trudno skupić się na tym, co naprawdę ważne. Wtedy nie widzę przeszkód i potykam się. A na drodze przeszkód nie brakuje i o upadek nietrudno.

Kiedy indziej tak skupiam się na sobie idącym, że nie zwracam uwagę na to, dokąd i którędy idę, ani nawet – na to, co mijam po drodze. Sytuacja i efekty – podobne. I łatwe do przewidzenia. Wtedy najprościej przeoczyć wystający ze ścieżki korzeń lub inną przeszkodę.

Upadam, gdy idę po ciemku. To wyjątkowo trudna droga. Idę, wysilam wzrok, ale nic nie widzę, choć przecież się staram. Brakuje mi światła, nie zadbałem o to, by je mieć. Albo dbałem, ale droga okazała się dłuższa niż sądziłem i baterii w latarce nie starczyło. W ciemności czuję lęk, ten zaś czyni upadek jeszcze bardziej prawdopodobnym, bo nerwy utrudniają marsz. W ciemności nic nie widzę, choćbym bardzo się starał. To, że się staram, a te starania niewiele mi pomagają, też denerwuje.

Upadek w ciemności jest trudny, wstać trudniej, jest upadkiem w samotności, gdy nie widzę nikogo, kto by mi pomógł się podnieść.

W drodze do Pana Boga najciekawsze jest to, że idziesz, myślisz o celu, jakim jest Pan Bóg, a On towarzyszy Ci w drodze. Idziesz do Celu, a Cel idzie z tobą i podtrzymuje cię, równocześnie dając światło. Czasami tego światła jednak nie widzę. Bo właśnie zapatrzę się na drogę, na okolicę, albo skupię na sobie. Bo czasem po wcześniejszym upadku nie daję sobie sam prawa, by czuć to światło.

Bo to tak troszkę działa: Jeden upadek pociąga za sobą kolejne. Upadam i tracę wiarę w swoje siły. Nie, nie dam rady. Nie, nie nadaję się. Nie, nie zasługuję. I upadam znów. I im bardziej upadam, tym bardziej upadam.

I bardziej upadam, tym bardziej nie czuję tego, że On jest obok. Paradoksalnie: im bardziej tego nie czuję, tym bardziej On jest. Czeka, aż ja sam dam sobie prawo, by tę Jego obecność poczuć, aż wyciągnę rękę i powiem: „Proszę, pomóż mi wstać”. W końcu się udaje i…

I to, że wstałem, wcale nie znaczy, że nie upadnę znowu.

Pamiętam, jak kiedyś założyłem łyżwy i wyszedłem na lodowisko. Nogi mi się rozjechały i walnąłem o lód tym miejscem, w którym plecy tracą swą szlachetną nazwę, jak to ładnie napisał kiedyś Kornel Makuszyński. Zebrałem się w sobie, podniosłem i… I natychmiast nogi rozjechały mi się znowu. I tak kilka razy z rzędu.

Pieter Bruegel starszy (1526/1530–1569)
Pieter Bruegel starszy (1526/1530–1569) – Jezus dźwigający krzyż (detal) – źródło: Wikipedia

To, że czasem brakuje sił, że upada się wielokrotnie, jest tak mocno wpisane w naturę człowieka, że nawet Pan Jezus, choć przecież był bezgrzeszny, upadał 3 razy, co rozważamy podczas drogi krzyżowej. Te upadki były konieczne, by w pełni przeżyć człowieczeństwo.

Trzy upadki. Ale i trzykrotnie powstanie. Tego życzę: by liczba upadków nigdy nie była większa niż liczba podniesień.

PS. Obiecałem jakiś czas pewnemu Czytelnikowi, że napiszę o upadkach. Spełniłem właśnie obietnicę. Tak, można mi podpowiedzieć temat, choć to nie znaczy, że go podejmę.

Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

O czym poeci nie piszą?

Następny tekst

Jak skutecznie i bezboleśnie się zabić?