Home»Rodzina»Wychowanie w wierze – wychowanie w przymusie?

Wychowanie w wierze – wychowanie w przymusie?

0
Shares
Pinterest Google+

Ostatnio wielokrotnie spotkałem się z głoszoną publicznie tezą, jakoby wychowanie religijne było formą przymusu stosowanego przez rodziców wobec dzieci. Co ciekawe, mówiły to nieraz osoby, które zawarły ślub kościelny i ochrzciły potomstwo. Niektórzy zaś ślub kościelny zawarli, ale z chrztem postanowili czekać do uzyskania przez dziecko pełnoletności.

Ile razy spotykam się z taką koncepcją, tyle razy nie mogę się nadziwić pokrętnym ścieżkom ludzkiego myślenia.

Czym jest wychowanie

Zastanówmy się więc najpierw, czym w ogóle jest wychowanie. Odwołam się tu do definicji naukowej:

Wychowanie to świadomie organizowana działalność społeczna oparta na relacji między wychowawcą a wychowankiem, której celem jest wywołanie zamierzonych zmian w osobowości wychowanka. Zmiany te obejmują zarówno stronę poznawczo-instrumentalną związaną z poznawaniem rzeczywistości i umiejętnością oddziaływania na nią, jak i stronę emocjonalno-motywacyjną, która polega na kształtowaniu stosunku człowieka do świata i ludzi, jego przekonań i postaw, układu wartości i celu życia.

(za: Leon Zarzecki, Teoretyczne podstawy wychowania. Teoria i praktyka w zarysie, 2012)

Tłumacząc z naukowego na polski, nieco upraszczając i odnosząc do tematu tekstu: Wychowanie polega na tym, że rodzic kształtuje stosunek dziecka do świata i ludzi, jego przekonania i postawy, układ wartości i cel życia.

W oparciu o co zaś rodzic ma to robić, jeśli nie – w oparciu o własny układ wartości? Tak jak trudno oczekiwać od zatwardziałego ateisty, by wychowywał swoje dziecko na gorliwego katolika, tak zrozumiałym jest, że katolik z kolei stara się wychować swoje dziecko w wyznawanej przez siebie wierze. I jeden, i drugi przekazuje dziecku te wartości, które uważa na najwłaściwsze.

Prawo

Robią więc dokładnie to, do czego prawo daje im Konstytucja RP:

Art.48.1. Rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Wychowanie to powinno uwzględniać stopień dojrzałości dziecka, a także wolność jego sumienia i wyznania oraz jego przekonania.

Uwzględniając stopień dojrzałości dziecka, trudno oczekiwać, by rodzic, który jest katolikiem, pytał nowo narodzonego potomka, czy chce być ochrzczony. Trudno też od tego dziecka oczekiwać świadomego podjęcia w tej kwestii wiążącej decyzji. Jest też czymś naturalnym, że wierzący rodzic stara się przekazać w toku wychowania prawdy wiary, wynikające z niej wartości, że uczy modlitw i prowadzi do kościoła.

Im dziecko starsze, tym jego głos w sprawach wiary staje się bardziej świadomy i tym mocniej powinien być uwzględniany. Tak, wiem, wielu rodziców ma z tym problem.

Jestem wdzięczny mojej Mamie za to, że mnie ochrzciła. Jestem jej też wdzięczny za to, że pozwoliła mi nie przystępować do pierwszej Komunii świętej razem z rówieśnikami, gdy taką wyraziłem wolę. Podobnie, jestem jej wdzięczny za to, że pomogła mi przystąpić do tego sakramentu rok później, kiedy zadeklarowałem, że tego chcę. Nie przymuszała mnie do bierzmowania, dzięki czemu mogłem przeżyć ten sakrament świadomie jako człowiek dorosły i stało się to dla mnie pięknym i ważnym doświadczeniem, do którego z własnej woli starannie się przygotowywałem. W odpowiednim czasie zadbała też o moją wiedzę. Ta wiedza pozwoliła mi potem podejmować już coraz bardziej świadome decyzje, ale też dała fundament, za sprawą którego mogłem już jako ponad 40-letni facet doświadczyć Pana Boga.

Obowiązek

Wracając do wychowania, przymusu oraz rodziców piszących dziwne tezy… Rodzic, który wychowuje dziecko w wyznawanej przez siebie wierze, robi to, co wynika wprost z definicji wychowania, korzysta przy tym z przysługującego mu konstytucyjnego prawa, ale też, o czym warto przypomnieć, wywiązuje się z zobowiązań, które sam na siebie przyjął.

O ile pamięć mnie nie myli, przystępowanie małżeństwo sakramentalne nie jest w Polsce przymusowe. Można wziąć ślub cywilny, omijając przy tym Pana Boga, Kościół i księży, jeżeli ktoś ma taką wolę. Opowieści o presji społecznej i rodzinnej nie kupuję. Sorry. Jeśli ktoś jest konformistą i robi coś dla – nomen omen – świętego spokoju, czyli żeby mu babcia i ciotki nie truły nad głową, to to jest jego wybór. Za brak ślubu kościelnego nikt w tym kraju do więzienia nie wsadza, nawet jeśli paru nawiedzonych osobników pokroju redaktora Tomasza Terlikowskiego mogłoby o tym marzyć. Przymus religijny to obserwujemy np. w Syrii – ze strony tzw. Państwa Islamskiego, wobec chrześcijan. Toutes proportions gardées. Gderanie babci dewotki to nie jest przymus.

Jeżeli ktoś zawiera ślub kościelny, bo babcia gderała, albo – bo oprawa taka ładna, i suknia biała, i Ave Maria śpiewają, to cóż… jego wybór.

Warto jednak przypomnieć przebieg liturgii sakramentu małżeństwa i zobowiązania, jakie państwo młodzi dobrowolnie na siebie przyjmują:

Kapłan: N. i N. wysłuchaliście słowa Bożego i przypomnieliście sobie znaczenie ludzkiej miłości i małżeństwa. W imieniu Kościoła pytamy was, jakie są wasze postanowienia.
N. i N., czy chcecie dobrowolnie i bez żadnego przymusu zawrzeć związek małżeński?

Narzeczeni: Chcemy.

Kapłan: Czy chcecie wytrwać w tym związku w zdrowiu i chorobie, w dobrej i złej doli, aż do końca życia?

Narzeczeni: Chcemy.

Kapłan: Czy chcecie z miłością przyjąć i po katolicku wychować potomstwo, którym Bóg was obdarzy?

Narzeczeni: Chcemy.

Jakiś czas po ślubie owi państwo młodzi dowiadują się, że zostaną rodzicami, przygotowują się do tego przez 9 miesięcy (no, dobrze, czasem odliczanie do porodu zaczyna się przed uroczystością ślubną), aż w końcu mały człowiek przychodzi na świat. Wtedy rodzice z reguły idą do kościoła i proszą o chrzest.

I znów: Chrzest nie jest w Polsce przymusowy. Można dziecka nie ochrzcić. Zdecydowana większość rodziców decyduje się na chrzest nie czekając, aż babcia zacznie zrzędzić. Być może robią to, bo tak wypada, nie wiem, ale to jest ich decyzja.

Przypomnijmy więc sobie przebieg liturgii sakramentu chrztu świętego:

Kapłan: Jakie imię wybraliście dla swojego dziecka?
Rodzice:(wymieniają imię).

Kapłan: O co prosicie Kościół Boży dla N.
Rodzice: O chrzest.

Kapłan: Prosząc o chrzest dla swoich dzieci, przyjmujecie na siebie obowiązek wychowania ich w wierze, aby zachowując Boże przykazania, miłowały Boga i bliźniego, jak nas nauczył Jezus Chrystus. Czy jesteście świadomi tego obowiązku?
Rodzice: Tak (albo: Jesteśmy tego świadomi)

Kapłan: (Zwracając się do chrzestnych, pyta ich): Czy jesteście gotowi pomagać rodzicom tych dzieci w wypełnianiu ich obowiązku?
Chrzestni: Jesteśmy gotowi.

Zakładam, zapewne naiwnie, że dorośli ludzie, którzy idą do kościoła, stają przed ołtarzem i zawierają związek małżeński, składając konkretne deklaracje, a następnie powtarzają te deklaracje podczas chrztu swojego dziecka, robią to odpowiedzialnie i nie robią z gęby cholewy. Gdyby kogoś pod karabinami zagonili do kościoła i zmusili do powtarzania formułek niezgodnych z jego sumieniem, zapewne wiedzielibyśmy o tym, bo byłaby to nie lada gratka dla żądnych sensacji mediów, a tłum gapiów nakręciłby dokumentację video smartfonami.

Wolność

Dziecko jest człowiekiem. Jak każdy człowiek ma prawo do wolności wyznania. Wynika to zresztą z przytoczonego wcześniej fragmentu Konstytucji. Przede wszystkim jednak wynika to z szacunku do dziecka jako człowieka. Ale i ze zwykłej mądrości. Przymus na ogół daje efekt odwrotny do zamierzonego.

Zapytałem jakiś czas temu Młodego Starszego, czyli mojego sześciolatka, czy chce iść ze mną do kościoła. Odmówił stanowczo. „W porządku. Masz prawo nie iść. Jeśli kiedyś zechcesz, to pójdziesz” – odpowiedziałem. Jak się dowiedziałem, przeżył jakąś nieprzyjemną dla niego sytuację w kościele i najwyraźniej zraził się. Mam nadzieję, że mu z czasem przejdzie.

Nie tylko nie będę go przymuszał, ale nawet – namawiał. Szanuję jego wybór. Ale też wiem, że, gdybym postawił na swoim, to tylko utwierdziłbym go w jego niechęci. A przecież nie o to mi chodzi.

My, dorośli, w swoim przekonaniu, że najlepiej wiemy, co dla dziecka dobre, mamy skłonność do przymuszania. „Masz chodzić i bez dyskusji”. A to ważne, by szanować dziecięce „nie”. Ważne i długofalowo – opłacalne.

Dziecięce prawo do wolności sumienia oznacza również prawo do odmowy w lekcjach religii. Jasne, chciałbym, żeby moi chłopcy chodzili na religię. Jeśli jednak odmówią, to biada temu, kto próbowałby ich szykanować z tego powodu. Dlaczego? Bo rodzic ma bronić wolności swojego dziecka. Bo dziecko ma prawo liczyć na swojego rodzica. I wreszcie – bo wiara to nie zbiór wyuczonych formułek czy odklepanych modlitw, ale doświadczenie Pana Boga. A wierze, że takie doświadczenie jest też właśnie w tym oparciu, które rodzic daje swojemu dziecku, tak jak każdy z nas może oprzeć się na Panu Bogu.

PS: Ciekawy wpis z punktu widzenia osoby nie wierzącej na blogu Szczesliva.pl

(Visited 1 370 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Tunezja. Pojechałbym tam.

Następny tekst

Brutalna policja