Home»Wiara»Rafy»Czasem wygodniej jest nie myśleć

Czasem wygodniej jest nie myśleć

0
Shares
Pinterest Google+

Moje skojarzenia związane z wiarą, jej przeżywaniem, ze Słowem Bożym, idą czasem dziwnymi tropami, a bodźce do rozmyślania bywają zaskakujące. Wierzę jednak, że „w tym szaleństwie jest metoda”.

Czasem mnie samego zaskakuje, bo coś z pozoru niezwiązanego z tematyką końcową staje się impulsem, który pozwala połączyć różne elementy, które do tej pory nie w mojej głowie się nie łączyły i zobaczyć problem z innej niż wcześniejsza perspektywy. Tak było i tym razem.

Przeczytałem felieton o. Jacka Siepsiaka SJ o rozwodnikach. Cały wart jest uwagi, bo to dość odważny jak na polskie realia głos w kwestii komunii sakramentalnej dla rozwodników żyjących w nowych związkach. Ale ja dzisiaj nie chciałem wcale o rozwodnikach. Moją uwagę zwróciła myśl:

Chodzi o prawo. Dzieci, patrząc na takie sytuacje swoich najbliższych, jak mają się nauczyć miłości bezwarunkowej? Skoro w pełni (np. sakramentalnej pełni) ramiona Pana Boga mogą się dla nich otworzyć pod warunkiem wypełnienia prawa. Są kochani pod warunkiem? (…) Mamy obraz Kościoła, który zbawienie uzależnia od wypełnienia prawa. Przecież to zaprzeczenie „rewolucji” opisanej przez św. Pawła.

Tu moja myśl powędrowała do wypowiedzi rady prawnej Konferencji Episkopatu Polski na temat posłów głosujących za ustawą dotyczącą in vitro oraz – dziś już byłego – prezydenta, który tę ustawę podpisał. Można w niej przeczytać m.in.:

Kto z katolików świadomie i dobrowolnie podpisuje się lub głosuje za dopuszczalnością metody in vitro, tym samym podważa communio, czyli swoją pełną wspólnotę z Kościołem katolickim. (…) Grzech popełniony publicznie, jakim jest udział w stanowieniu prawa naruszającego godność życia ludzkiego, stanowi szczególną formę zgorszenia. Z tej racji, taka osoba powinna ze swej strony powstrzymać się od przystępowania do Komunii świętej, dopóki nie zmieni publicznie swego stanowiska.

Tu moje myśli nie powędrowały bynajmniej drogą polityczną, ani nawet dalej w kierunku rozważań na temat in vitro. Znacznie bardziej zaintrygowała mnie kwestia eucharystyczna. Ten temat interesuje mnie wszak już od dawna. Uświęca czy nie uświęca? To jest pytanie, na które od dawna szukam odpowiedzi.

Jeszcze raz powtórzę: nie kwestionuję sakramentu pojednania, bo najzwyczajniej sam go potrzebuję. Czuję tę potrzebę bardzo mocno. Nie zmienia to jednak faktu, że teologicznie mi się to nijak nie chce zgodzić. Tu z kolei moje skojarzenia powędrowały w kierunku konferencji, którą wygłosił tak lubiany przeze mnie biskup Grzegorz Ryś podczas rekolekcji w ramach Przystanku Jezus AD 2015. (Z całego serca polecam obejrzenie wszystkich części, które są dostępne na Youtube)

Pan Bóg mnie nie oskarża. Ba! Nie pozwala mnie oskarżać. Nie dlatego, że jestem niewinny, ale właśnie dlatego, że jestem winny. Każdy jest winny. Każdy jest grzeszny. I każdego z jego grzechów Pan Bóg oczyszcza, nie pozwalając go oskarżać. I to jest jeden z powodów, dla których nie rozumiem idei uzależniania Eucharystii od Pokuty.

Drugi powód jest ważniejszy. Zdrowy nie potrzebuje lekarza ani lekarstwa. Czy może być lepsze lekarstwo dla duszy niż Eucharystia? Czy Pan Jezus nie przychodzi właśnie do grzeszników? Czy, gdy przychodził do nich, to najpierw żądał pokuty, czy może od razu siadał z nimi do stołu? Czy kiedy uzdrawiał chorych, to najpierw żądał wyznania grzechów, uzależniając swoje działanie od ich rachunku sumienia, głębokiego żalu za grzechy, szczerej woli poprawy? Spowiadał cudzołożnicę, czy przegonił ludzi z kamieniami i powiedział po prostu, by więcej nie grzeszyła?

Wierzę głęboko, że im bardziej upadnę, tym bardziej Pan Jezus będzie chciał pomóc mi wstać. A jak ma mi pomóc, jeśli nie przychodząc do mnie? No, i dlatego właśnie dziwi mnie, że ktoś staje Mu na drodze i mówi: „Nie, nie, Panie Jezu, nie można, do tego człowieka nie możesz przyjść i go uleczyć, bo on nie dostał rozgrzeszenia w konfesjonale.”

Można by więc uznać, że w ten oto sposób doszedłem do odpowiedzi na to nurtujące mnie od dawna pytanie, które stawiałem sobie wcześniej i o którym wspomniałem wcześniej: Uświęca czy nie uświęca? Uświęca. Tak. Wierzę, że uświęca.

Ale nie ma tak lekko. Ale nie ma tak łatwo. Ale nie ma tak prosto.

Kościół, którego częścią się czuję, uczy wszak inaczej: Jasno mówi, że Komunia Święta przyjęta bez rozgrzeszenia, w stanie grzechu, jest przyjęta w sposób świętokradczy. Moje skojarzenia i wędrówka myśli doprowadziły mnie więc do kolejnego problemu: posłuszeństwa i wolności sumienia.

Ojciec Leon Wiśniewski OP w swoim eseju „Blask wolności” przekonywał:

Człowiek wierzący powinien z powagą zapoznać się z nauczaniem Kościoła, ale jeśli jego sumienie nie jest w stanie zobaczyć w nim dobra, powinien postąpić wbrew niemu. Sumienie będące w kolizji z Magisterium nie musi być zresztą błędne. Jesteśmy w drodze. Boże wezwania widzimy coraz pełniej. Duch Święty może przemówić do indywidualnego człowieka.

Cóż, esej ojca Leona był dowodem jego wolności i odwagi, jako że spotkał się z dość ostrą krytyką wielu poważnych ludzi Kościoła. Duch Święty – tak, to oczywiste – może przemówić do indywidualnego człowieka. Mamy jednak też w dokumentach Soboru Watykańskiego I (DS, nr 3011) jasny komunikat:

Wiarą boską i katolicką należy wierzyć w to wszystko, co jest zawarte w słowie Bożym spisanym lub przekazanym Tradycją i przez Kościół jest podawane do wierzenia jako przez Boga objawione, czy to w uroczystym orzeczeniu, czy to w zwyczajnym i powszechnym nauczaniu.

Wracając jeszcze do tego przyjmowania Komunii Świętej. Jak pisałem, potrzebuję spowiedzi, uważam ją za niezwykle ważny sakrament i nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez niej. Nieraz jednak mam problem przy rachunku sumienia – z rozeznawaniem grzechu. Czasem moje pojmowanie różni się od tego, co mówi mi ksiądz. I co ja mam wtedy zrobić? Wyznawać grzech, o którego grzeszności nie mam przekonania? Jak to się ma do żalu i chęci poprawy? Przecież, jeśli nie dostrzegam w czymś grzechu, to trudno mówić o szczerej skrusze. Bez niej zaś nie można określić spowiedzi jako dobrej.

Kiedy więc myślę o tej Eucharystii, to nie ma w tym przecież intencji znieważenia Pana Jezusa, ale jest w tym wiara, że poprzez Swoją obecność może mi On pomóc w tym rozeznawaniu, w przygotowaniu do dobrej, rzetelnej spowiedzi. Jest w tym bardzo poważne potraktowanie Eucharystii – tego, że w tym kawałku chleba jest Zbawiciel, że jest tu Bóg, który jest wszechmocny. A skoro jest wszechmocny, to ma moc by mi pomóc.

I tu sprawa wydawałaby się już właściwie prosta, gdyby nie jedno „ale”: A co, jeśli to rozmyślanie jest pewnym złudzeniem? Co jeśli to są złe podszepty? Co jeśli tak naprawdę szukam usprawiedliwień i wymówek?

Cholera, czasem wygodniej jest nie myśleć. I znów nie wiem.

Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Domowy ninja

Następny tekst

Ślubna blogoburza czyli słów parę o krytyce