Home»Społeczeństwo»Ślubna blogoburza czyli słów parę o krytyce

Ślubna blogoburza czyli słów parę o krytyce

0
Shares
Pinterest Google+

Pewien bloger i jego ukochana postanowili zorganizować ślub w wersji internetowo – szołbiznesowo – sponsorskiej.

W skrócie: ma być relacja z przygotowań do ślubu, z samej uroczystości zaślubin, z wesela i podróży poślubnej (o nocy poślubnej niestety narzeczeni nic nie wspomnieli), a wszystko to na bieżąco w sieci. Zaprosili do współpracy sponsorów, w ten sposób pozyskując finansowanie całego przedsięwzięcia. No, bo właściwie należy ten ślub chyba traktować jako przedsięwzięcie biznesowe po prostu?

Nie ma w tym tak naprawdę niczego nowego. Celebryci robią tak przecież od dawna. Sprzedają prawa do transmisji ślubów, zdjęcia z sal porodowych, chrzcin, pozują w ciąży, robią ustawki z paparazzi. Bloger i jego bogdanka nie wymyślili niczego nowego. Są po prostu pierwszymi przedstawicielami blogosfery, którzy się na to zdecydowali. Tylko i aż tyle. No, i – nie ma co ukrywać – są mniej rozpoznawalni niż, dajmy na to, Krzysztof Ibisz.

Ten tekst nie jest zresztą o nich, ich historia jest tak naprawdę jedynie pretekstem do poruszenia innego tematu. Inspiracją, impulsem – jak zwał, tak zwał. Państwu młodym życzę wszystkiego najlepszego, a ocenę ich decyzji pozostawię dla siebie, bo w końcu to ich cyrk, ich małpy i ich pchły.

Decyzja blogera i jego wybranki wzbudziła w branży social media, w której się obracają, emocje i wywołała niemałe kontrowersje. Jednym pomysł się spodobał, inni go krytykowali, niektórzy dość mocno. Sam bloger w większości toczonych dyskusji zawzięcie bronił siebie, wybranki i ich decyzji, do czego oczywiście ma prawo i czemu, rzecz jasna, trudno się dziwić. Przy okazji jednak oskarżał niemal wszystkich krytykujących ten ślubno-biznesowy pomysł o hejtowanie. Znajomi i krewni królika dziwili się zaś, jak można oceniać cudzy pomysł na ślub i jego organizację.

Osoba publicznie znana

Mamy dwa, często stosowane zamiennie, określenia: osoba publiczna i osoba publicznie znana. W języku potocznym traktowanie ich jak synonimów jest zrozumiałe. W rozumieniu prawniczym, najprościej ujmując, osoba publiczna to ktoś, kto pełni funkcje publiczne (poseł, premier, itd.), zaś osoba publicznie znana funkcji publicznych pełnić nie musi, ale cieszy się rozpoznawalnością. Może nią być aktorka, piosenkarz, celebryta, czy ktoś z jakiegokolwiek innego powodu często pojawiający się w mediach lub w inny sposób znany szerokiej rzeszy ludzi.

Publiczna rozpoznawalność może być zamierzona lub nie. Ktoś może przecież stać się publicznie znany wbrew własnej woli (np. ofiara spektakularnego przestępstwa). Aktor, piosenkarz, dziennikarz, pisarz, popularny bloger – świadomie o rozpoznawalność zabiegają. Niszowy, znany do tej pory w wąskim gronie, bloger, który decyduje się na akcję opartą na medialnej szopce wokół własnego ślubu, również z własnej woli zabiega o bycie osobą publicznie znaną.

W przypadku takich osób prawo (zarówno w warstwie przepisów, jak i orzeczeń sądowych, tak na gruncie prawa krajowego, jak i europejskiego) ogranicza prawo do ochrony prywatności, w tym ochrony wizerunku, rozszerzając równolegle zakres dopuszczalnej krytyki. W prosty sposób ujmując: skoro zabiegasz o popularność, to, oprócz ewentualnych profitów, musisz też liczyć się z negatywnymi konsekwencjami Twojego wyboru.

Swego czasu zabiegałem o publiczną rozpoznawalność. Pełno było mnie w mediach. Korzystałem na tym. Służyło to realizacji moich, skądinąd zbożnych, celów. Potem przyszedł czas, gdy naprawdę wolałbym, aby media się ode mnie odczepiły. Nie mogłem jednak tego oczekiwać – ani z prawnego, ani z czysto ludzkiego punktu widzenia. Ponosiłem konsekwencje swoich wcześniejszych wyborów.

To jest droga w jedną stronę. Jasne, media mogą o nas zapomnieć, bo ich zainteresowanie bywa coraz płytsze i krótsze. Ale nie mamy gwarancji, że za kilka lat ktoś nie wpadnie na pomysł, by przygotować materiał: „Pamiętacie X? Sprawdźmy, co u niego / u niej słychać”.

Wracając do blogera i jego narzeczonej. Zdecydowali się na grę z mediami swoim ślubem. Ich prawo. Ale to ma swoje konsekwencje. Pozbawili się prywatności i wystawili na oceny, również bardzo nieprzychylne. Otworzyli drzwi i muszą liczyć się z tym, że każdy może im zajrzeć do ich świata, ale też i z tym, że całkowite zamknięcie z powrotem tych drzwi może okazać się niemożliwe.

Dobrze albo milcz

Dyskusja wokół blogowego ślubu nie jest pierwszą, przy której widać jeszcze jedną, w moim odczuciu niepokojącą, tendencję. Przyjęło się kulturowo, iż o zmarłych nie mówi się źle. Mam wrażenie, że to akurat zanika, za to coraz trudniej skrytykować żywych.

I nie chodzi tu o to, że żywy może się bronić, ale o to, że każda forma krytyki traktowana jest jak – przepraszam za kolokwializm – pierdnięcie w salonie. Nie wypada. Jeśli chcesz krytykować, to milcz. Możesz chwalić lub milczeć. Inaczej natychmiast uznają Cię za hejtera, wkleją obrazek z maścią na „ból dupy”, potraktują jak złego ptaka, który własne gniazdo kala.

Jasne, internet pełen jest hejtu i z tym hejtem warto walczyć. Nie mylmy jednak krytyki z hejtem. Nie każda krytyka nią jest.

Przeczytałem w sieci wiele krytycznych słów na mój temat. Były uzasadnione i uprawnione. Przeczytałem też wiele rzeczy nie na temat, pomówień, obelg. Dowiedziałem się, że jestem bezzębny (tak, faktycznie ze względu na chorobę mam problemy z zębami), jakby to miało jakikolwiek związek ze sprawą. Dowiedziałem się, że jestem ćpunem (nic mi o tym nie wiadomo), a w ogóle to wyglądam na pedofila (ciekawe, co to znaczy). Przeczytałem wiele opisów tego, jaką to krzywdę autorzy komentarzy chcieliby mi wyrządzić, gdyby tylko mogli (czyli ruszyli zadek od monitora). Jasne, nie każdy musi mieć w sobie tyle odporności, żeby nie reagować. Jedni są gruboskórni, inni wrażliwi.

Mógłbym walczyć, ale z tym, co jest hejtem. Nie – z krytyką. Nie robiłem tego – mój wybór.

Jeśli będziemy wrzucali wszystko do jednego worka z podpisem „hejt”, a każdy negatywny komentarz kwitowali maścią na ból dupy lub oskarżeniem o mowę nienawiści, to niezauważenie sami pozbawimy się możliwości dyskutowania, a nawet – o zgrozo! – toczenia sporów.

Tymczasem spory są ważne i potrzebne. Z klepania się po pleckach i – jak to mawiał pewien ceniony przeze mnie bloger i vloger – „miziania po majciochach” niewiele wynika. To w sporach, często ostrych, rodzą się nowe pomysły i idee, to w ognistych dyskusjach krystalizują się poglądy, szuka się rozwiązań, rodzi samodzielność myślenia.

(Visited 81 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Czasem wygodniej jest nie myśleć

Następny tekst

Bezsenność w Warszawie