Home»Życie»Kaloszki

Kaloszki

2
Shares
Pinterest Google+

Kupiliśmy kaloszki. Nie były jakieś nadzwyczajne, choć, gdyby się dobrze zastanowić, to może jednak? Kosztowały 55 zł za parę. Razem 110 złotych. To było najlepiej wydane 110 złotych w ostatnim czasie. Ale po kolei.

Szliśmy z Młodszym Starszym i zobaczyłem, że jego buty przemakają. Padał deszcz, uparłem się więc, że mamy natychmiast znaleźć sklep i kupić nowe buty. Wybraliśmy właśnie kaloszki. Są ocieplane i mają wzór moro, który Młodszego Starszego zachwycił od pierwszego wejrzenia, ale nie wygląd kaloszy jest tu istotny.

Gdy wyszliśmy ze sklepu, komisyjnie wywaliliśmy stare buty do kosza na śmieci i Młodszy Starszy założył świeżo zakupione buty. Potem wyszliśmy na ulicę i z radością wlazł w pierwszą kałużę. Długo zresztą nie musiał jej szukać. Bardzo mu się to spodobało i ucieszył się, że jego młodszy brat też dostanie kalosze. W efekcie uparł się, że idzie ze mną odebrać Młodszego Młodszego z przedszkola.

Poszliśmy więc razem do tego przedszkola. Na widok kaloszy Młodszemu Młodszemu zapaliły się oczy z radości. Wyszli więc razem, a ja szedłem za nimi. Nie odpuścili po drodze żadnej kałuży, ani takiej dużej, ani nawet takiej najmniejszej. Wskoczyli do każdej, radośnie tupiąc, podskakując i oczywiście  chlapiąc. Szli zgodnie niosąc wielki badyl, którym zawzięcie wiosłowali, pokrzykując na całą ulicę „Wiosłuj! Wiosłuj!”. To znaczy dla ścisłości – Młodszy Młodszy krzyczał „Wosiuj”. Padał deszcz, zbici w grupkę ludzie kryli się pod wiatą przystanku naburmuszeni na niesprzyjającą aurę. Fakt, że w jednej z tych kałuż Młodszy Młodszy wywalił się jak długi, mocząc całe ubranie, nie tylko nie popsuł dzieciom humoru, ale w sposób ewidentny jeszcze bardziej ich uszczęśliwił.

Szedłem za nimi, siąpił na mnie deszcz, katar dokuczał, a kaszel dawał się we znaki. Paskudna pogoda nie nastrajała optymistycznie. Szedłem i miałem wrażenie, że w tej szaro-wilgotnej aurze przede mną idzie taki przemieszczający się pas słońca – to były moje chłopaki. Radośni, szczęśliwi. A wszystko to dzięki kaloszkom, w których mogli skakać po kałużach.

Przynosili Mu również dzieci, żeby ich dotknął; lecz uczniowie szorstko zabraniali im tego. A Jezus, widząc to, oburzył się i rzekł do nich: ?Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże. Zaprawdę, powiadam wam: Kto nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego?. I biorąc je w objęcia, kładł na nie ręce i błogosławił je. (Mk 10,13-16)

To, co w dzieciach nieustająco zachwyca, to ich otwartość i umiejętność cieszenia się rzeczami małymi. Czy wyobrażasz sobie dorosłego, który zakłada kalosze i radośnie skacze w kałuży, wiosłując przy tym zawzięcie wielkim badylem? Obraz wydaje się komiczny, absurdalny i nierealny. Dlaczego? Bo gdzieś po drodze gubimy tę dziecięcą umiejętność. Stajemy się tacy poważni, odpowiedzialni, dojrzali, że aż – za przeproszeniem – kij (może ten badyl do wiosłowanie właśnie?) w dupie trzeszczy.

Sam się na tym złapałem, że ta osobliwa i jakże niemądra forma pseudo-dojrzałości mnie dopadła. Kaloszkowy spacer pozwolił mi to zobaczyć i na nowo ucieszyć się właśnie taką drobnostką jak widok moich chłopaków radośnie skaczących po kałużach. I oby mi ta radość z drobnych spraw została. Tej cechy sobie i Tobie, Drogi Czytelniku, z całego serca życzę.

(Visited 765 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Nadaremno

Następny tekst

Strzelisz! Zdławi cię strach!