Home»Społeczeństwo»Rozpaczliwe wołanie o pomoc

Rozpaczliwe wołanie o pomoc

0
Shares
Pinterest Google+

Przez internet, ale i przez media tradycyjne przetoczyła się kolejna fala wokół filmiku wrzuconego do sieci. Tym razem chodziło o film nakręcony przez matkę, która jedną ręką trzymała nagrywającą wszystko komórkę, a drugą lała swoje dzieci, które płakały, a jedno gołe uciekało przed matką z domu.

Film był dość drastyczny. Dzieci płakały, krzyczały „mamo, dlaczego jesteś taka”, „mamo, przestań nas bić”, itp. Nagi chłopiec próbował zakryć się przed obiektywem kamery, a w końcu uciekł za drzwi. Rozhisteryzowana matka biegała po niewielkiej przestrzeni, pokrzykiwała, groziła, że wrzuci filmik na facebooka. Tę groźbę zresztą spełniła.

Przyznam, że oglądanie tego filmiku było dla mnie szalenie trudne. Patrzyłem ze ściśniętym gardłem, ale jednocześnie z poczuciem, że coś w tej historii jest nie tak.

Dziennikarze ustalili sporo i nawet opublikowali. Niestety, opublikowali też imię i nazwisko owej matki. Dlaczego „niestety”? – zdziwią się pewnie ci, którzy od początku gotowi byli do linczu. Po pierwsze, w ten sposób ujawniona została nie tylko tożsamość matki, ale i jej dzieci. Po drugie, mam wątpliwość, poważną, czy i tożsamość matki nie powinna tu być mimo wszystko chroniona.

Wiemy już, że kobieta ma 52 lata, od 18 lat zajmuje malutki pokoik z kuchnią i łazienką w starej kamienicy w centrum Świdwina. Ma 31-letniego syna, który wyjechał za granicę i od nie utrzymuje kontaktów z matką. Młodszy syn, 18-letni, sprawiał problemy wychowawcze. Uciekał z domu, a potem z ośrodków, do których kierował go sąd. Teraz leczy się w Bielsku z uzależnienia od narkotyków. Dzieci z filmu to 11-letnie bliźniaki – córka i syn.

Pani Wandzie nie udawały się związki z mężczyznami. Ojciec bliźniaków dziećmi w ogóle się nie interesował, choć przez jakiś czas mieszkał naprzeciwko. Zajmować się musiała nimi sama, bo nie miała rodziny. Próbowała zbudować szczęśliwy związek z cudzoziemcem, ale i to nie udało się. „Po powrocie do Polski się załamałam. To był dla mnie fatalny czas. Alkohol, antydepresanty.” – opowiada. Teraz, jak twierdzi, już nie sięga po alkohol, ale wciąż leczy się z depresji.

Tego jednego wieczoru coś w niej pękło. „Było już późno, syn się jeszcze kąpał, lała się woda. Dzieci zaczęły oblewać się wodą, syn wyłamał drzwi kabiny. Zaczęło się bieganie, krzyki. A ja byłam wykończona, zmęczona i miałam już dość. Nie wiem, dlaczego wzięłam do ręki telefon i zaczęłam nagrywać swoje dzieci.”

Pani Wanda opublikowała film na Facebooku. Chciała go usunąć, ale było za późno – zdążył już roznieść się po sieci. Sprawą zajęła się policja. Zainteresowały się media. Następnego dnia dzieci już nie wróciły do domu. Trafiły do domu dziecka i najprawdopodobniej trafią do rodziny zastępczej. – Na dziś nie jestem w stanie zająć się dziećmi. Muszę ochłonąć, zająć się sobą – tłumaczy pani Wanda.

„Lepiej im będzie w rodzinie zastępczej. Za dwa tysiące będą mieć pełen wypas. Nowe buty, lekcje angielskiego. Ja im tego nie dam. A muszę myśleć o ich przyszłości. Na tej ulicy „cudów’, w tym środowisku, nic ich dobrego nie czeka. Nie chcę, by tu wracały. Ale to nie oznacza, że nie kocham własnych dzieci. Zawsze będę je kochać. Wierzę, że o mnie nie zapomną, to mądre dzieci, wiedzą, że ich nie krzywdzę, nie porzucam. Chcę dla nich jak najlepiej. A sama nie potrafię zapewnić im dobrego bytu.”

Opowiadam całą historię nie bez powodu.

Nie chodzi o usprawiedliwianie pani Wandy, bo nie usprawiedliwiam przemocy wobec dzieci. Nie ma we mnie ani akceptacji ani tolerancji dla stosowania przemocy wobec dzieci. Ale od początku coś mi w tej historii nie grało i chciałem zrozumieć, co tam tak naprawdę się wydarzyło. I teraz, odnoszę wrażenie, wiem już nieco więcej. I choć wciąż nie akceptuję, nie toleruję i nie usprawiedliwiam, to chyba więcej rozumiem. Bo, o ile usprawiedliwiać przemocy nie wolno, to trzeba starać się rozumieć jej mechanizmy i czynniki, które do niej doprowadzają – choćby po to, by móc z tą przemocą walczyć i przede wszystkim jej przeciwdziałać.

To, co widziałem na filmie, było wierzchołkiem góry lodowej. Było eksplozją ładunku, który tlił się od dawna. Samotna matka, której nie ułożył się żaden związek, nie miała możliwości zadbania o siebie, o swój stan emocjonalny, która w dodatku de facto straciła wcześniej dwóch synów, chorowała, leczyła się, była kłębkiem nerwów. Aż w końcu doszło do wybuchu. Jak sama to określiła, „tego wieczoru coś w niej pękło”.

Rodzi się we mnie pytanie, czy musiało dojść do wybuchu. Czy rzeczywiście nikt nie widział, co dzieje się w tym domu? Mamy opiekę społeczną, mamy szkołę, w której uczyły się bliźnięta, mamy policję (wszak tam był syn z uzależnieniem), mamy terapeutów syna, mamy sąd rodzinny, który tą rodziną się zajmował, skoro kierował syna do ośrodków. Wreszcie – mamy sąsiadów, jakichś znajomych. Nikt nic nie widział? Serio? Pretensje do instytucji publicznych to jedno, ale ja myślę o tej ostatniej grupie – sąsiadach i znajomych.

Ile takich sytuacji rozgrywa się w różnych polskich domach, tylko nie wiemy o nich, bo bohaterowie nie publikują nagrań w sieci? Nie znając jeszcze historii pani Wandy, gdy oglądałem pierwszy raz opublikowany przez nią film, pomyślałem o tym, że jego publikacja to podświadome rozpaczliwe wołanie o pomoc. Do ilu takich sytuacji mogłoby  nie dojść, gdybyśmy wcześniej zauważyli, że trzeba pomóc i… pomogli?

Korzystałem z artykułu Polska The Times – Głos Koszaliński
źródło fotografii: Flickr, autor: Lau_Lau Chan
(Visited 7 324 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Cały naród wyręcza swoją policję

Następny tekst

Zrobiłem to