Home»Życie»Zastrzyki z rivanolu

Zastrzyki z rivanolu

0
Shares
Pinterest Google+

Miłość potrafi zadziwić. Niby to wiem, a i tak co jakiś czas ogarnia mnie zdziwienie, które właściwie nie ma żadnego sensu. Bo miłość nie zna ograniczeń. Związek, wspólne życie – owszem, ale nie miłość.

Był w moim życiu taki czas, gdy mieszkałem na warszawskiej Pradze. Praga to – przynajmniej w tamtych czasach tak było – zupełnie inny świat. Dziś wszystko się wymieszało, miasto, zwłaszcza stolica, to przecież wielki tygiel. Ale wtedy Praga to był naprawdę inny świat, który rządził się swoimi prawami. To była też zupełnie inna rzeczywistość, zwłaszcza dla mnie, młodego chłopaka z drugiego brzegu Wisły, wychowanego w inteligenckim domu.

Powoli i z oporami uczyłem się reguł, które rządziły w moim nowym miejscu zamieszkania. Były może twarde, ale proste i honorowe. Chyba szkoda, że dziś już nie obowiązują. Ale ja nie o tym chciałem właściwie…

Pewnego dnia, gdy stałem w kolejce w sklepie, podszedł do mnie obcy facet i rzucił: E, kup mi fajki. Nawet na niego nie spojrzałem. Odwróciłem się i rzuciłem wściekły: Spierdalaj. Facet spokojnie odszedł. Dopiero chwilę potem dowiedziałem się, że kazałem się oddalić człowiekowi, który trząsł całą okolicą. Spodziewałem się, że w najlepszym wypadku spalą mi drzwi mieszkania. Nic takiego nie nastąpiło. Zupełnie niechcący zrobiłem to, co właśnie powinienem był zrobić. Gdybym wiedział, z kim mam do czynienia, pewnie kupiłbym te cholerne fajki, ale nie wiedziałem i właśnie dlatego, zupełnie niechcący, zdobyłem opinię charakternego i zasłużyłem na szacunek. Ale znów… ja nie o tym chciałem…

Gdy wychodziłem, nieraz spotykałem sąsiadów, którzy zaczepiali przechodzących, czasem i mnie, dopraszając się w sposób bardziej lub mniej natarczywy o drobne pieniądze, by mogli uzbierać na tanie wino. Na ogół odmawiałem. Dla zasady. Tego dnia stało się inaczej.

„Sąsiedzie… Dorzuć dwa złote… Na mleko… Dla pacholąt” – poprosił facet stojący w bramie. Jego tekst rozłożył mnie na łopatki. Nie dorzuciłem dwóch złotych. Poszedłem do sklepu i kupiłem alpagę. Tknięty intuicją nie poprzestałem na tym. Nie tylko kupiłem to tanie wino, ale też postanowiłem napić się tego wina z sąsiadem. On zaś zrewanżował mi się swoją historią.

Miał wtedy około 40 lat (ja 20). Żył z włamów. Zakochał się w osiemnastolatce, a ona w nim. Zamieszkali razem. Któregoś ranka do drzwi zapukała policja. Kiedy go wyprowadzali, rzucił swojej dziewczynie na pożegnanie, by na niego czekała, bo wróci do niej za 11 miesięcy. Nie pytajcie mnie, jak to wyliczył i dlaczego akurat tyle, a nie na przykład, dla równego targu, rok.

Tu ważne zastrzeżenie: Zasady były wtedy proste. Jeśli facet szedł siedzieć, to jego kobieta miała obowiązek na niego czekać. Była też „święta”. Ten, kto próbowałby z nią romansować, dopuszczałby się rzeczy niewybaczalnej.

W areszcie śledczym robił sobie zastrzyki w kolano z rivanolu. Nie mam pojęcia, skąd go brał, ale nie takie rzeczy trafiają przecież do celi. Pokazał mi to swoje kolano i – uwierzcie – wolałbym tego nie oglądać, bo wyglądało obrzydliwie. To samookaleczanie sprawiło jednak, że faktycznie po 11 miesiącach został zwolniony z aresztu ze względu na stan zdrowia.

Wyszedł na wolność, ale jego ukochana na niego nie czekała. Cóż, ona młoda, życie przed nią. On starszy od niej ponad dwa razy, z perspektywą dłuższej odsiadki, bo przecież recydywa. Nie uwierzyła w jego obietnicę. Realnie patrząc, ta obietnica nie miała przecież sensu.

Kiedy go poznałem, nosił ze sobą gitarę. Starą i potwornie rozstrojoną, bo nastroić jej nie umiał. Z tą gitarą chodził pod jej okna i śpiewał jej spontanicznie wymyślane serenady miłosne.

Nie dowiedziałem się nigdy, czy te serenady sprawiły, że wróciła do niego.

(Visited 183 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

III tajemnica radosna - Narodzenie Pana Jezusa

Następny tekst

Przytulić się do Mamy