Home»Społeczeństwo»Dzień Bezpiecznego Internetu

Dzień Bezpiecznego Internetu

0
Shares
Pinterest Google+

Nie lubię wszelkich Dni Tego i Owego, czy – jak to kiedyś ktoś określił – Dni Sikania Na Niebiesko. Nie lubię ich, bo wspierają raczej akcyjne niż systemowe zajmowanie się problemami. Ale rozumiem też, dlaczego i po co są tworzone – na przykład Dzień Bezpiecznego Internetu.

Dziś obchodzimy właśnie Dzień Bezpiecznego Internetu. Temat jest mi bliski, w końcu zajmowałem się nim przez 10 lat mojego życia. Teraz na co dzień funkcjonuję daleko od tej tematyki i nie zamierzam wracać do życia, które zostawiłem za sobą. To pozwala mi spojrzeć na pewne sprawy z dystansem.

Co było, a nie jest…

W 2002 roku, gdy rozpoczynałem swoją życiową przygodę z problemem bezpieczeństwa dzieci i młodzieży w internecie, niemal wszystko wyglądało inaczej niż dziś.

Dostępność internetu była znacznie słabsza, podobnie jak i jego upowszechnienie. Dziś z sieci korzysta niemal każdy – wtedy nie było to takie oczywiste, również wśród młodych ludzi. W wielu miejscach w Polsce internet był po prostu fizycznie niedostępny. Koszty dostępu były też wyższe i wiele osób uznawało taki wydatek za zbędny luksus. Dziś łącze internetowe, czy pakiety internetu mobilnego są już czymś niemal oczywistym. Internet działa niemal wszędzie, a koszty są znacznie niższe.

Podstawowym narzędziem korzystania z internetu był wówczas komputer stacjonarny. Wszyscy radzili więc rodzicom, by stał on we wspólnej części mieszkania, a nie w pokoju dzieci. Ponieważ w większości gospodarstw domowych było tylko jedno urządzenie, łatwo było też od strony technicznej ograniczać dostęp do niewłaściwych treści oraz sprawdzać historię odwiedzanych witryn, komunikacji, itp. Większość rad udzielanych rodzicom, choć ja akurat od początku tego nie popierałem, dotyczyła różnych form kontrolowania i inwigilowania dzieci oraz technicznego ograniczania różnych form aktywności.

W tamtych czasach większość rodziców miała problem z włączeniem komputera, o jego sprawnej obsłudze czy korzystaniu z internetu nie wspominając. Od 2002 roku minęło jednak 14 lat. Ówczesne trzynastolatki dziś mają po 27 lat. Dzisiaj rodzicami są ci, którzy wtedy byli dziećmi i których wtedy staraliśmy się chronić. Oni są już tym pokoleniem, które bez problemu porusza się w wirtualnym świecie.

Wtedy byliśmy jeszcze przed rewolucją Web 2.0 i eksplozją popularności serwisów społecznościowych. Internet to były przede wszystkim strony www, które się przeglądało – oglądało i czytało. Istniały czaty, fora internetowe i komunikatory – to były te miejsca, w których mógł wypowiadać się przeciętny internauta. Dziś każdy użytkownik internetu jest twórcą i dystrybutorem treści, mniej czy bardziej, częściej pewnie – mniej, ambitnych. Mamy Facebooka, Instagram, Twittera, Youtube, Snapchata i wiele innych serwisów. Te miejsca, z których najczęściej korzystamy w sieci, to są te, w których to użytkownicy, a nie twórca serwisu, dostarcza treści. Serwis jest tylko infrastrukturą, która do tego służy.

Wtedy przestępczość pedofilska w sieci polegała przede wszystkim na wymianie lub handlu zdjęciami pornograficznymi i nagabywaniu dzieci na czatach metodą „Cześć, Aniu, ja też mam 12 lat…”. Dzisiaj mamy video, w tym sprawnie działające transmisje strumieniowe, zaawansowane technologie maskowania swojej aktywności w sieci (np. TOR), mamy zjawisko wirtualnych galerianek, serwisy społecznościowe, gry przeglądarkowe i wiele innych. Mamy zmienione prawo, zgodnie z tym, czego oczekiwały organa ścigania, ale do tej pory organa te nie pochwaliły się rozbiciem zorganizowanych grup produkujących pornografię dziecięcą, słyszymy tylko, a i to ostatnio coraz rzadziej, o operacjach polegających na mniej czy bardziej udolnym wyłapywaniu osób ściągających nielegalne materiały z sieci P2P.

W 2002 roku potrzeba prywatności u zwykłych internautów była spora. Dziś większość osób bez oporów dzieli się w internecie informacjami o całym niemal swoim życiu, publikuje zdjęcia, również te intymne, wrzuca fotki swoich dzieci, nie myśląc w ogóle o konsekwencjach.

Kiedyś w sieci chroniliśmy dzieci przed dorosłymi. Dziś chronimy je częściej przed nimi samymi i przed ich rówieśnikami.

Tych różnic można wymienić z pewnością znacznie więcej.

Nie jesteśmy autorytetami

Gdy obserwuję, a robię to wciąż z ciekawości, działania podejmowane w Polsce przez różne instytucje i organizacje, odnoszę wrażenie, iż większość z nich nie zauważyła, że mamy rok 2016, a nie – 2002. Działania te wyglądają tak, jakby ich autorzy nie wiedzieli, że nie tylko zmieniły się zagrożenia, ale przede wszystkim – zmienili się odbiorcy, tak rodzice i nauczyciele, jak same dzieci.

Nie zmieniły się też formy działań profilaktycznych. Wciąż królują spoty, ulotki, plakaty, broszurki, ew. głupawe gierki online. Niektórzy próbują tworzyć serwisy społecznościowe dla dzieci, nie rozumiejąc, że to oni mają iść do dzieci, a nie dzieci przychodzić do nich. Wiele organizacji wciąż – jak to mówi młodzież – nie umie w internety, co jest dość kuriozalne, skoro o tych internetach właśnie chcą mówić.

Ulotki, plakaty, broszurki, drogie spoty – to są pieniądze wyrzucone w błoto. Musimy sobie uświadomić bolesną dla nas, dorosłych, prawdę: To wszystko jest pitolenie starych pryków. Po młodych spływa to jak po gęsi (o kaczce w dzisiejszych czasach pisać niebezpiecznie). „Co oni wiedzą o internetach” – myślą dzieciaki, bo – jak każde pokolenie – są przekonane, że odkryły Amerykę i cały świat na nowo, a stare pierniki nie rozumieją świata. Sęk w tym, że te pierniki często faktycznie nie rozumieją.

Gdy mama, tata, pani psor w szkole, pani policjantka, czy pan z fundacji mówią o internetach, to jednym uchem to wpada, a drugim wypada. Jest jak bzyczenie muchy, które co najwyżej może irytować. No, bo „co oni wiedzą?”, no, bo „oni nic nie kumają”.

Dla młodego człowieka, zwłaszcza tego w wieku gimnazjalnym, podstawowym punktem odniesienia jest grupa rówieśnicza. To ich opinia jest istotna. Oni mogą odegrać spektakl, nawet niezły, na użytek nas dorosłych, ale – co pokazuje wiele eksperymentów i wiele działań – liczy się to, co myślą rówieśnicy.

Dlatego właśnie kluczem do sukcesu nie są najlepsze spoty, plakaty i ulotki, bo nimi zachwycają się co najwyżej ich twórcy, ale profilaktyka rówieśnicza. Chodzi o to, żeby to koledzy i koleżanki powiedzieli, że jakieś zachowanie jest fajne, a inne nie. I żeby powiedzieli dobrze. I to się da robić, co pokazał jeden z najmądrzejszych policjantów w Polsce, już niestety na emeryturze, inspektor Grzegorz Jach, twórca programu Profilaktyka a Ty.

girl-908168_1920

Magiczne słowo „nie”

Przywołałem stworzony przez inspektora Jacha program PaT nieprzypadkowo. Pokazał on bowiem jeszcze jedną, niezwykle ważną rzecz, o której – przyznaję ze wstydem – sam pomyślałem w swojej działalności o wiele za późno i której nie udało mi się wdrożyć.

Obszarem działania PaT jest – jak to zdefiniował jego twórca – przede wszystkim życie bez uzależnień. Zwróćcie uwagę: Nie ma mowy o przeciwdziałaniu narkomanii wśród młodzieży. Mowa jest o życiu bez uzależnień. Jak mówił często Grzegorz Jach: „Nie mówmy młodym ludziom, że źle jest ćpać; mówmy im, że fajnie jest nie ćpać”.

Słowo „nie” w pedagogice jest słowem niemal magicznym. Wprowadza bowiem kategorię zakazanego owocu, który, jak wiadomo, kusi najbardziej. Im bardziej młodych ludzi do czegoś zniechęcamy, im bardziej im zabraniamy, tym bardziej na ogół chcą oni tego spróbować, by sprawdzić, czy to na pewno jest takie złe, jak im mówimy.

W sprawach związanych z bezpieczeństwem dzieci w internecie popełniliśmy błąd podobny, jaki popełniano w kwestii narkotyków: skupiliśmy się, ja również, na przekazie negatywnym. Mówiliśmy i nadal mówimy, czego nie robić, zamiast mówić – co robić.

Wszechobecna nuda

Przez 10 lat pracowałem z dziećmi i z młodzieżą. Dziś patrzę na to z perspektywy czasu, ale też – co moim zdaniem ważne – z dystansem, bo już się tym nie zajmuję. Łatwiej mi krytycznie ocenić również własną pracę. Myślę jednak, że ten dystans daje mi coś jeszcze: pozwala spojrzeć z szerszej perspektywy i zobaczyć to, co nieraz umykało mi w ferworze bieżącej pracy.

I kiedy tak zastanawiam się, jakie jest podstawowe źródło problemu, dlaczego młodzi ludzie podejmują ryzykowne zachowania, dlaczego robią rzeczy złe, to wydaje mi się, że powodem jest… nuda.

Jasne, na pewno są chlubne wyjątki, ale coraz częściej wydaje mi się, że współczesne dziecko, współczesny nastolatek nie ma pasji. Nie ma hobby. Oni często nawet nie znają tego słowa. I to nie jest wcale ich wina. To wina nas, dorosłych. Edukujemy, faszerujemy wiedzą, zapisujemy na najróżniejsze zajęcia, ale nie rozbudzamy pasji. Oni zwyczajnie się nudzą. A z nudów ludzie, również dorośli, wpadają na ogół na najdziksze pomysły i robią najgłupsze rzeczy.

Do roboty

Zgłosił się niedawno do mnie producent zegarków z funkcją monitorowania miejsca pobytu dziecka. Rozbawił mnie. Ten zegarek nie mówi rodzicowi, gdzie jest dziecko, ale – gdzie jest zegarek. Zapomnijmy o inwigilowaniu naszych dzieci, zapomnijmy o aplikacjach do kontroli rodzicielskiej. Oni to wszystko bez trudu potrafią obejść.

Zapomnijmy o wieszaniu plakatów w szkołach, bo służą co najwyżej do tego, by coś na nich domalować. Zapomnijmy o ulotkach, bo one nie nadają się nawet do robienia samolocików i rzucania w nauczyciela w trakcie lekcji. Zapomnijmy o kolejnych spotach, które może zachwycą dorosłych, bo młodzi, jeśli w ogóle je obejrzą, to „dla beki”. Oni niemal wszystko robią przecież „dla beki”.

Budujmy z nimi dobre relacje. Na tyle, na ile to możliwe, bo konflikt pokoleń istniał, istnieje i zawsze będzie istniał. Uczmy ich wartości – szacunku do innych i siebie, odwagi cywilnej, uczciwości, lojalności. A przede wszystkim – rozbudzajmy pasję, sprawmy, by mieli coś, co ich naprawdę zajmie. Wtedy nie będą mieli ani czasu, ani ochoty na głupoty. I szukajmy wśród nich sojuszników. Bo prędzej posłuchają kolegi czy koleżanki niż nas.

(Visited 327 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Sacrum i profanum

Następny tekst

Poślij kogoś innego