Home»Rodzina»Nie zdejmuj obrączki

Nie zdejmuj obrączki

11
Shares
Pinterest Google+

Człowiek to takie dziwne stworzenie, które potrzebuje symboli. Inne zwierzęta obywają się bez nich, a my potrzebujemy symboli jak kania dżdżu.

Symbolem wspólnoty lokalnej jest herb miasta. Symbolem wspólnoty narodowej – flaga, godło i hymn, za które wielu ludzi oddało życie. Symbolem wiary, przynajmniej dla osób z mojego kręgu, jest krzyż. Za ten symbol też wielu zginęło. Symbolem miłości jest serce. Symbolem małżeństwa – obrączki.

I właśnie o obrączkach będzie dzisiaj.

Pamiętam ten moment, gdy ksiądz pobłogosławił obrączki, a ja miałem jedną z nich założyć swojej żonie na palec, powtarzając słowa przysięgi. Zupełnie nie spodziewałem się tego, że wzruszenie ściśnie mi gardło tak, że mówienie będzie dla mnie tak trudne. Naprawdę, miałem tak ściśnięte gardło, że aż bałem się, że nie dam rady powtórzyć roty przysięgi małżeńskiej.

Nosimy oboje na palcu najtańsze obrączki, jakie udało mi się znaleźć. Miały być złote, bo tak wymarzyła sobie moja żona, zatem są złote, ale tańszych nie udało mi się w sieci wyszukać. Są najprostsze, jakie tylko widziałem.

Jasne, kwestie finansowe były ważne. Ale teoretycznie mogliśmy mieć droższe. Ja jednak droższych nie chciałem. Miały być proste i tanie. I to też był symbol. Wierzę bowiem, że w obrączkach nie chodzi o to, ile kosztują, jak bardzo są okazałe, rzucające się w oczy i ile kosztują. Chciałem, by były proste, by symbolizowały prostotę miłości. Nie – łatwość, a – prostotę. Chciałem, by były proste i tanie, żeby symbolicznie wskazywały, iż w naszym związku nie chodzi o blichtr, ale o sedno – o miłość.

Nasze obrączki mają dodatkowy wymiar symboliczny: wygrawerowany od środka napis. Nie, nie zdradzę jaki. Jest ważnym przekazem dla mnie i dla mojej żony. Po to jest na wewnętrznej stronie, by pozostał między nami, a nie – dla innych.

Pamiętam, jak dziś, że pewnego dnia pokłóciliśmy się, ale tak strasznie. I wtedy zdjąłem w gniewie obrączkę. Symbolika tego gestu uderzyła mnie bardzo mocno, gdy już opadła złość. Zdjęcie obrączki było wszak symbolicznym wyrazem gotowości rozstania. A przecież ślubowaliśmy sobie, że to będzie „póki śmierć nas nie rozłączy”.

Moje pierwsze małżeństwo było niesakramentalne. W trakcie jakiejś kłótni zdjąłem obrączkę, w złości. Odłożyłem ją. Kiedy chciałem założyć z powrotem, obrączki nie było. Mam pewne, przykre bardzo, podejrzenia, co się z nią stało, ale to już nie ma znaczenia. Małżeństwo nie przetrwało. Oczywiście, powodem, dla którego nie przetrwało, nie było zgubienie obrączki. Jej zdjęcie i jej strata, jak sądzę, były jednak w warstwie symbolicznej oznaką nieuświadomionej gotowości na utratę tego, co z obrączką się wiąże.

Tym razem przyrzekłem więc sobie, że więcej obrączki już nie zdejmę. I trzymam się tego jak pijany płotu.

Słyszę nieraz opowieści o małżeństwach doskonałych, które nigdy się nie kłócą, a małżonkowie nigdy się na siebie nawzajem nie wkurzają. Nawet może bym i podziwiał, gdybym choć przez chwilę w takie bajdurzenie wierzył. Nie wierzę.

Nikt nie umie mnie tak wkurzyć jak moja żona. Serio. Dlaczego? Bo jest dla mnie najważniejsza. Bo jest mi najbliższa.

Skoro jest najważniejsza, to najłatwiej może mnie zranić. Skoro jest mi najbliższa, to i największe mam wobec niej oczekiwania. Może inni mają inaczej, ale, serio, mam głęboko w tym miejscu, w którym plecy tracą swą szlachetną nazwę, to, co myśli o mnie jakiś internauta, pani w sklepie, czy nawet – o zgrozo! – współpasażer w środkach komunikacji masowej. Chciałbym oczywiście, by wszyscy na świecie byli dobrzy i mądrzy, ale – skoro ten wpis jest osobisty i szczery – wyznam niczym na świętej spowiedzi, że na co dzień nie martwię się przesadnie tym, czy sąsiad z trzeciego piętra jest dobry i mądry (bo ten z piętra niżej to – uch, zatłukłbym), choć z pewnością powinienem troszczyć się o stan ich duszy. Za to ważne jest dla mnie to, co robi moja żona – najważniejsza i najbliższa osoba.

I kiedy już ta moja żona mnie wkurzy, ale tak solidnie, jak tylko ona potrafi… I kiedy już jestem tak wściekły, że dym mi leci uszami, to wtedy patrzę na moją obrączkę. Pomaga.

Zasady, że nie zdejmuje się obrączki, trzymam się nie tylko w kłótni, ale nawet przy pracach domowych. Jasne, obrączka może się porysować przy zmywaniu albo sprzątaniu, ale przecież, znów symbolicznie patrząc, nie ma związków bez rys. Swoją drogą: to ponoć najprostszy sposób, żeby zgubić obrączkę.

Może najprostszy, ale znam też bardziej widowiskowy. Otóż pewien człowiek, pianista, odkrył, że obrączką świetnie robi się tzw. crescendo. Dla niewtajemniczonych: to taki szybki przelot przez wszystkie klawisze pianina lub fortepianu. Często stosuje się go np. w rock’n’rollu. Posłuchajcie Little Richarda, to załapiecie. I przy takim właśnie crescendo, skądinąd udanym, zgubił obrączkę. Tak sobie myślę: Tak to jest, gdy się małżeństwo traktuje instrumentalnie. Albo jego symbol, prawda?

Z jednej strony bowiem potrzebujemy symboli, z drugiej – często traktujemy je lekceważąco, instrumentalnie. Krzyżyk nosimy jako wisiorek, widziałem różańce na rękę noszone wyłącznie dla ozdoby jako bransoletki. Nieraz słyszymy o ludziach, płci obojga zresztą, którzy zdejmują obrączkę, idąc do baru, czy wyjeżdżając w służbową delegację, żeby nie przeszkadzała w zdradzie. (Albo nie była symbolicznym wyrzutem sumienia.) Znałem jednak osobnika płci męskiej, który, choć żony nie miał, to zakładał obrączkę, gdy wybierał się „na podryw”, bo to ponoć dobrze działa na kobiety.

To ja jednak wolę po mojemu: Nosić obrączkę z radością. Nosić ją jako widome przypomnienie złożonej przysięgi. Jako symbol miłości mojej do żony i miłości żony do mnie. Bo dobrze kochać i dobrze czuć się kochanym.

(Visited 5 263 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Ostentacja

Następny tekst

Historia o wolności i pozornej porażce