Home»Wiara»Przeczytane»Poślij kogoś innego

Poślij kogoś innego

0
Shares
Pinterest Google+

Zarzuciłem dawno temu cykl #SłowoMaSiłę, ale zapowiadałem, że czasem będę do niego wracał, gdy Liturgia Słowa wyjątkowo mocno do mnie dotrze. I tak właśnie się zdarzyło.

W czytaniu niedzielnym (z 7 lutego) pojawia się fragment Ewangelii według świętego Łukasza opisujący powołanie apostołów, przede wszystkim Szymona, czyli świętego Piotra. Pojawiają się w nim trzy wątki, które trzasnęły mnie na odlew. Zacznijmy od samego tekstu:

Zdarzyło się raz, gdy tłum cisnął się do Niego, aby słuchać słowa Bożego, a On stał nad jeziorem Genezaret – zobaczył dwie łodzie, stojące przy brzegu; rybacy zaś wyszli z nich i płukali sieci. Wszedłszy do jednej łodzi, która należała do Szymona, poprosił go, żeby nieco odbił od brzegu. Potem usiadł i z łodzi nauczał tłumy. Gdy przestał mówić, rzekł do Szymona: Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów! A Szymon odpowiedział: Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci. Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać. Skinęli więc na współtowarzyszy w drugiej łodzi, żeby im przyszli z pomocą. Ci podpłynęli; i napełnili obie łodzie, tak że się prawie zanurzały. Widząc to Szymon Piotr przypadł Jezusowi do kolan i rzekł: Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny. I jego bowiem, i wszystkich jego towarzyszy w zdumienie wprawił połów ryb, jakiego dokonali; jak również Jakuba i Jana, synów Zebedeusza, którzy byli wspólnikami Szymona. Lecz Jezus rzekł do Szymona: Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił. I przyciągnąwszy łodzie do brzegu, zostawili wszystko i poszli za Nim.

(Łk 5,1-11)

Wypłyń na głębię

Pierwszy wątek to wątek porażki. Oto rybacy łowili całą noc i ponieśli porażkę. Niczego nie złowili. Czekał ich powrót do domu z pustymi rękami, bez ryb, które mogliby sprzedać i zarobić na utrzymanie swoje i swoich rodzin. To musiało boleć. Cała noc ciężkiej pracy i porażka. Nic, tylko usiąść i płakać. Albo się wkurzać. Albo napić się z poczucia beznadziei.

I na to pojawia się Pan Jezus i mówi: Wypłyń na głębię. Odbij się od porażki, zostaw to i spróbuj jeszcze raz. Wypłyń na głębie, czyli tam, dokąd boisz się. Przestrzeń wody była tym, czego ówcześni Izraelici bali się – głębia to ciemność, to toń, to niebezpieczeństwo. Praca rybaka to było obcowanie ze strachem, z zagrożeniem. Idź w to, czego się boisz. Zaryzykuj.

Sam często boję się. Pamiętam, jak bałem się, gdy zakładałem blog, na którym miałem pisać o sprawach wiary. Bałem się tak, że, gdy już go założyłem, to dbałem o to, by być na nim anonimowym. Bałem się, co ludzie powiedzą, jak zareagują. Nie tylko na samo pisanie o wierze, ale też na to, że to właśnie ja, ten znany jako zły, piszę takie teksty. Pamiętam, jak trudna była dla mnie decyzja, by uruchomić Spesalvi i przedstawić się czytelnikom imieniem i nazwiskiem. Ale pamiętam też ogromną ulgę, kiedy to zrobiłem. I to, że dzięki temu pisanie zaczęło sprawiać mi większą radość.

Tak się tego nie robi

Pora na drugi wątek, niezwykle moim zdaniem istotny: Szymon jest doświadczonym rybakiem, podobnie jak jego wspólnicy. Wiedzą, jak skutecznie łowić ryby. Ale to nie zadziałało. I oto przychodzi do nich syn cieśli. Co On może wiedzieć o łowieniu ryb? Każe im zrobić coś, co nie ma prawa zadziałać. Każdy z nich przecież świetnie wie, że ryby łowi się nocą, a nie za dnia.

Swego czasu zaprosił mnie na spotkanie prezes pewnej firmy. Opowiedział mi o tym, że sprzedaż produktu, który uważał za najważniejszy, nie chce rosnąć, a nawet spada i poprosił, bym zgodził się zostać doradcą zarządu i pomógł naprawić sytuację. Odpowiedziałem mu zgodnie z prawdą, że nie znam się w ogóle na branży, w której działają i na ich produktach. On zaś spokojnie odparł: „Wiem o tym. My się znamy. Spróbowaliśmy wszystkiego, co robi się w naszej branży i to nie zadziałało. Ty się nie znasz, więc może wymyślisz coś innego, bo my nie umiemy”. Przyjąłem jego propozycję. Zadawałem ludziom w firmie mnóstwo pytań, które wydawały im się dziwne. Aż w końcu zaproponowałem rozwiązanie, które spora część doświadczonych pracowników uznała za absurdalne. Ale wdrożyli je. I pomogło.

Albertowi Einsteinowi przypisywana jest taka oto myśl: „Wszyscy wiedzą, że czegoś nie da się zrobić. I wtedy pojawia się ten jeden, który nie wie, że się nie da, i on właśnie to coś robi.” Tak naprawdę nie wiadomo, czy faktycznie to powiedział, bo wypowiedzi tej próżno szukać w jakimkolwiek tekście źródłowym, ale nie zmienia to faktu, że myśl jest urocza, a przede wszystkim prawdziwa.

Lubimy podążać utartymi ścieżkami, bo je znamy, a przez to wydają nam się bezpieczne. Sęk w tym, że Pan Bóg niekoniecznie nimi podąża. „Wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża” – mówi o Duchu Świętym sam Pan Jezus. (J 3, 8) Czasami wydaje nam się, że lepiej niż Pan Bóg wiemy, jak powinno się głosić Dobrą Nowinę, jak powinny działać Boża sprawiedliwość i Boże miłosierdzie, a w ogóle to lepiej niż On napisalibyśmy Dekalog.

Pan Bóg często zaskakuje. Daje znak w sposób, którego się nie spodziewamy. Stawia na naszej drodze ludzi, zdarzenia – inne niż oczekujemy. Nas samych stawia przed wyzwaniami, które w naszym przekonaniu do nas nie pasują. I tu przypomina mi się fragment Księgi Wyjścia, czyli tekst spoza niedzielnej liturgii:

Na to powiedział Mojżesz: «A jeśli nie uwierzą i nie usłuchają słów moich, mówiąc, że Pan nie ukazał mi się wcale?» Wówczas Pan zapytał go: «Co masz w ręku?» Odpowiedział: «Laskę». Wtedy rozkazał: «Rzuć ją na ziemię». A on rzucił ją na ziemię, i zamieniła się w węża. Mojżesz zaś uciekał przed nim. Pan powiedział wtedy do Mojżesza: «Wyciągnij rękę i chwyć go za ogon». I wyciągnął rękę i uchwycił go, i stał się znów laską w jego ręku. «Tak uczyń, aby uwierzyli, że ukazał tobie Pan, Bóg ojców ich, Bóg Abrahama Bóg Izaaka i Bóg Jakuba».

Ponownie rzekł do niego Pan: «Włóż rękę w zanadrze!» I włożył rękę w zanadrze, a gdy ją wyjął, była pokryta trądem białym jak śnieg. I rzekł znów: «Włóż rękę w zanadrze!» I włożył ją ponownie w zanadrze, a gdy ją po chwili wyciągnął, była taka jak reszta ciała.

«Tak więc, jeśli nie uwierzą i nie przyjmą świadectwa pierwszego znaku, uwierzą świadectwu drugiego znaku. A gdyby nawet nie uwierzyli tym dwom znakom i nie zważali na mowę twoją, wówczas zaczerpniesz wody z Nilu i wylejesz na suchą ziemię; a woda zaczerpnięta z Nilu stanie się krwią na ziemi».

I rzekł Mojżesz do Pana: «Wybacz, Panie, ale ja nie jestem wymowny, od wczoraj i przedwczoraj1, a nawet od czasu, gdy przemawiasz do Twego sługi. Ociężały usta moje i język mój zesztywniał». Pan zaś odrzekł: «Kto dał człowiekowi usta? Kto czyni go niemym albo głuchym, widzącym albo niewidomym, czyż nie Ja, Pan? Przeto idź, a Ja będę przy ustach twoich i pouczę cię, co masz mówić». Lecz Mojżesz rzekł: «Wybacz, Panie, ale poślij kogo innego». I rozgniewał się Pan na Mojżesza, mówiąc: «Czyż nie masz brata twego Aarona, lewity? Wiem, że on ma łatwość przemawiania. Oto teraz wyszedł ci na spotkanie, a gdy cię ujrzy, szczerze się ucieszy. Ty będziesz mówił do niego i przekażesz te słowa w jego usta. Ja zaś będę przy ustach twoich i jego, i pouczę was, co winniście czynić. Zamiast ciebie on będzie mówić do ludu, on będzie dla ciebie ustami, a ty będziesz dla niego jakby Bogiem3. A laskę tę weź do ręki, bo nią masz dokonać znaków».

Wj 4, 1-17

Pan Bóg posyła Mojżesza z misją najwyższej wagi, a ten iść wcale nie chce. Nie czuje się na siłach. Boi się, że Izraelici nie będą chcieli go słuchać. „Ja nie jestem wymowny” – wymawia się. Pan Bóg zapewnia go, że da radę, a on i tak prosi: „Poślij kogo innego”.

Mojżesz jest przekonany, że „tak się tego nie robi”. No, a tak właściwie, z jego punktu widzenia: Czy Pan Bóg nie mógł po prostu posłać Aarona, który ma dar wymowy? Czy Pan Bóg, który wszak wiedział, że rano Pan Jezus wsiądzie do łodzi Szymona, nie mógł obdarzyć rybaka dobrym połowem w nocy?

Z człowiekiem jest jak w tej myśli przypisywanej Einsteinowi. Z Panem Bogiem jest inaczej. On po prostu wie więcej niż my.

Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami – wyrocznia Pana. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje – nad waszymi drogami i myśli moje – nad myślami waszymi.

Iz 55, 8-9

Gdy Pan Bóg posyła Mojżesza, by wyprowadził Izraelitów z Egiptu, Mojżesz nie czuje się na siłach, uważa, że nie umie mówić. Możliwe, że w tamtym momencie faktycznie tak było. Warto jednak przypomnieć sobie, że u kresu wędrówki, tuż przed wejściem do ziemi obiecanej, to właśnie Mojżesz wygłasza dwie mowy do ludu, które na wieki stają się najważniejszym źródłem prawa.

Narkomani, którzy zerwali z braniem, gangster, morderca, aferzysta, bohaterka medialnego skandalu erotycznego na wizji – z ludzkiego punktu widzenia to raczej marni kandydaci do głoszenia Słowa Bożego. A Pan Bóg ma własną koncepcję. I posyła ich.

Godny niegodny

Gdy Szymon wraca z udanego, za sprawą cudu, połowu, uświadamia sobie swoją grzeszność. „Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny” – mówi. Ale Pan nie odchodzi, tylko zaprasza Szymona, by szedł za nim, zapowiadając mu, że będzie łowił ludzi. Ale czy tak od razu?

Zanim to nastąpi święty Piotr musi usłyszeć od Pana Jezusa „odejdź, szatanie”, musi, zgodnie z zapowiedzią, trzykrotnie wyprzeć się Mistrza, musi gorzko zapłakać. Musi wreszcie zostać ponownie wezwany, bo przecież Pan Jezus zaraz po zmartwychwstaniu to właśnie o wezwanie Piotra prosi kobiety, wiedząc, że on sam nie przyjdzie ze wstydu. I dopiero po tym wszystkim Pan Jezus trzy razy, czyli tyle razy, ile Piotr się zaparł, pyta „miłujesz mnie?”, a potem wzywa: „paś baranki moje” (J 21, 15-19).

Do wątku grzeszności odwołuje się pierwsze czytanie z niedzielnej Liturgii Słowa:

W roku śmierci króla Ozjasza ujrzałem Pana siedzącego na wysokim i wyniosłym tronie, a tren Jego szaty wypełniał świątynię. Serafiny stały ponad Nim; każdy z nich miał po sześć skrzydeł. I wołał jeden do drugiego: Święty, Święty, Święty jest Pan Zastępów. Cała ziemia pełna jest Jego chwały. Od głosu tego, który wołał, zadrgały futryny drzwi, a świątynia napełniła się dymem. I powiedziałem: Biada mi! Jestem zgubiony! Wszak jestem mężem o nieczystych wargach i mieszkam pośród ludu o nieczystych wargach, a oczy moje oglądały Króla, Pana Zastępów! Wówczas przyleciał do mnie jeden z serafinów, trzymając w ręce węgiel, który kleszczami wziął z ołtarza. Dotknął nim ust moich i rzekł: Oto dotknęło to twoich warg: twoja wina jest zmazana, zgładzony twój grzech. I usłyszałem głos Pana mówiącego: Kogo mam posłać? Kto by Nam poszedł? Odpowiedziałem: Oto ja, poślij mnie!

(Iz 6,1-2a.3-8)

Prorok Izajasz potrzebował, by serafin oczyścił rozpalonym węglem jego usta z nieczystości. Pan Bóg sprawił, że grzech Izajasza został zgładzony. Wtedy mógł dopiero podjąć wyzwanie i przyjąć swoje prorockie powołanie.

Święty Piotr mógł zostać powołany na pierwszego papieża dopiero po śmierci i zmartwychwstaniu Pana Jezusa. Wtedy bowiem grzechy Piotra zostały zgładzone.

Obaj musieli jednak być grzesznikami, by móc w ogóle być powołani. I musieli mieć w sobie mocną świadomość własnej grzeszności, której wcześniej w sobie nie mieli.

Jestem grzesznikiem. I ty też nim jesteś. Każdy z nas musi skonfrontować się ze swoją słabością, ze swoimi grzechami, m.in. dlatego w trakcie każdej mszy świętej powtarzamy: „Spowiadam się Bogu wszechmogącemu i wam, bracia i siostry, że bardzo zgrzeszyłem myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem: moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina.” Pan Jezus umarł nie tylko za grzechy Piotra. Za moje również. I za twoje też. Każdy z nas ma więc w sobie potencjał, by przyjąć powołanie i łowić ludzi. O ile tylko to powołanie przyjmie.

Mojżesz, gdy Pan Bóg wysyłał go do Izraelitów w Egipcie, czuł, że brak mu kompetencji. Być może faktycznie ich nie miał. Ale je dostał. Przypomina mi się tu inna postać: święty Bernardyn ze Sieny, który od dzieciństwa borykał się z poważną wadą wymowy. Jako zakonnik okazał się wyśmienitym kaznodzieją, a jego kazania gromadziły tak wielkie tłumy, że musiał głosić na placach, w kościołach bowiem brakowało miejsca.

God

 

Bóg nie umarł

Bardzo długo żyłem rozdarty między chęcią prowadzenia takiego bloga jak ten i pisania takich tekstów a przekonaniem, że to nie jest dla mnie; że nie jestem tego godzien; że kto jak kto, ale ja z moją przeszłością robić tego nie powinienem. Przyznam, że nadal takie myśli do mnie wracają. Ale bloga przecież prowadzę. Piszę o wierze, o własnych poszukiwaniach, wyznaję wiarę publicznie – tak, jak umiem najlepiej.

Oglądaliśmy ostatnio z Szanowną Małżonką film Bóg nie umarł. W jednej z końcowych scen chrześcijańscy muzycy rockowi podczas koncertów proszą 10.000 uczestniczących w nim fanów, by każdy wysłał do wszystkich osób z listy kontaktów SMS o treści „Bóg nie umarł”. Żona spytała mnie w tym momencie, czy ja bym wysłał, ja zaś od razu odparłem, że tak. Niedługo potem, w napisach końcowych, pojawiła się prośba od twórców filmu, by właśnie to zrobić. Nie wysłałem…

ilustracja: Domenico Ghirlandaio, Powolanie Apostołów
(Visited 172 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Dzień Bezpiecznego Internetu

Następny tekst

Fajny ksiądz