Home»Wiara»Barabasz, syn ojca – czyli idź do spowiedzi

Barabasz, syn ojca – czyli idź do spowiedzi

0
Shares
Pinterest Google+

Współcześni Panu Jezusowi Żydzi raz w roku udawali się do Jerozolimy, by tam obchodzić święto Pesach. Mniej więcej w tym samym momencie roku chrześcijanie masowo udają się do kościołów, żeby się wyspowiadać.

Udałem się i ja. No, dobra, przyznaję: ja robię to częściej. Grzeszę wszak tyle, że raz w miesiącu to dla mnie minimum.

Odkładałem to ciągle na później, aż do niemal ostatniej chwili, bo wciąż czułem, że jeszcze nie jestem do tego dobrze przygotowany. I tak właśnie było. W noc przed planowaną wyprawą do konfesjonału – wierzę, że nieprzypadkowo – trafiłem na jedną z dostępnych w sieci homilii biskupa Grzegorza Rysia (zamieszczam na końcu tekstu). Niezawodny biskup Grzegorz po raz kolejny poprzestawiał mi w głowie.

Gdy Piłat próbował doprowadzić do uwolnienia Pana Jezusa, zaproponował Żydom dwóch więźniów, z których jednego, zgodnie z obyczajem, miał uwolnić. Jak wiadomo, wybrali uwolnienie Barabasza. W swojej homilii biskup zwraca uwagę na to, że Barabasz to nie jest imię, lecz przydomek. Barabasz to bar abbas, czyli syn ojca.

W starych rękopisach Ewangelii według świętego Mateusza zachowało się prawdziwe imię Barabasza: Jezus. Jezus, syn ojca. Imię Jehoszua było przecież wtedy bardzo rozpowszechnione wśród ówczesnych Żydów. Staje więc Jezus, syn ojca, czyli Barabasz, a obok niego Jezus, Syn Ojca.

Przed Piłatem oskarżono Pana Jezusa o to, że jest buntownikiem i wichrzycielem, który podburza lud żydowski do powstania przeciwko Rzymowi. Było to oskarżenie fałszywe: Pan Jezus nigdy nie zachęcał do buntu. Ba! Mówił wszak, by oddać Bogu co boskie, a cesarzowi co cesarskie. Buntownikiem nie był Jezus, Syn Ojca, ale Jezus, syn ojca, czyli Barabasz. To on był buntownikiem i w ramach w tym buncie zabił człowieka.

Biskup Ryś w homilii pięknie mówi o tym, że Pan Jezus bierze na siebie grzech Barabasza, by ten mógł wziąć na siebie godność bycia synem Ojca, czyli dzieckiem Bożym.

Właśnie to dzieje się w Męce Pańskiej. Pan Jezus bierze na siebie grzech człowieka, by człowiek mógł poczuć się dzieckiem Boga. To nie jest tylko „umiera za grzech”. On ten grzech bierze, czyli zdejmuje go ze mnie, zabiera mi go, uwalnia od niego. Tak, to jest absolutnie kluczowe. Ale przecież nie robi tego wbrew mojej woli. Ja muszę chcieć oddać Mu ten mój grzech.

Biskup Piotr Jarecki w wywiadzie dla miesięcznika „W drodze” przypomina z kolei opowieść o świętym Hieronimie.

Co mi chcesz dać? – pyta go Pan Jezus. I Hieronim wymienia: nieprzespane noce, posty, chłód, na który się wystawiałem. Tak wylicza, wylicza, a Pan Jezus ciągle pyta, a co jeszcze, o czym zapomniałeś? O czym, Panie? Powinieneś mi oddać swoje grzechy – mówi do świętego Jezus. Bo ja chcę je wziąć na siebie. Ty sobie z nimi nie dasz rady. A w zasadzie już nie dajesz, bo sobie nie uświadamiasz, że je masz.

Chodziłem do spowiedzi po to, by wyznać Panu Jezusowi, korzystając z pośrednictwa spowiednika, swoje grzechy i przyjąć pokutę. Szedłem tak naprawdę na sąd. Zupełnie bez sensu. Chodziłem, powracając za każdym razem do konfesjonału z tymi samymi grzechami. Nie oddawałem ich. Wystawiałem je na ogląd i czekałem na wyrok. Jasne – miłosierny wyrok, bo czymże jest odmówienie jakiejś litanii w porównaniu z tymi, co udało mi się narozrabiać? A to przecież zupełnie nie o to chodzi. Dlatego też od konfesjonału odchodziłem z nieco lżejszym sercem, ale wcale – nie z poczuciem oczyszczenia.

Tym razem poszedłem do spowiedzi nie po to, żeby poddać się sądowi. Klęczałem w konfesjonale (taki fajny, zamykany był) i tak naprawdę to nawet nie było tak, że ja wyznawałem grzechy. Poszedłem pożalić się Panu Jezusowi. Pokazywałem Mu te swoje słabości, a jest ich sporo, mówiąc: Zobacz je, nie radzę sobie z nimi, wracają do mnie, są ode mnie silniejsze, pomóż mi, zabierz, proszę, to paskudztwo ode mnie. I dostałem odpowiedź. Ustami spowiednika Pan Jezus mówił: Nie martw się, że wracasz. Nie masz być idealny, takim Cię kocham, ważne, żebyś się nie poddawał, i walczył i do mnie wracał. I zupełnie inaczej czułem się, gdy odchodziłem od konfesjonału.

Piszę o tym dziś, w Wielki Piątek. Jeszcze jest czas. Jeśli boisz się iść do spowiedzi, jeśli odkładałeś czy odkładałaś to „na świętego Gdygdy, co go nie ma nigdy”, to po prostu idź. Idź i oddaj Panu Jezusowi swoje grzechy.

I wiesz co? Nie ma znaczenia, na jakiego spowiednika trafisz. Może będzie mądry, a może niekoniecznie. Może będzie miły, a może obcesowy i niesympatyczny. Fajnie, jeśli będzie mądry i miły, ale jeśli trafisz gorzej, to się nie przejmuj. Przecież to nie do księdza idziesz.

(Visited 379 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Rozmowy przy Kawie

Następny tekst

Spotlight bez syndromu von Liechtensteina