Home»Rodzina»Bez kompromisu

Bez kompromisu

0
Shares
Pinterest Google+

Spór o aborcję, a dokładniej o prawo, które jej dotyczy, powraca w dyskusji publicznej regularnie. Nie tylko dlatego, że to jest politycznie wygodne, ale też dlatego, że tzw. kompromis aborcyjny nikogo nie może zadowolić.

Kompromis w samej swojej definicji ma w sobie zapisane to, że każda z jego stron wychodzi z niego niezadowolona, bo nie osiąga tego, co osiągnąć chciała, każda z nich musi przecież z czegoś zrezygnować, w czymś ustąpić.

Kompromis w sprawach moralnych wydaje się pozbawiony sensu. Jak mówi Pismo Święte: Niech mowa wasza będzie tak-tak, nie-nie.

W sprawie aborcji koncepcja kompromisu traci sens w sposób wyjątkowo widoczny. Jeśli uznajemy, że mamy do czynienia z płodem, który nie jest człowiekiem, jakiekolwiek ograniczenia nie mają sensu. Jeśli uznajemy, że to jest człowiek, w dodatku bezbronny, to rozmowa o prawie do jego zabicia staje się niedopuszczalna.

Popularne powiedzenie głosi, że nie da się być trochę w ciąży. Tak. Albo jesteś w ciąży, albo nie jesteś. No, chyba że to ciąża urojona.

Jeśli nie nosisz w sobie nowego życia, dlaczego dopominasz się szczególnych praw, ochrony i opieki? A jeśli nosisz życie, dlaczego dajesz sobie prawo do zabijania? Jeśli chcesz, żeby mężczyźni od początku poczuwali się do rodzicielstwa, bo dziecko jest wspólne, to dlaczego twierdzisz, że decyzja o aborcji to wyłączna sprawa kobiety?

Te pytania można mnożyć. Skoro już od poczęcia jest człowiek, dlaczego uważasz, że po urodzeniu, gdy ma już kilka lat, możesz go uderzyć, wmawiając światu i sobie, że to dla jego dobra? Przecież nie chcesz, by ktoś uderzał Ciebie, prawda? Skoro trzeba chronić życie od poczęcia, dlaczego nie chcesz przyjąć do kraju tych, którzy uciekają przed wojną? Dlaczego chcesz chronić przyrodę, życie roślin i zwierząt, słusznie skądinąd, a jesteś przeciw ochronie życia dzieci, które jeszcze się nie urodziły? Tu warto przywołać słowa papieża Franciszka z tak dobrze ocenionej przez środowiska lewicowe encykliki Laudato si. Wyszukał je (żeby nie było, że ja taki mądry jestem) Błażej Strzelczyk:

„Ponieważ wszystko jest ze sobą powiązane, nie da się pogodzić obrony przyrody z usprawiedliwianiem aborcji. Niewykonalny wydaje się proces edukacyjny na rzecz przyjęcia osób słabych, przebywających wokół nas, które są czasami uciążliwe lub kłopotliwe, jeśli nie otacza się opieką ludzkiego embrionu, mimo że jego pojawienie się może być powodem trudności i problemów: >Jeśli dochodzi do utraty wrażliwości osobistej i społecznej na przyjęcie nowego życia, również inne formy otwarcia przydatne dla życia społecznego ulegają wyjałowieniu>”

Skoro uważasz, że można narzucić innym ideę poprawności politycznej, dlaczego nie można narzucić im idei ochrony życia od jego początku? Bo ta pierwsza jest Twoją ideą, a ta druga – już nie, a Ty możesz narzucać, bo masz monopol na rację, zaś inni nie? Z drugiej strony: skoro mogę narzucać, słusznie skądinąd, ideę ochrony życia od poczęcia, dlaczego inni nie mogą chcieć narzucać idei legalizacji związków jednopłciowych? Bo, powiedzmy to sobie szczerze, tak to już jest, że w prawie ktoś komuś coś narzuca. Pełnej zgody przecież nie będzie.

Można też pójść dalej w rozważaniach. Skoro uznajemy, że w łonie matki jest dziecko, czyli człowiek, to dlaczego wymyślamy nowe przepisy zamiast stosować ten, który już istnieje w Kodeksie karnym?

Art.148. §1. Kto zabija człowieka, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 8, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności.

Skoro w łonie matki jest człowiek, to czy to jest jakiś gorszy rodzaj człowieka, mniej wartościowy, że chcemy wymyślać inny przepis zamiast zastosować ten, który już jest?

Żeby nie było wątpliwości: Tak. Uważam, że dziecko w łonie matki jest dzieckiem, czyli jest człowiekiem, a skoro tak, to nikt nie ma prawa go zabić, a jeśli to zrobi, to jest zabójcą. Stąd myśl o Art. 148 Kodeksu karnego.

Mam poczucie, że konieczność zapisywania tego w prawie jest porażką duszpasterską Kościoła. Konieczność tworzenia takiego prawa wynika wszak w dużej mierze z tego, że, choć większość Polaków deklaruje się jako katolicy, to Kościół nie umie przekonać ich do tego, co w sprawie ochrony życia poczętego głosi.

Ktoś powie z kolei, że może lepiej zaufać sumieniom ludzi i nie zapisywać tego w prawie, skoro nie ma tu pełnej zgody. Ale właściwie dlaczego? To może zaufajmy sumieniom ludzi i wykreślmy też z prawa kary za kradzież, gwałt i inne przestępstwa? Przecież na pewno są tacy, którzy z tymi przepisami się nie zgadzają?

Przypomnę też, że Kodeks karny zawiera również instytucję odstąpienia przez sąd od wymierzenia kary. Prawo zaś ma kilka funkcji, wśród nich – funkcję normatywną, czyli wskazywania, co jest dobre, a co złe. Sąd może więc uznać kogoś winnym, czyli stwierdzić, że zrobił coś złego, ale odstąpić od wymierzenia kary. Być może to jest właściwa droga? Uznać jasno, że aborcja to zło, bez względu na okoliczności, ale w uzasadnionych przypadkach odstępować od wymierzenia kary?

Tak, to oznacza wówczas zaufanie wymiarowi sprawiedliwości i mądrości sędziów, którzy każdy przypadek będą musieli ocenić indywidualnie. Tak, takie zaufanie jest bardzo trudne. Musiałem kiedyś zaufać wymiarowi sprawiedliwości. Jasne, moja sprawa w porównaniu z takimi była błaha, ale i tak było to cholernie trudne. I wyrok nie był taki, na jaki liczyłem. Ale nie żałuję tego zaufania. Uznaję, że najwyraźniej sąd widział więcej niż ja.

Ktoś ostatnio pytał mnie, co by było, gdyby sprawa dotyczyła osób mi bliskich. Odpowiem tak:

Dość sprawnie posługuję się bronią palną. Gdyby ktoś zagrażał życiu lub zdrowiu moich dzieci, mojej żony, mamy, czy innej bliskiej mi osoby, a ja bym miał broń palną, to bym tej broni użył i tego kogoś zabił. Zrobiłbym to z całą świadomością, że zabicie innego człowieka, nawet szubrawca, jest złem. Zrobiłbym to ze świadomością, że poniosę tego konsekwencje. Nie domagałbym się uznania, że wybrałem dobro, bo wybrałem zło, czyli zabicie, choć działałem w moim przekonaniu w tzw. stanie wyższej konieczności. Zrobiłbym to wiedząc, że poniosę tego prawne konsekwencje.

A w kwestii aborcji? Chcę wierzyć, że wybralibyśmy – tak, „śmy”, bo to wspólna decyzja i wspólna odpowiedzialność – dobrze, zgodnie z wyznawaną wiarą. A jak byłoby naprawdę? Nie mam pojęcia. Dziś wydaje mi się, że wiem, ale kluczowe jest tutaj to „wydaje mi się”, bo tak naprawdę nie wiem i nie dowiem się, jeśli – oby nie! – nie stanę w obliczu takiej decyzji.

I mam wrażenie, że ta świadomość jest niezwykle istotna. I tej świadomości chyba często brakuje obrońcom życia. Świadomości, która powinna rodzić pokorę.

Tak, potrzeba radykalnych rozwiązań prawnych, ale na nich nie może się kończyć. Ważny jest język, którym o tym problemie mówimy. Dziś jest on stygmatyzujący, agresywny, choć mówimy przecież o ludzkich dramatach i wyborach tragicznych: często między jednym złem a drugim, gdy trudno określić, co jest złem większym, a co mniejszym.

Ważna jest opieka i wsparcie dla kobiet, które stają przed takimi wyborami. Czy na pewno zrobiliśmy wszystko, żeby otoczyć je opieką, wsparciem i miłością? Kiedy ta kobieta staje w poczuciu bezsilności, bezradności, beznadziei, gdy zostaje z tym wszystkim sama, bo tzw. ojciec umył ręce i uciekł od odpowiedzialności, bo przecież tak się często dzieje, to trudno dziwić się, że kobieta podejmuje decyzję o aborcji. W ten sposób próbuje przecież uwolnić się od problemu, który ją przerasta. Poczucie beznadziejności, samotności i bezradności rzadko są dobrymi doradcami. I trochę szkoda, że o tym słyszę w publicznej dyskusji mniej niż o wysokości ewentualnej kary.

A tak już zupełnie na koniec. Zaroiło się w sieci od kobiecych deklaracji: Moja macica, moja sprawa. Skoro Twoja macica i Twoja sprawa, to skasujmy alimenty. Skasujmy zasiłki. Skasujmy wszystkie udogodnienia dla kobiet w ciąży. Skoro to tylko Twoja decyzja i tylko Twoja sprawa, to niech to będzie też tylko Twoja odpowiedzialność. Niech inni, a już zwłaszcza mężczyźni, którzy ponoć w tej „tylko Twojej” sprawie nie powinni się wypowiadać, nie płacą za Twoje decyzje.

Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Spotlight bez syndromu von Liechtensteina

Następny tekst

Strefa osobista