Home»Wiara»Filtr pobożności

Filtr pobożności

0
Shares
Pinterest Google+

Filtrami upiększamy rzeczywistość. Upiększając – zakłamujemy ją. Robimy tak z rzeczywistością na fotografiach. Niestety, często robimy tak z życiem. Nie wiem, jak wy, ale ja robię.

Trudno jest patrzeć na świat bez rozmaitych filtrów. Każdy z nas przecież ma ich w sobie mnóstwo. Są niczym aplikacje domyślnie zainstalowane w systemie operacyjnym, o których obecności często nawet nie wiemy. Do tych aplikacji domyślnie zainstalowanych wciąż dołączamy nowe: nasze poglądy, nawyki, przekonania, utrwalone, często bezwiednie, stereotypy, wzorce. Niektóre upiększają rzeczywistość, inne – zohydzają, ale wszystkie, bez wyjątku – ją zakłamują.

Dla mnie filtrem szczególnie niebezpiecznym, uświadomiłem to sobie niedawno, jest pobożność. I nie chodzi mi wcale o popadanie w dewocję czy radykalizm religijny. Chodzi mi o zwykłą, wydawałoby się – niewinną i dobrą, pobożność.

Odmawiam co rano pacierz, pamiętam o dziesiątce różańca dziennie, każdego wieczora modlę się razem z moją rodziną, nie opuszczam niedzielnych mszy, przystępuję regularnie do spowiedzi i do Eucharystii, czytam Pismo Święte. Wszystko jest super, prawda? Okazuje się, że założyłem właśnie różowiutkie okulary z opcją wygładzania zmarszczek oraz usuwania śmieci.

Czuję się taki pobożny, taki święty, taki przez to odporny na zło, na wszelkie pokusy, taki mocny w tym moim byciu dobrym. Czuję się taki pewny siebie. Przecież jestem taki pobożny…

I wtedy nagle: Sru! Pieczołowicie zbudowany domek z kart rozsypuje się na wszystkie strony.

Znienacka robię coś złego. Znienacka sam sobie, a niestety nie tylko sobie, pokazuję taką swoją twarz, której istnienia nawet bym nie podejrzewał. Filtr znika i widzę to, czego widzieć wcale nie chcę. Filtr znika i wolałbym nie patrzeć w lustro, bo boję się tego, co mogę w nim zobaczyć. Nie lubię swojej twarzy wykrzywionej złością, gniewem, zaciętością. Kto lubi?

Kiedy już opadnie bitewny kurz, czyli – gdy odejdzie do mnie pierwsze obrzydzenie i pierwszy strach po zobaczeniu w lustrze własnego złego odbicia, pierwsza myśl jest taka, by pozbyć się na zawsze tego filtra. Po co mi ta pobożność? Modlę się, modlę i co z tego, skoro nadal potrafi wyjść ze mnie zło? Ten filtr usypiał moją czujność. Skoro tak – lepiej być czujnym. Lepiej mieć w głowie to, że jestem człowiekiem, czyli bestią, której trzeba nieustannie pilnować i trzymać w klatce, by nie zagrażała sobie i innym.

I dopiero po czasie dociera do mnie, że to złe odbicie budzi we mnie strach, bo – na szczęście – nie widzę go na co dzień. To zaś, że nie widzę go na co dzień, to poniekąd zasługa pobożności. Ale nie dlatego że jako filtr zakłamuje ona obraz, ale – dlatego że to ona jest właśnie tym łańcuchem, który pęta tkwiącą we mnie bestię. Inaczej: to dzięki niej udaje mi się być lepszym niż byłbym bez niej.

Jeśli ktoś myślał, że to jest happy end i koniec tekstu (czyli też happy end), to się grubo pomylił. Rzeczywistość duchowa nie jest wszak linearna. Prawda?

Chwila, chwilunia. No, to ja się grzecznie codziennie modlę o to, bym był dobrym człowiekiem, dobrym mężem, dobrym tatą, no, w ogóle taki cud – miód – malina… To ja różaniec w tej intencji odmawiam, Matkę Najświętszą prosząc o wsparcie… To ja do świętego Józefa, który wszak jest wzorem męża i ojczyma, o wstawiennictwo się zwracam… To ja w sakramencie małżeństwa, jak tłumaczył ksiądz w ślubnym kazaniu, Pana Jezusa do domu zapraszam… To ja… No, i co? I kicha, kiszka, kaszanka, kiła i rzeżączka – że tak powiem. Mieli pomóc i nie pomogli. Skandal, szok, niedowierzanie!

Tyle że to nie Pan Bóg ma tu pracować, nie Maryja i nie święty Józef. Oni za mnie roboty nie odwalą. To moja działka. Od samej modlitwy nic się nie zmieni. To ja mam stawać się lepszy, a nie Pan Bóg ma lepić mnie na nowo. On mnie już ulepił.

Mógłbym na tym zakończyć, ale to by było za proste, poza tym wiadomo nie od dziś, że ja lubię długie teksty i – co ważniejsze – lubię kombinować i komplikować. Po tej mobilizującej refleksji dotarło do mnie, że przecież to nie jest wcale tak, że ja zrzuciłem całą odpowiedzialność na tych wszystkich w niebie i czekałem z założonymi rękami, a raczej – z rękami złożonymi – do modlitwy. Przecież jednak pracowałem nad sobą. No, tak mi się przynajmniej wydaje.

Czyli pracowałem nad tym, żeby być lepszym, wspierałem to filtrem pobożności, mocniejszych od siebie prosiłem o wsparcie, a mimo to – jak już wspomniałem – nie wyszło. Nie tak miało być. No, to jak to jest? Dlaczego?

Filtr pobożności ma wśród swoich wielu zalet pewną wadę. Skutek uboczny – jak te, o których producenci leków informują na ogół możliwie najmniejszą czcionką. Bardzo łatwo przy korzystaniu z tego filtra popaść w nadmierną pewność siebie, która przeradza się w pychę. Nie ma innego wyjścia, muszę przecież być taki dobry, taki pobożny, taki świętobliwy, bo… przecież jestem taki dobry, taki pobożny, taki świątobliwy. Mogę być spokojny, nic złego stać się nie może. Chociażbym kroczył ciemną doliną, zła się nie ulęknę (Ps 23)

I wtedy przychodzi kubeł zimnej wody na głowę.

(Visited 57 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Pilecki - recenzja filmu

Następny tekst

Syn Szawła - recenzja filmu