Home»Kultura»Spotlight bez syndromu von Liechtensteina

Spotlight bez syndromu von Liechtensteina

1
Shares
Pinterest Google+

Gdy film dostał Oscara, część publicystów katolickich zawyła niczym ranne łosie, że oto wredne Hollywood atakuje Kościół. Nie przeszkodził im nawet fakt, że o filmie pozytywnie wypowiadali się przedstawiciele Watykanu oraz kurii w Bostonie, w którym dzieje się cała akcja. Musiałem więc obejrzeć Spotlight.

Dla tych, którzy nie widzieli: Film opowiada historię dziennikarskiego śledztwa, które doprowadziło do ujawnienia nie tylko historii molestowania seksualnego dzieci przez księży, ale też mechanizmu ochrony tych kapłanów przez kurię, która doprowadzała do tajnej ugody z rodzinami ofiar, a następnie przenosiła księdza do innej parafii. W tej na ogół historia się powtarzała.

Niespełnione marzenia

Ten film pokazuje to, o czym marzy pewnie większość młodych adeptów dziennikarstwa. Cóż, ja w każdym razie o tym marzyłem. Chciałem pisać ważne teksty, podejmować ważne tematy, opisywać świat tak, by ten opis zmieniał ów świat na lepsze, ujawniać tajemnice, prowadzić dziennikarskie śledztwa.

Serio, wierzę, że większość młodych dziennikarzy o tym marzy, tak jak pewnie większość początkujących policjantów widzi siebie jako dzielnych pogromców zła, podobnych do filmowych bohaterów. Potem następuje zderzenie z rzeczywistością

Tak jak rzeczywistość młodych policjantów rzadko wyznaczają efektowne poślizgi i filmowe śledztwa, a raczej są to patrole, często nudne i absurdalne interwencje domowe oraz przede wszystkim wszechobecna biurokracja, tak rzeczywistość młodych dziennikarzy to pisanie banalnych, nudnych wiadomości, na czas, po łebkach, byle szybciej, byle wyrobić liczbę znaków, byle zarobić wierszówkę, byle kliknięcia w internecie się zgadzały.

Ale marzenia w głowie pozostają, nawet jeśli się je ucisza i stara się o nich zapomnieć.

Druga szansa

Redakcja The Boston Globe straciła pierwszą szansę. Gdy otrzymali pierwszy sygnał o aferze, zlekceważyli go, nie podjęli tropu. Ale dostali drugą szansę.

To jest coś, co nas w życiu często spotyka: utracone szanse. Niekoniecznie w sprawach takich jak informacja o wielkiej aferze. Spotykamy na ulicy kogoś, może miłość życia, ale nie poprosimy o telefon, nie dotrzemy na rozmowę o pracę marzeń, ominie nas promocja na kapcie. Na szczęście, podobnie jak dziennikarzy z The Boston Globe spotyka nas też coś innego: drugie szanse, które dostajemy od życia.

Nie chodzi o statystykę

Trudno pisać o filmie Spotlight pomijając problem, którego dotyczy. Choć główną osią filmu wydaje się dziennikarstwo śledcze, to – co oczywiste – uwagę przykuwa jednak przede wszystkim to, czego to śledztwo dotyczy, czyli problem molestowania seksualnego dzieci przez księży katolickich. Choć tak naprawdę, gdyby się dobrze zastanowić, wcale nie to jest przedmiotem śledztwa.

Czy osób molestujących dzieci jest wśród katolickich duchownych więcej niż w innych grupach zawodowych? Nie. Statystyki tego wcale nie potwierdzają. Wśród nauczycieli czy trenerów sportowych też jest ich dużo. Generalnie, co oczywiste, więcej jest takich ludzi w tych grupach zawodowych, które mają intensywny kontakt z dziećmi. Czy księża są najliczniejszą grupą zawodową wśród sprawców molestowania dzieci? Też nie. Nie w tym problem.

Oczywiście, w przypadku trenerów, nauczycieli, lekarzy, a także duchownych wszelkich wyznań, ważne jest to, że mamy do czynienia z zawodami zaufania publicznego. Od tych ludzi wymagamy więcej, bo powierzamy im opiekę nad dziećmi. W przypadku duchownych, nie tylko katolickich, bo np. znana amerykańska badaczka Anne C. Salter opisuje też przypadek rabina, dochodzi coś jeszcze: Duchowni, krzywdząc dziecko, wdzierając się w jego intymność, okradają je z czegoś jeszcze: z wiary. Ale i nie w tym tkwi sedno.

Kluczem jest to, co ujawniają dziennikarze The Boston Globe: To, że w Kościele przez wiele lat funkcjonował zorganizowany mechanizm ukrywania takich zdarzeń i chronienia sprawców kosztem ich ofiar. To, że taki system istniał, i to nie tylko w Bostonie, jest faktem.

Potwory nie zawsze noszą sutannę. Pedofilia niekoniecznie wynika ze ślubu czystości. Jednak stało się już jasne, że w Kościele zbyt wiele osób przejmowało się bardziej wizerunkiem instytucji niż powagą czynu.

Tak w tekście o filmie pisała Lucetta Scaraffia na łamach watykańskiego dziennika L`Osservatore Romano.

Syndrom von Liechteinseina.

Gdy ktoś porusza temat pedofilii w Kościele, niemal zawsze muszą odezwać się tacy, którzy dopatrują się w tym ataku na Kościół, kapłanów, wyprowadzając z tego prosty wniosek, że jest to atak na Pana Boga.

Nazwałem to roboczo syndromem Kuno von Liechtensteina. Dla tych, którzy kanon lektur szkolnych omijali szerokim łukiem, przypomnienie w wersji tekstowej, czyli cytat z Krzyżaków Henryka Sienkiewicza:

Jakżebym ja nie miał przebaczyć – ciągnął dalej Kuno – którym jest nie tylko chrześcijaninem, ale i zakonnikiem? Przeto przebaczam mu z duszy serca jako Chrystusowy sługa i zakonnik!
– Sława mu! – huknął Powała z Taczewa.
– Sława! – powtórzyli inni.
– Ale – rzekł Krzyżak – jestem tu posłem między wami i noszę w sobie majestat całego Zakonu, który jest Chrystusowym Zakonem. Kto więc mnie jako posła ukrzywdził, ukrzywdził Zakon, a kto obraził Zakon – obraził samego Chrystusa, i takiej krzywdy ja wobec Boga i ludzi darować me mogę – jeśli zaś prawo wasze ją daruje, niech się dowiedzą o tym wszyscy panowie chrześcijańscy.

A do kompletu jeszcze stosowna scena z filmowej adaptacji:

To, co mnie ucieszyło, to fakt, że reakcje Kościoła na ten film były pozytywne. Chwaliła go nie tylko publicystka L`Osservatore Romano, ale i rzecznik prasowy Stolicy Apostolskiej ksiądz Federico Lombardi oraz następca przedstawionego w filmie kardynała Lawa, obecny metropolita Archidiecezji Bostońskiej – kardynał Sean P. O’Malley, który powiedział:

Film pokazuje, jak dziennikarze „Boston Globe” zmusili Kościół do przyznania się do tego, co zawstydzające, haniebne i ukrywane.

To pozytywne, że tym razem przedstawiciele Kościoła zareagowali bez syndromu von Liechtensteina, choć niewątpliwie ma rację Lucetta Scaraffia, gdy zwraca uwagę na to, że film nie pokazuje długiej i wytrwałej walki z pedofilią w Kościele, podjętej przez kardynała Josepha Ratzingera – prefekta Kongregacji Nauki Wiary i prowadzonej przez niego, gdy był papieżem Benedyktem XVI, a kontynowanej ze stanowczością przez obecnego papieża Franciszka. Scaraffia zwraca przy tym uwagę, że:

W filmie nie da się powiedzieć wszystkiego, a trudności, jakie napotykał Ratzinger, jedynie potwierdzają tezę filmu, a mianowicie to, że zbyt często instytucja kościelna nie potrafiła reagować z konieczną determinacją w obliczu tych przestępstw.

Jeśli jeszcze nie widziałeś Spotlight, obejrzyj ten film koniecznie.

(Visited 87 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Barabasz, syn ojca - czyli idź do spowiedzi

Następny tekst

Bez kompromisu