Home»Rodzina»Ojej, to moje dziecko umie śpiewać?

Ojej, to moje dziecko umie śpiewać?

0
Shares
Pinterest Google+

Uwielbiam oglądać Voice of Poland (pisałem o tym tutaj) oraz edycje z innych krajów. Przeglądam na Youtube zestawienia występów. Najbardziej lubię te z tzw. przesłuchań w ciemno, czyli takie, w których trenerzy oceniają tylko głos i talent wokalny, bo nie widzą uczestników. Te przesłuchania w ciemno są często okazją do niezwykłych wzruszeń, zaskoczeń.

W czasie, gdy uczestnik śpiewa na scenie, a trenerzy-jurorzy słuchają w swoich fotelach, w pokoiku za sceną razem z prowadzącym czekają bliscy – czasem rodzina, czasem przyjaciele. Dopingują, choć uczestnik ich nie słyszy, cieszą się, smucą, poganiają trenerów, by wcisnęli przycisk oznaczający przepustkę do udziału w programie.

Tym razem piszę o tym wszystkim nie ze względu na doznania artystyczne. Piszę, bo dotarło do mnie, że moją uwagę najmocniej przyciągają na ogół rodzice uczestników. To oni na ogół najmocniej się wzruszają występami.

Im większe jest ich wzruszenie, tym bardziej widać w nim też zaskoczenie i niedowierzanie. „Jak to? To moje dziecko tak śpiewa? To moje dziecko tak potrafi?”

Zwróciłem na to niedawno uwagę. Dotarło do mnie, że ci rodzice najwyraźniej nie byli świadomi talentu swoich dorosłych już dzieci. To znaczy, że przez wiele lat niczego nie zauważyli. Córka czy syn śpiewali, grali, tworzyli, rozwijali się.

A gdzie byli ci rodzice? Nie wiedzieli, nie widzieli, nie słyszeli? A może, nawet w najlepszych intencjach, zniechęcali? „Zajmij się czymś poważnym”. „Zajmij się czymś pożytecznym”. „Weź się do nauki, a nie głupoty ci w głowie”.

Bardzo często robimy to naszym dzieciom nie dlatego, że jesteśmy złymi rodzicami, ale dlatego, że chcemy dla dzieci jak najlepiej – w naszym przekonaniu. Chcemy zapewnić im bezpieczną przyszłość, chcemy, by zdobyły wykształcenie, „dobry” zawód, itp.

Gdybym miał odpowiedzieć, czego chcę dla moich dzieci, to powiedziałbym, że chcę, by były szczęśliwe – cokolwiek to dla nich znaczy. Jeśli szczęściem dla nich będzie domek na przedmieściu, stabilna praca, rodzina – super. Jeśli szczęście ma oznaczać bycie artystycznym wolnym ptakiem – niech i tak będzie. A może któreś z nich wstąpi do zakonu kontemplacyjnego?

Cholera, wcale mnie to nie zachwyci, ale to są przecież ich wybory, ich decyzje, ich życie, ich szczęście. Ja jako rodzic mogę co najwyżej po cichu się zamartwiać. To ich życie, a nie moje, choć oczywiście to ładnie brzmi, że „dziecko to moje życie”.

I nie, to nie znaczy wcale, że mam dać przyzwolenie na to, by nie chodziły do szkoły podstawowej albo bym zgodził się na odmowę nauki czytania i pisania. (Oj, naukę czytania to właśnie z Młodszym Starszym przerabiamy…) Ale to znaczy, że mam dać dzieciom przestrzeń do poszukiwania własnej drogi.

Bo, jeśli kiedyś któreś z nich wystąpi w takim Voice of Poland, to chciałbym wzruszać się pięknem głosu, a nie czuć zaskoczenie, że „ojej, to moje dziecko umie śpiewać?”.

(Visited 405 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Dobre umieranie

Następny tekst

Święty Jan od Glejaka