Home»Rodzina»Bo powiem tacie…

Bo powiem tacie…

1
Shares
Pinterest Google+

Młodszy Starszy miał wypadek na placu zabaw. Chłopiec, z którym się bawił, niechcący uderzył go niefortunnie patykiem w oko. Chłopiec sam przybiegł do mojej Mądrzejszej Połowy i był bardzo przejęty tym, co się stało. Mądrzejsza i Piękniejsza Połowa, nie mając pewności, że da radę wrócić sama z chłopcami do domu, powiedziała głośno naszym dzieciom, że wzywa mnie, czyli tatę, na pomoc. Chłopiec ze strachu zaczął płakać.

Ostatecznie nic się Młodszemu Starszemu nie stało, a moja pomoc nie była potrzebna. Zastanowiła mnie jednak reakcja chłopca na słowa. W moim odczuciu świadczy ona jednoznacznie o tym, że wezwanie taty wywołuje w nim strach, czyli w jego domu rodzinnym tata jest kimś, kogo interwencji należy się bać – straszakiem.

Dawniej w domach bywało tak, że udział ojca w wychowaniu dzieci ograniczał się właśnie do interwencji dyscyplinujących w przypadku rażących przewinień. Problemy mniejsze mama lub opiekunka rozwiązywały na bieżąco. Ojca powiadamiało się o sprawach naprawdę poważnych. Karząca ojcowska ręka wzbudzała w dzieciach uzasadniony strach. „Bo powiem tacie” – to była poważna groźba.

Usiadłem więc wieczorem i zastanawiałem się, czy aby na pewno moje dzieci nie boją się mnie. To ostatnie, czego bym chciał. Na szczęście – mam wrażenie – nie wzbudzam strachu. No, chyba że akurat w charakterze groźnego potwora robię głupią minę i krzyczę „uuuu”. Ale to chyba się nie liczy.

Nie umiem pojąć pomysłu, że dziecko ma się bać rodzica. Po prostu nie umiem. Niektórzy twierdzą, że w ten sposób dziecko uczy się szacunku do rodziców. Trudno mi wyobrazić sobie większą wychowawczą brednię.

Szacunek nie opiera się na strachu, ale na miłości. Click To Tweet

Jeśli kogoś kocham, to się go nie boję. Albo raczej: Nie boję się tego, o kim wiem, że mnie kocha. Skoro mnie kocha, to nie chce mnie skrzywdzić. Jeśli się go boję, to znaczy, że nie jestem pewny jego miłości. To znaczy, że ten ktoś nie sprawił, że mogę mu ufać.

Strach nie prowadzi do szacunku ani do miłości, lecz do nienawiści lub obojętności. A jeśli uda się uniknąć nienawiści lub obojętności, to za sprawą syndromu sztokholmskiego.

Gdybym miał wybierać, to wolę być tatą dzieci rozbisurmanionych niż takich, które się mnie boją. Ale ciekawostka: Moje dzieci się mnie nie boją. I nie są rozbisurmanione. Nie pomimo tego, że się nie boją, ale – śmiem twierdzić – właśnie dlatego. Nie sprawiają kłopotów rodzicom, bo się ich nie boją.

(Visited 1 065 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Ty żydzie...

Następny tekst

Wstydliwe sekrety i pochwała dzikiego kapitalizmu