Home»Wiara»Przeczytane»Wstydliwe sekrety i pochwała dzikiego kapitalizmu

Wstydliwe sekrety i pochwała dzikiego kapitalizmu

0
Shares
Pinterest Google+

Czasami lęk przed ujawnieniem zła, które popełniliśmy, ciąży bardziej niż samo zło, które mamy na sumieniu. Znam to bardzo dobrze – z własnego doświadczenia.

Są takie fragmenty Ewangelii, które od dawna pracują w mojej głowie – czasem, dlatego że nie umiem ich zrozumieć, a czasem, bo wolałbym ich nie rozumieć. Dzisiejsza Liturgia Słowa przynosi jeden z tych, które łączą oba te elementy:

Jezus powiedział do tłumów: Nikt nie zapala lampy i nie przykrywa jej garncem ani nie stawia pod łóżkiem; lecz stawia na świeczniku, aby widzieli światło ci, którzy wchodzą. Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie miało być ujawnione, ani nic tajemnego, co by nie było poznane i na jaw nie wyszło. Uważajcie więc, jak słuchacie. Bo kto ma, temu będzie dane; a kto nie ma, temu zabiorą i to, co mu się wydaje, że ma.

Łk 8, 16-18

Wstydliwe sekrety

Pamiętam czas, gdy paraliżował mnie strach. Wiedziałem już, że narozrabiałem jak pijany zając, że popełniłem niegodziwość, i to niejedną. Wciąż jednak miałem nadzieję, że to nie wyjdzie na jaw, że jakoś w cudowny sposób to wszystko rozejdzie się po kościach, że jeszcze ten jeden raz uda mi się uniknąć konsekwencji.

Aż w końcu mleko się wylało. Pojawił się jeden tekst i ruszyła lawina – wszystkie media rzuciły się na mnie równocześnie niczym stado wygłodniałych hien, które poczuły smród padliny. To skądinąd wyjątkowo trafne porównanie – fakt, był smród padliny, bo taki jest smród zła. A to, że większość dziennikarzy to hieny, wie chyba każdy.

Bałem się wyjść z domu, a kiedy nie mogłem tego uniknąć, rozglądałem się nerwowo, czy nie ma jakichś dziennikarzy, zasłaniałem też twarz, obawiając się rozpoznania. Wszyscy już wiedzieli.

Skasowałem swój blog, zamknąłem strony, uniemożliwiłem dostęp do siebie najbardziej, jak tylko się dało. Nie mogłem wytrzymać bez pisania, więc założyłem nowy blog, ale tym razem anonimowy i strzegłem tej anonimowości jak Golum swego skarbu. W swoich działaniach zawodowych starałem się ukrywać swoją tożsamość. Zerwałem większość kontaktów z ludźmi.

Nie ma nic ukrytego, co by nie miało być ujawnione. Click To Tweet

Paradoksalnie, znów chciałem żyć w ukryciu, znów pojawiła się tajemnica i strach przed jej ujawnieniem. Modliłem się, by na mój proces nie dotarli dziennikarze, bałem się ujawnienia mojej tożsamości w działaniach zawodowych. Ale dotarli. A tożsamość została ujawniona.

I… nic się nie stało.

Miło nie było – nie oszukujmy się. Wycelowane we mnie obiektywy, podstawione mikrofony, natarczywe pytania, agresywne, często krzywdzące, komentarze w sieci – przyjemne to nie było. Ale przecież żyję.

I… poczułem ulgę.

Już nie muszę bać się ujawnienia. To nie znaczy, że nie wstydzę się tego, co zrobiłem – wstydzę się. To nie znaczy, że miło mi, gdy ktoś tym we mnie uderza – boli, a jakże. Ale już się nie boję.

Ten brak strachu pozwala mi – paradoksalnie – mocniej przeżywać wstyd i skruchę, bo teraz to na nich mogę się skupić.

Pochwała dzikiego kapitalizmu

Ta pierwsza część dzisiejszej Ewangelii to właśnie ten fragment, którego długo nie chciałem zrozumieć. Fragmentem, którego zrozumieć nie umiałem, jest ostatnie zdanie:

Bo kto ma, temu będzie dane; a kto nie ma, temu zabiorą i to, co mu się wydaje, że ma. Click To Tweet

Znałem swego czasu pewnego pana o poglądach takich, że Janusz Korwin-Mikke wydaje się przy nim komunistycznym wieprzem. Pan ów zwykł, z pewnym niesmakiem, mawiać, że „Jezus lewaczył”. Był to w jego ustach zarzut najcięższy z możliwych. Tymczasem to zdanie brzmi jak radykalna pochwała dzikiego kapitalizmu: bogatych uczynić jeszcze bogatszymi, a biednym dokopać. Trudno mi jednak jakoś podejrzewać, że właśnie o to Panu Jezusowi chodziło. Bo On naprawdę – używając wspomnianej nomenklatury – lewaczył.

Przypomniała mi się inna ewangeliczna scena, niezmiernie wymowna, a zna ją każdy. Oto tłum ludzi poszedł za Panem Jezusem na pustkowie, zapadał zmierzch i uczniowie prosili Nauczyciela, by odprawił zgromadzonych ludzi, bo nie ma czym ich nakarmić. Zaraz potem następuje cudowne rozmnożenie chleba i ryb.

Symptomatyczne wydaje mi się to, że Pan Jezus nie pstryknął palcami i nie pojawiło się nagle znikąd mnóstwo jedzenia. Zapytał uczniów, ile jest jadła i rozmnożył to, co mu przyniesiono. Wcześniej w Kanie Galilejskiej nie „wyczarował” beczek z winem, ale w cudowny sposób zamienił wodę w wino. Nie tworzył czegoś z niczego, choć przecież mógłby, ale rozmnażał lub przemieniał to, co mu podano.

To nie wyjaśniało jednak samej końcówki, czyli tego:

…a kto nie ma, temu zabiorą i to, co mu się wydaje, że ma.

I wtedy przypomniałem sobie o jeszcze innej przypowieści – tej o talentach. Oto słudzy dostają od swego pana talenty. Ten, który dostał najwięcej, pomnożył i oddał panu dwa razy więcej. Ten, który dostał nieco mniej, też pomnożył i oddał dwa razy więcej. Ten, który dostał najmniej, bał się jednak, zakopał i oddał tyle, ile dostał. W efekcie jako jedyny został potraktowany surowo.

To, co mam, to przecież nie od siebie, choć miło czasem tak sobie pomyśleć. Wszystkie moje talenty mam od Pana Boga. Mogę je zakopać lub mnożyć. Na koniec zdam sprawę: Jeśli mam dużo, to znaczy, że pomnożyłem, że nie zasypiałem gruszek w popiele, nie leniłem się, może trochę ryzykowałem nawet. Gdy oddam mało, to znaczy, że nie wykorzystałem należycie tego, co mi zostało powierzone. Wtedy i to zostanie mi odebrane.

(Visited 87 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Bo powiem tacie...

Następny tekst

Nie czekaj na cuda