Home»Społeczeństwo»Dzieci to nie szkółka dla początkujących księży

Dzieci to nie szkółka dla początkujących księży

0
Shares
Pinterest Google+

Poznałem kiedyś pewnego księdza, który co tydzień odprawiał msze z udziałem dzieci i głosił im kazania. Na moje oko był w tym całkiem dobry. Kiedyś w rozmowie przyznał mi jednak, że z całego serca tego zadania nie znosi.

Był dobrym księdzem, więc, choć nie lubił, to starał się robić to najlepiej, jak potrafił. Przygotowywał się rzetelnie do tych, wbrew pozorom – bardzo trudnych, homilii, przynosił rekwizyty, wymyślał, jak wytłumaczyć dzieciom to, co było w Liturgii Słowa, jak zainteresować je i włączyć do wspólnej rozmowy przed ołtarzem. Przywdziewał na twarz uśmiech i robił, co do niego należało. Nikt z wiernych chyba nigdy nie połapał się, że ksiądz nie lubi tego, co robi. W końcu w parafii pojawił się nowy ksiądz, świeżo po święceniach, więc ten trudny obowiązek spadł na niego.

Poznałem też księdza, któremu kazano uczyć religii w szkole. Nie tylko tego nie lubił, ale też, w odróżnieniu od tego wcześniej wspomnianego, nie miał za grosz talentu do pracy z dziećmi. Męczył się on, męczyli się jego uczniowie.

Siostra zakonna, skądinąd całkiem miła, która uczy Młodszego Starszego religii, czyli pracuje z najmłodszymi klasami szkoły podstawowej, wyjaśniła dzieciom, że w przypowieści o synu marnotrawnym chodzi o to, iż wydawanie pieniędzy na swoje przyjemności jest złe. Musiałem sam wyjaśnić dziecku sens przypowieści, a przy okazji uspokoić go, że uzbieranie pieniędzy z kieszonkowego i kupienie za to zestawu Lego naprawdę nie jest grzechem.

Kiedy rozmawiam z ludźmi, którzy odeszli od Kościoła, bardzo często słyszę właśnie o tym, jak ludzie, którzy mieli katechizować dzieci i przyciągać je do Pana Boga, przez swoją niekompetencję czy brak predyspozycji charakterologicznych zniechęcali swoich podopiecznych do wiary, Pana Boga i do Kościoła. Słyszę o księżach, którzy krzyczeli w konfesjonale przy pierwszej spowiedzi lub zadawali niemądre, nieadekwatne do wieku dziecka pytania. Słyszę o siostrach, które w ramach przygotowania do I Komunii Świętej urządzały niemal wojskową musztrę przed ołtarzem. Słyszę o nudnych lekcjach religii, o głupotach opowiadanych w trakcie tych lekcji, o niechęci do odpowiadania na pytania uczniów. Od samego początku do nauki do trudnego okresu dojrzewania, z którym katecheci na ogół radzą sobie – najdelikatniej ujmując – marnie.

Smutnym efektem jest to, że powszechnie sakrament bierzmowania określa się jako sakrament pożegnania z Kościołem. Młodzi ludzie przystępują do niego, żeby „mieć z głowy”, „bo kiedyś się przyda zaświadczenie”, a potem znikają z orbity Kościoła.

Ja rozumiem, że posłanie młodego księdza do katechizacji i pracy z dziećmi jest dobre dla jego formacji duchowej. Rozumiem, że szczególnie dobre dla jego formacji duchowej staje się to właśnie wtedy, gdy zmusza go to do przełamania się i do posłuszeństwa przełożonym. Szkoda tylko, że rozwój duchowy takiego kapłana odbywa się kosztem dzieci.

Nie od dziś wiadomo, że „czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci” oraz że „czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał”. Praca z dziećmi to nie może być wprawka dla niedoświadczonych księży ani sposób uczenia ich posłuszeństwa wobec biskupa i proboszcza. Praca z dziećmi nie może być zajęciem dla osób, którym trzeba zapewnić źródło utrzymania, a nie ma innego pomysłu na to, co w kościelnych strukturach mogłyby robić.

Znajomość katechizmu i tekstów popularnych modlitw jest oczywiście bardzo ważna. W przypadku dzieci znacznie ważniejsze jest jednak to, by prowadzić je do spotkania z Panem Bogiem, by rosły w poczuciu, że są przez Pana Boga kochane i same chciały Go kochać. Modlitw zdążą się nauczyć. Katechizmu też. Ale jeśli teraz, właśnie teraz, gdy są dziećmi, nie będą czuły się dziećmi Bożymi, to potem nadrobić to będzie trudno, odejdą, a te wykute na pamięć i zaliczone na szóstkę prawdy wiary i tak zapomną.

childconfession

To oczywiście każe zadać sobie pytanie o sens lekcji religii w szkole. Gdy bowiem mamy do czynienia ze szkolnym przedmiotem, w naturalny sposób muszą pojawić się standardy nauczania, program, ujednolicone wymagania i oceny, przepisy dotyczące formalnych uprawnień osób uczących.

Do dziś pamiętam panią, która w przykościelnej salce uczyła nas religii. Nie wiem, jakie miała wykształcenie, ale – prawdę rzekłszy – nie miało to znaczenia. Ona po prostu umiała nas „zapalić” Bożą miłością. Nawet jeśli oblalibyśmy egzamin z katechizmu, przynajmniej naprawdę chcieliśmy chodzić do kościoła, nie tylko na niedzielną mszę świętą, ale też w pierwsze czwartki, pierwsze piątki, pierwsze soboty, na nabożeństwa majowe, czerwcowe, październikowe różańce, itp. Nikt nie przybijał tam pieczątek i nie sprawdzał listy. My po prostu chcieliśmy tam być. I naprawdę nie byliśmy wyjątkowymi, super grzecznymi dzieciakami – wręcz przeciwnie, nie brakowało wśród nas niezłych łobuzów.

Polacy według częstości praktyk religijnych w latach 1991 -2012

Częstość praktyk1991199820022012
Systematycznie52,4%53,5%57,9%47,5%
Niesystematycznie31,5%27,2%24,9%26,5%
Rzadko11,2%11,5%11,0%14,6%
Niepraktykujący3,9%6,1%5,9%10,1%
Brak danych0,9%1,7%0,3%1,3%
źródło: Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego

Polacy deklarujący uczestnictwo w mszy św. niedzielnej w latach 1991-2012

Częstość praktyk1991199820022012
Codziennie-3,1%-2,1%
Każda niedziela i święto37,8%42%44,6%33,5%
Prawie każda niedziela25,7%22,9%20,6%22,0%
1-2 razy w miesiącu17,1%11,4%14,3%13,6%
Tylko w wielkie święta11,5%10,1%11,1%13,3%
Tylko z okazji ślubu, pogrzebu, itp.4,8%4,5%3,6%8,6%
Nigdy-4,8%5,0%4,9%
Brak danych3,1%1,2%0,7%2,0%
źródło: Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego

Polacy według częstotliwość modlitwy indywidualnej w latach 1991-2012

Częstość praktyk1991199820022012
Codziennie62,0%61,3%66,8%53,2%
Raz w tygodniu18,9%18,4%15,8%53,2%
Raz w miesiącu3,4%5,5%4,5%5,7%
Kilka razy w roku6,8%6,5%5,7%9,1%
Raz w roku2,5%2,1%2,9%4,5%
Nigdy2,1%3,2%3,1%6,6%
Brak danych4,4%3,0%1,2%2,0%
źródło: Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego

Niezależnie od pewnego skoku, który pojawia się w tabelach przy danych za 2002 rok, statystyki są nieubłagane, a są to statystyki przygotowywane przez instytucję kościelną, więc trudno tu podejrzewać niechęć do katolicyzmu. Można oczywiście pocieszać się, że – przynajmniej w warstwie deklaratywnej – większość katolików uczestniczy w praktykach religijnych, w tym przede wszystkim w Mszy Świętej i modlitwie indywidualnej. Trendy są jednak widoczne gołym okiem: niestety udział rodaków praktykujących maleje. Trzeba też uwzględnić, nie oszukujmy się, oczywisty fakt, że część osób w badaniu realizowanym przez instytucję kościelną zapewne przedstawia swoją religijność w lepszym świetle niż ona wygląda faktycznie.

Jasne, na takie wyniki składa się wiele czynników. Nie ulega dla mnie jednak wątpliwości, że brak tej solidnej podstawy, czyli doświadczenia Boga, a nie wiedzy religijnej, nabytej w dzieciństwie połączony z kiepskimi doświadczeniami jest jedną z istotnych przyczyn.

Wyniki badań pokazują jednak, że nie ma tu prostej recepty. Samo wyprowadzenie religii ze szkół, choć pewnie spodobałoby się wielu, wcale nie rozwiązuje problemu. Najlepsza katecheza przy kościele, najfajniejszy ksiądz i najfajniejsza siostra umiejący pracować z dziećmi – to też za mało. Podstawą jest przecież to, co dzieje się w domu, a te badania pokazują, że z religijnością dorosłych wcale nie jest dobrze.

Gdzieś to błędne koło trzeba jednak przerwać. Może na początek rozwiązaniem jest to, co stosują już niektóre polskie diecezje, czyli pomysł, by część lekcji religii odbywała się nadal w szkole, ale część – w kościele? Warto pomyśleć o małych wspólnotach przy parafiach – tak dla rodziców, jak i dla samych dzieci. Jedną z zalet tego rozwiązania jest też to, że w salce przy kościele nie obowiązują formalne wymogi wynikające z prawa oświatowego. Czasem ktoś, kto nie ma uprawnień pedagogicznych, a nawet wyższego wykształcenia, może okazać się lepszym animatorem grupy dziecięcej niż formalnie wykształcony nauczyciel religii. (Co nie znaczy, że takie formalne przygotowanie jest czymś złym oczywiście.)

Przede wszystkim jednak warto pamiętać o tym, o czym mówi często odpowiedzialny w polskim Kościele za nową ewangelizację biskup Grzegorz Ryś:

Najpierw kerygmat, potem katecheza. Click To Tweet

Najpierw pozwólmy dzieciom spotkać Pana Boga. Potem uczmy je katechizmu. Niech, jak mój siedmiolatek, szczerze mówią, że „lubią iść do kościoła, bo lubią spotykać się z Panem Bogiem”. Najpierw pomóżmy im odnaleźć w sobie chęć rozmowy z Nim, potem dopiero uczmy modlitw, inaczej bowiem nauczymy je klepania, nie modlitwy.

Ale to wymaga od nas – od Kościoła sporej odwagi, by na pewne sprawy spojrzeć inaczej niż dotychczas.

ilustracja: Saginaw.org / Flickr / CC BY-ND 2.0
(Visited 648 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Porażka Kościoła

Następny tekst

V Tajemnica Radosna - Odnalezienie Pana Jezusa