Home»Społeczeństwo»Porażka Kościoła

Porażka Kościoła

0
Shares
Pinterest Google+

Bez względu na to, jaki będzie wynik prac Sejmu, antyaborcyjna publiczna burza jest – powiedzmy to otwarcie – duszpasterską porażką Kościoła.

Nie mam pojęcia, czy parlamentarzyści zmienią prawo w sprawie aborcji, czy nie, a jeśli nawet tak, to na jakie. Nie jest tajemnicą, że chciałbym, by prawo w pełni chroniło życie ludzkie od poczęcia i jestem zwolennikiem radykalnych zapisów prawnych. Media jednak już dziś informują, że partia rządząca, która lubi odwoływać się do nauczania Kościoła, chce złagodzić projekt obywatelski i dopuścić zabijanie dzieci nienarodzonych w niektórych przypadkach.

Chciałbym jednak, byśmy wspólnie na moment wzbili się ponad bieżącą dyskusję medialno-publiczno-parlamentarną i ewentualne losy prawa antyaborcyjnego.

Kościół ma być w polityce

W publicznej debacie jak mantra powtarzane są tezy, iż Kościół nie powinien mieszać się do polityki. Zastanawiające, iż tezy te najgłośniej powtarzają na ogół ci, którzy chętnie wycierają sobie gęby hasłami przeciwko wykluczeniu.

Zadajmy sobie więc pytanie: Czym jest Kościół? Kościół to wspólnota wiernych, czyli wszyscy katolicy. Koncepcja, wedle której Kościół miałby nie uczestniczyć w życiu politycznym, oznacza więc ni mniej ni więcej wykluczenie z tego życia wszystkich wyznawców określonej religii. I tego domagają się ci, którzy mienią się przeciwnikami dyskryminacji?

Przyjmijmy jednak ich dobrą wolę, bo zawsze warto ją zakładać. Uznajmy więc, że, gdy mówią o Kościele, mają na myśli tzw. Kościół hierarchiczny, czyli biskupów i resztę duchowieństwa.

Swoją drogą warto przypomnieć, że Episkopat Polski de facto odciął się od obywatelskiego projektu ustawy antyaborcyjnej, bo w swoim oświadczeniu biskupi jasno opowiadają się przeciwko karaniu kobiet, które dokonały aborcji.

Nie wiem, dlaczego fakt przyjęcia święceń kapłańskich miałby wykluczać kogoś z angażowania się w sprawy polityki. O ile mi wiadomo przyjęcie święceń kapłańskich a nawet sakry biskupiej nie zaciąga z automatu pozbawienia praw obywatelskich. Ale zostawmy nawet i to na moment.

Oczywiście, wolałbym, żeby Kościół, w tym hierarchicznym rozumieniu, nie angażował się w bieżące rozgrywki polityczne i personalne, w walkę o przywileje, itp. Tu pełna zgoda. Smutnym wydaje się jednak sprowadzenie polityki tylko do tego aspektu.

Polityka to przede wszystkim bowiem wpływ na kształt prawa i relacji społecznych. Prawo to zestaw norm. Normy te z natury rzeczy wynikają z jakichś założeń moralnych. Trudno mi sobie wyobrazić, by Kościół, zarówno ten hierarchiczny, jak i ten poprawnie rozumiany, czyli wspólnota wiernych, nie włączał się w dyskusję o normach moralnych będących źródłem prawa oraz o sposobach ich konkretnej realizacji w legislacji.

Prawo i nauczanie moralne

Absolutnie nie przekonuje mnie koncepcja, wedle której prawo nie powinno wchodzić w kwestie moralności. Prawo z definicji bowiem w te kwestie wchodzi, ponieważ opiera się właśnie na zasadach moralnych.

Nie jest też prawdą, że nauczanie moralne i zapisy prawne stanowią alternatywę, do czego wiele osób próbuje przekonywać. Nieraz słyszę, że Kościół powinien przekonywać swych wyznawców, by nie dokonywali aborcji, ale nie powinien dążyć do jej prawnego zakazu. To wierutna bzdura. Przecież uczymy ludzi, że nie wolno bić żony, ale nie przeszkadza nam to zapisać w prawie, że czynić tego nie wolno. Uczymy, że nie wolno kraść, mordować, czy gwałcić, ale oprócz tego zakazujemy tego wszystkiego prawnie i zapisujemy w przepisach konkretne kary za złamanie tego zakazu. Tak samo więc możemy równocześnie uczyć, że nie wolno zabijać nienarodzonych dzieci, ale też zapisać w to ustawie i przewidzieć sankcje za naruszenie tej normy.

Ważne jednak rzeczywiście jest to, by nie było to jedynie zapisywanie sankcji karnych, ale również – uczenie, czy wręcz wychowywanie.

Porażka wychowawcza

I właśnie na tym polu: wychowania, nauki moralnej – odnoszę wrażenie – Kościół, zarówno ten hierarchiczny, jak i ten rozumiany szeroko, ponosi porażkę.

Pomińmy na moment dyskusję o sensowności protestów, o zgodności zarzutów formułowanych przeciwko projektowi ustawy z rzeczywistością, a także o ewentualnych szansach powodzenia tych protestów.

Nie ulega wątpliwości, iż ich skala jest duża. Nie ma sensu chować się za zasłonami dymnymi w stylu „nie są liczne, ale hałaśliwe i przez to widoczne”, choć pewnie w jakimś stopniu tak jest. Nadal jednak są liczne. Na tyle liczne, by można było bez cienia wątpliwości stwierdzić, iż biorą w nich udział osoby, które deklarują się jako wierzące.

Jasne, od dawna wiadomo, że teza, jakoby 95% Polaków stanowili katolicy, jest mitem, a nawet – pojęciowym nadużyciem. Na poziomie prostych deklaracji może się to sprawdzać, choć też trudno w to uwierzyć, ale nawet badania prowadzone przez Kościół pokazują na poziomie szczegółowym, że zaangażowanie w praktyki religijne, czy akceptowanie, ba! znajomość, podstawowych prawd wiary funkcjonują na znacznie niższym poziomie.

Wśród osób domagających się tzw. „prawa wyboru” są tacy, którzy chodzą do kościoła, jeśli nie w każdą niedzielę, to przynajmniej przy większych świętach, którzy sami siebie określają mianem wierzących, czy wręcz katolików. Ich liczna obecność to dowód na nieskuteczność kościelnego nauczania.

I ja tak sobie myślę, że to nie chodzi o to, by księża byli lepszymi mówcami, a Kościół jako instytucja miał lepszy PR. To nie chodzi nawet o lepszą katechezę, choć pewnie byłoby tu sporo do zrobienia, ani o bardziej efektywne przekazywanie nauczania moralnego. To chodzi o głoszenie kerygmatu i o prowadzenie do osobistego spotkania z Panem Bogiem.

Wierzę bowiem, że ktoś, kto ma doświadczenie osobistego spotkania z Panem Bogiem, ktoś, komu ów kerygmat zapisał się w sercu, nie będzie rozważał kwestii, czy można zabić człowieka, nie będzie domagał się prawa do zabijania, nie będzie też miał wątpliwości co do tego, że w łonie matki jest dziecko, a nie „coś, nie wiadomo co, ale nie dziecko i nie człowiek”.

Prawo to za mało

Jest dla mnie oczywistością, że nawet najbardziej radykalne zapisy prawne chroniące życie od poczęcia nie wystarczą. Nie wystarczy też dodanie do tego lepszej formacji duchowej.

Przeciwnicy Kościoła lubią powtarzać, że Kościół troszczy się o dzieci od poczęcia do narodzin, a potem już nie. To oczywiście jest nieprawda, ale mocno utrwalona w świadomości społecznej.

Kościół prowadzi domy samotnej matki, moc różnych działań dobroczynnych, poradni psychologicznych, ale i dzieł duszpasterskich. Być może nie dość skutecznie je pokazuje, ale to też można zrozumieć: chodzi w nich wszak o pomoc, a nie o rozgłos.

Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie. Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.

Mt 6, 1-4

Warto jednak, by takich działań pojawiało się jeszcze więcej, ale też – by rosła świadomość ich dostępności. Nie chodzi bowiem o szukanie poklasku, a o skuteczne dotarcie z informacją o nich do tych, którzy mogą ich potrzebować.

Tak naprawdę bowiem to nie sama groźba kary, ale świadomość, że nie zostaną z tym same, może powstrzymywać kobiety od decyzji o aborcji. Co nie znaczy, że nie należy zapisać kar w prawie.

Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Tato, przytul mnie

Następny tekst

Dzieci to nie szkółka dla początkujących księży