Home»Społeczeństwo»Koniec świata, wygrał X

Koniec świata, wygrał X

5
Shares
Pinterest Google+

Moją tablicę na Facebooku zalały wpisy moich znajomych pełne przerażenia, bo w odległej Ameryce wygrał niejaki Donald Trump. Wygrał to wygrał. I co z tego?

Ja oczywiście rozumiem, że każdy Polak jest politologiem specjalizującym się w rzeczywistości Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, a także w polityce międzynarodowej. Tak samo jak każdy Polak jest też ekspertem od polityki gospodarczej, makro i mikroekonomii, medycyny, wychowania dzieci oraz wszelakich, akurat popularnych, dyscyplin sportowych. I na każdy z tych tematów musi, inaczej się udusi, wyrazić swoją opinię, nawet jeśli nikt go o nią nie pytał. Tak mamy, przypadłość narodowa jakaś, skrzywienie czy coś.

Nieco poważniej mówiąc: rozumiem też, że USA to globalne mocarstwo, rządzi światem, a nawet wszechświatem, kosmosem całym i odległymi galaktykami, a złowrogie imperium z Gwiezdnych Wojen to przy USA tyle co nic. Imperator ze StarWars przy POTUSie to z kolei pikuś. A nawet – Pan Pikuś.

Prezydent USA nie jest władcą absolutnym. Nie jest wszechmocny nawet w ramach polityki krajowej, o międzynarodowej nawet nie wspominając. Musi, czy mu się to podoba, czy nie, użerać się z Kongresem, Senatem, poszczególnymi kongresmenami i senatorami, gubernatorami, sędziami, politykami lokalnymi, stanowymi i federalnymi, biznesmenami, prawnikami, prawem, zwyczajami, patrzącymi na ręce mediami i organizacjami pozarządowymi. Nie ma lekko. To naprawdę nie działa tak, że wybiorą kogoś i ów ktoś robi, co mu się żywnie podoba niczym cesarz Kaligula.

Poza tym, między innymi za sprawą tych ograniczeń, które jeden z naszych polityków określił kiedyś mianem imposybilizmu, ten sam polityk w kampanii wyborczej i po wygranych wyborach to z reguły dwie różne osoby. W kampanii mówi się różne rzeczy, jest się radykalnym, obiecuje się gruszki na wierzbie, atakuje się bezpardonowo oponentów. A potem przychodzą wyniki wyborów, obejmuje się władzę i okazuje się często, że góra urodziła mysz. Zresztą, nie od dziś wiadomo, że nikt nigdy nikomu nie da tyle, ile polityk obieca w czasie kampanii.

I wreszcie: tak, USA to jest wielkie państwo, niewątpliwie o ogromnej sile gospodarczej, politycznej i militarnej. Nie jest jednak tak, że rządzi światem. Ma spory wpływ, ale jest to, co samych Amerykanów chyba bardzo boli, wpływ o wiele mniejszy niż sami sądzą i niż my im przypisujemy. Troszkę to jest jak z tym Ickiem, który czytał antysemickie gazetki, bo – jak twierdził – fajnie pomyśleć, że ma taką władzę nad światem, jaką te gazetki przypisują Żydom.

Wpływ wyborów w USA na życie Twoje czy moje jest – eufemistycznie określając – znikomy. Prawdę mówiąc: nawet wpływ wyborów w Polsce na Twoje i moje życie jest mocno ograniczony. Serio. Czasem bywa brzydko, czasem głupio. Raz brzydziej, raz ładniej, raz głupiej, raz mądrzej.

Ale w gruncie rzeczy, gdyby się tak zastanowić: czy Twój codzienny dzień zmienił się znacząco przez to, że zmieniła się ekipa rządząca? Mój nie. Tak samo wstaję rano, szykuję dzieci do szkoły i przedszkola, jem śniadanie, pracuję, robię zakupy, rozmawiam z bliskimi.

Jasne, wkurzają mnie różne rzeczy, czasem niepokoją mnie wprowadzane zmiany, jedne mi się podobają, inne nie. Przed wyborami było tak samo. Niektóre pomysły władzy mi się podobały, inne, a była ich większość, nie.

Niezależnie od tego, kto rządzi, czy to w Polsce, czy w USA, czy w Mozambiku, tak samo śpię, budzę się, pracuję, jem, kicham, oddycham, załatwiam potrzeby fizjologiczne. I to nie jest kwestia tzw. emigracji wewnętrznej, jak lubią to nazywać socjologowie. To po prostu fakty. Świnie przy korycie się zmieniają, ale nie zmienia się to, że wciąż mamy koryto i wciąż są przy nim świnie.

Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Piwni święci

Następny tekst

Żyję chyba sobie sam na złość...