Home»Wiara»Rafy»Żyję chyba sobie sam na złość…

Żyję chyba sobie sam na złość…

0
Shares
Pinterest Google+

„Są dni, kiedy mówię dość, żyję chyba sobie sam na złość” – pamiętacie tę piosenkę? To wyjątkowo prawdziwe słowa. Często mam takie dni, gdy wydaje mi się, że żyję sobie sam na złość.

I niby nic się nie dzieje, ale trudno wszystko zwalić na przesilenie jesienno-zimowe. I niby wszystko jest w porządku, ale „jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca”…

U mnie to na ogół jest skorelowane ze sprawami wiary. W filmie „Niewinne” grana przez Agatę Buzek zakonnica mówi takie zdanie:

Wiara to 24 godziny zwątpienia i 1 minuta nadziei.

Nie mam powodów do narzekania. Wszystko jakoś się układa – bez szaleństw, ale i bez tragedii. Mam gdzie mieszkać, mam co jeść, mam dobrą, kochającą się rodzinę, zawodowo robię to, co naprawdę robić lubię, a i na realizację pasji udaje mi się znaleźć czas. Serio, grzeszyłbym, gdybym narzekał.

A jednak przychodzą takie właśnie momenty, gdy czuję, jakbym „żył sobie sam na złość”. Czuję się sam. Potrzebuję Go, ale nie czuję Jego obecności.

To są właśnie te momenty, gdy ciężko mi się modlić. Gdy mówię, ale wydaje mi się, że On nie słyszy, aż w końcu przestaję mówić; gdy boleśnie uświadamiam sobie, że moja modlitwa przestaje być rozmową, a staje się klepaniem; gdy z radosnego spotkania zmienia się w pobożny obowiązek. To te momenty, kiedy zaczynam myśleć: Co, jeśli się mylę? Co, jeśli to wszystko nie jest tak, jak mi się wydaje? Co, jeśli On jest jednak sędzią – księgowym, który spisuje wszystko w rubryczki i – jak uczono dzieci – „za dobro nagradza, a za zło karze”? Co, jeśli z tym miłosierdziem to jednak zagalopowaliśmy się, i to mocno?

Zaczyna się na ogół niewinnie. Od jakiegoś grzeszku. No, przecież nawet nie grzechu, no, drobinka taka, grzeszek, grzeszeczek, grzeszunio niemalże. Po nim pojawia się wyrzucik sumienia, bo przecież nawet nie wyrzut, taki cichutki wyrzucik, wyrzuteczek, wyrzuciuniunio. Takie malusie, maluteńkie nasionka, które kiełkują, kiełkują, rosną…

A potem pojawia się myśl, skądinąd wyjątkowo głupia, ale ona sobie ze swej głupoty nic nie robi i wwierca się w mózg: Nie jesteś godny. Nie jesteś godny, żeby się z Nim spotkać. Nie jesteś godny, żeby z Nim rozmawiać.

Ryszard Riedel śpiewał kiedyś:

Samotność to taka straszna trwoga,
Ogarnia mnie, przenika mnie.
Wiesz mamo, wyobraziłem sobie, że
Że nie ma Boga, nie ma nie! Nie ma Boga, nie.

Ale Ryszard Riedel mylił się.

Prawdziwa trwoga to wyobrazić sobie, że Bóg jest, że jest Absolutną Miłością i że się Go nigdy nie spotka, ale i nigdy o Nim nie zapomni. To jest prawdziwa samotność i to jest prawdziwa trwoga. Tak właśnie musi wyglądać piekło.

I może właśnie dlatego w chwili śmierci Chrystus krzyknął: „Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił”?

Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Koniec świata, wygrał X

Następny tekst

Liebster Blog Award