Home»Społeczeństwo»Poszedłem protestować. Przeciwko wszystkim

Poszedłem protestować. Przeciwko wszystkim

0
Shares
Pinterest Google+

Polityka mnie brzydzi. Widziałem ją na tyle blisko, by wiedzieć, że jest to błoto, które ubrudzi każdego, kto znajdzie się w jego zasięgu. Mimo to poszedłem na protest pod pałacem prezydenta i parlamentem.

Wielokrotnie z bardzo bliska obserwowałem ludzi, którzy z najszlachetniejszych pobudek angażowali się politycznie, ale prędzej czy później szli na najpierw drobne, a potem coraz bardziej brudne, kompromisy i targi. To nie jest polska specyfika – tak dzieje się zapewne pod każdą szerokością geograficzną.

Dlatego nie przekonuje mnie czarno-biała narracja, ani ta o dobrym PiS, złej PO i reszcie opozycji, ani ta o dobrej opozycji i złym PiS. Nie kupuję tego, bo w polityce nic nie jest czarno-białe, raczej wszystko jest mniej lub bardziej kloaczne. To jest wielki teatr, łączący w sobie cechy tragedii i cyrku, w którym każdy spektakl odgrywany jest przez aktorów taplających się w szambie.

Z moich dziennikarskich czasów pamiętam dwóch bardzo znanych posłów. Najpierw na mównicę wchodził jeden i walił w tego drugiego. Potem zamieniali się miejscami. A kiedy kończyło się posiedzenie, spokojnie wracali jednym samochodem do rodzinnego miasta, bo akurat pochodzili z tego samego. Wracali i normalnie rozmawiali.

Tak, to dowodzi, że ich występy na mównicy były spektaklem. Dziś nie ma tego elementu teatralności. Dziś walą na siebie z mównicy, a poza nią nie mówią sobie nawet dzień dobry. Można by uznać, że to lepiej, bo nie ma udawania, ale to nieprawda. Ci dwaj posłowie z mojej opowieści naprawdę absolutnie nie zgadzali się ze sobą, ale umieli przy wszystkich różnicach, a nawet przy pewnej wrogości, zobaczyć w sobie nawzajem człowieka. Poza tym – spór sporem, ale czasem trzeba usiąść i porozmawiać ponad partyjnymi podziałami.

Przede wszystkim jednak ów spór, który jest wpisany w istotę demokracji, nawet jeśli ma czasem charakter teatralny, utrzymywany był w ryzach wyznaczanych przez prawo i obyczaj. Dziś ani prawo, ani dobry obyczaj nie stanowią już granicy. I to był jeden z powodów, który wyciągnął mnie w mroźną sobotę z domu.

Drugim powodem był to, że brakowi hamulców towarzyszy, co widziałem na zdjęciach i filmach, radocha jednej ze stron sporu. Roześmiana twarz prezesa Kaczyńskiego opuszczającego w nocy samochodem teren sejmu po tym, gdy z akolitami podeptał nie tylko prawo, ale i obyczaje, to obrazek, który warto zapamiętać na długo, podobnie jak cyniczny uśmiech posła Suskiego, gdy nagrano go podczas prób politycznego korumpowania posłów jednego z klubów parlamentarnych.

Ale to nie jest takie proste. Nie jest czarno-białe. Znów: jest raczej kloaczno-kloaczne.

Poszedłem na ten protest pod pałac prezydencki, a potem pod sejm. Kiedy znalazłem się na miejscu, odezwała się natura – zamiast iść w tłumie i skandować wolałem iść przed nim, obok niego, za nim i obserwować, słuchać, fotografować. Dziennikarz z człowieka, jak widać, tak łatwo nie wyjdzie.

Zapamiętam spod sejmu obrazek, który mnie osobiście wgniótł w podłogę bardziej niż głupoty wygadywany przez lidera Komitetu Obrony Demokracji: Oto na zaimprowizowanej scenie zobaczyłem Włodzimierza Czarzastego, tak, właśnie tego, tego samego, którego poznaliśmy przy okazji tak zwanej afery Rywina, kiedy to jako członek tzw. grupy trzymającej władzę miał wysyłać producenta filmowego do medialnego koncernu z żądaniem łapówki, tego postkomunistycznego aparatczyka. Czarzasty stał na tej scenie i śpiewał „Mury” Jacka Kaczmarskiego z ręką uniesioną w geście „V”. I to nikomu, nikomu tam nie przeszkadzało.

Jestem wyczulony zawsze na to, jak ludzie odnoszą się do policji. I tu muszę odnotować z radością, że ludzie odnosili się do policjantów z życzliwością, sympatią i zrozumieniem. Moją uwagę zwróciło wyposażenie funkcjonariuszy. Gdy tłum stał pod pałacem prezydenckim, obszedłem uważnie całą okolicę. Nie widziałem policjantów w typowym rynsztunku do zabezpieczania manifestacji, wypatrzyłem jeden, słownie: jeden, opancerzony wóz z armatką wodną. Takie przygotowanie pokazuje, że i policyjni decydenci mieli świadomość, że to nie jest okazja, przy której należy obawiać się rzucania kostką brukową, czy innych form agresji.

Z tych protestów nic nie wynika i nic nie wyniknie, bo nic wyniknąć nie może.

PiS władzy nie straci, bo raz, że, czy to się komuś podoba, czy nie, ma do niej demokratyczny mandat. Kaczyński wygrał wybory. Poza tym nie ma dla niego alternatywy. Opozycja wciąż nie odrobiła swojej pracy domowej i nadal nie ustaliła, dlaczego przegrała wybory. Przez to wciąż popełnia błędy, które do tej klęski ją doprowadziły. W dodatku, nawet gdyby tę refleksję politycy opozycji przeprowadzili i postanowili radykalnie się zmienić, to powstanie problem, którego nie przeskoczą: Ta zmiana będzie całkowicie niewiarygodna.

Obecnej władzy nie odsuną ci, którzy na jej rzecz władzę utracili. Może to zrobić ktoś nowy, kto przekona ludzi, że jest inny. Nikogo takiego jednak na horyzoncie nie widać.

Wielu liczyło, iż tym kimś może być lider KOD, Mateusz Kijowski. Problem w tym, że nie ma on wiedzy, doświadczenia, intuicji oraz – co gorsze – rozumu i mądrości. Popełnia błąd za błędem, gafę za gafą, otacza się przedziwnymi ludźmi. Poza tym doskonale zbratał się z tymi, którzy stają obok niego na scenie. Inni liczyli, że taką postacią może być Ryszard Petru. On przynajmniej ma w partii kilka sensownych osób. Ale sam liderem protestu i ludowym trybunem nie ma szans zostać. Rola bohatera internetowych memów to jego główne osiągnięcie. Takim świeżakiem i trybunem miał być Paweł Kukiz, ale ten to dopiero zebrał dziwną hałastrę wokół siebie, a po wyborach uwikłał się jako sprzymierzeniec obecnej władzy. Niektórzy liczą na powrót Donalda Tuska na białym koniu. Tusk niewątpliwie jest zwierzęciem politycznym, ale jednocześnie jest symbolem tego wszystkiego, co doprowadziło do upadku poprzedniej ekipy.

Warto przypomnieć sobie, co doprowadziło do upadku PiS, gdy rządził poprzednio. Stał się wtedy synonimem obciachu. Podsumowaniem tego była sławetna akcja „Zabierz babci dowód”. To młodzi ludzie zmietli wówczas PiS ze sceny i wynieśli do władzy PO. Tyle że potem to sama Platforma stała się obciachowa. I przegrała. I nie przestała być obciachem. I nie przestanie.

Obserwuję to wszystko i rośnie we mnie frustracja. Gniew. Złość. Wkurwienie. Zmieniają się polityczne szyldy, ale poza nimi nie zmienia się nic. Jedni drugich przeganiają od koryta, po to, żeby sami mogli do niego się dopchać i robić to samo, co poprzednicy. I taki korowód będzie toczył się nieustannie tak długo, dopóki nie uświadomimy politykom, że to oni są dla nas, a nie my dla nich, że ich rolą jest służyć nam, ich wyborcom.

Dlatego, wybaczcie, proszę, dosadność, wszystkim bez wyjątku uczestnikom politycznego sporu chciałbym zadedykować słowa ich parlamentarnego kolegi, Pawła Kukiza, który zapewne wtedy, gdy je pisał, nie sądził, że tak szybko będą dotyczyły również jego samego:

„Jak ja Was, kurwy, nienawidzę!
Jak ja się, kurwy, za Was wstydzę!”

(Visited 198 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

W oczekiwaniu na Reytana

Następny tekst

Rodzina kosztem zaufania