Home»Życie»Rytm klasztorny, rytm rodzinny

Rytm klasztorny, rytm rodzinny

0
Shares
Pinterest Google+

Jest godzina szósta rano. Na korytarzu rozlega się dźwięk dzwonków. To jeden z braci krąży, budząc pozostałych. Otwieram niechętnie oczy, za oknem jest jeszcze ciemno.

Mógłbym pospać, bo jestem tu gościem i dyscyplina mnie nie obowiązuje, ale przyjeżdżając założyłem, że chcę wejść w tutejszy rytm dnia. Wstaję więc z łóżka i szybko się szykuję. Za oknem zaczyna się przejaśniać.

Z tym porannym wstawaniem nie tylko ja, jak się okazało, mam problem. Jeden z ojców zdradził mi, że, choć oczywiście codziennie wstaje o szóstej jak wszyscy, to tak naprawdę pełną sprawność umysłową osiąga o dziewiątej. :)

O godzinie 6:25 na korytarzu znów słychać dzwonki. To ten sam brat krąży zwołując współbraci do kaplicy. Zbieram się więc czym prędzej, bo przecież jako gościowi tym bardziej nie wypada mi się spóźniać. Idę, obserwując po drodze ojców i braci, którzy z różnych stron budynku schodzą się ubrani w swoje brązowe habity.

Wszyscy sprawnie zajmują swoje wyznaczone na stałe miejsca w kaplicy. Ja zajmuję sobie wolne miejsce w ostatniej ławce. Za oknem zrobiło się jasno i nawet wyjrzało słońce. Zaczyna się jutrznia – msza święta połączona z odmawianiem porannej części brewiarza na dany dzień. Mszę koncelebrują prawie wszyscy ojcowie. Klerycy i bracia uczestniczą w modlitwie. Niesamowite jest to, że choć w kaplicy jest wielu facetów, z których każdy ma inne, pewnie niektórzy niewielkie, możliwości wokalne, to ich śpiew jest piękny, spójny i czysty. No, i dobrym doświadczeniem jest zacząć dzień od przyjęcia Komunii Świętej.

Gdy kończy się jutrznia, wszyscy szybko przemieszczają się do refektarza na śniadanie, które zaczyna się punktualnie o 7:30. Posiłek rzecz jasna poprzedza modlitwa. Przyznaję, jedzenie jest wyśmienite. Lepiej jednak nie rozgadywać się przy stole, bo w pewnym momencie rozlega się dzwonek – sygnał, że posiłek dobiegł końca. Wszyscy wstają, modlą się, dziękując za posiłek.

Zbliża się godzina ósma. Bracia, głównie klerycy, spieszą się do sal wykładowych, ojcowie – do swoich zajęć. Jedni prowadzą wykłady, pozostali mają inne obowiązki. Niektórzy zdążą jeszcze zrobić sobie na drogę kawę w wypasionym ekspresie, który stoi w refektarzu. Ja nie idę na wykłady, więc odczekuję i spokojnie robię kawę jako ostatni. Jest przepyszna. Zabieram ją do pokoju.

Teraz mam czas, by poczytać, popracować. Za oknem ładna pogoda. Ubieram się więc i wychodzę na spacer. Zejście z góry nie sprawia problemu, ale powrót… Kiepsko z moją kondycją, zasapałem się. Wyżej, jeszcze nad budynkiem seminarium, jest sanktuarium. Sapiąc niemiłosiernie, docieram do celu. Jest tak pięknie, że oglądam wszystko powoli, sycąc oczy.

Ze spaceru wracam do swojego pokoiku. Jest w nim proste łóżko, szafa, biurko, lampka, dwa krzesła i łazienka. Znów czytam i pracuję.

O godzinie 12:25 znów na korytarzu rozlegają się dzwonki. Szykuję się szybko i wychodzę z pokoju. Bracia i ojcowie też pospiesznie schodzą się do kaplicy na południowe modlitwy brewiarzowe. Tym razem nie ma śpiewów, ale jest coś na kształt melorecytacji. Jej spokojny, jednostajny rytm działa wyciszająco i kojąco.

Około godziny 13. wszyscy są już w refektarzu. Krótka modlitwa, a po niej obiad. Panie, które prowadzą tu kuchnię, znają się na rzeczy. Dwudaniowy obiad z kompotem jest przepyszny. Znów dzwonek sygnalizuje koniec posiłku. Modlitwa. Klerycy i wykładowcy wracają do sal wykładowych, pozostali ojcowie i bracia – do swoich zajęć. Ja rozpustnie parzę sobie drugą dziś filiżankę wyśmienitej kawy i wracam do swojego pokoju. Czytam, piszę.

Tak mija czas do godziny 17:30, gdy znów dźwięk dzwonków ściąga wszystkich do kaplicy. Najpierw jest czas na tzw. rozważania. Każdy samodzielnie poświęca czas w ławce na lekturę wybranego przez siebie samodzielnie fragmentu Pisma Świętego albo innej książki religijnej oraz rozmyślanie o tym, co przeczyta. W pewnym momencie jeden z ojców daje znak i rozpoczynają się nieszpory, czyli wieczorna część modlitwy brewiarzowej.

Po nieszporach znów szybko wszyscy przechodzą do refektarza. Kolacja, jak inne posiłki, zaczyna i kończy się wspólną modlitwą. Przy kolacji też lepiej się nie rozgadać, bo dzwonek sygnalizuje koniec posiłku. Kolacja to nie tylko pyszny chleb i kanapki, które można sobie z niego robić, ale i zawsze coś na ciepło. A dziś, choć to jeszcze nie tłusty czwartek, dodatkowo deser – pieczone na miejscu pączki. Po kolacji, czyli przed 19., robię sobie herbatę i wracam do pokoju.

Ojcowie i bracia mają teraz czas na wypoczynek, choć nie wszyscy, bo niektórzy spotykają się na konferencji głoszonej przez ojca, który odwiedził seminarium. Ale to dla chętnych. Wyglądam za okno. Od dawna jest ciemno, ale z mojego okna pięknie wygląda podświetlony zegar na wieży sanktuarium.

O godzinie 20:30 nie ma dzwonków. Ojcowie i bracia schodzą się znów do kaplicy. Przyszedł czas na adorację Najświętszego Sakramentu, która trwa do godziny 21:00, choć niektórzy wychodzą wcześniej, jeśli mają taką chęć czy potrzebę. Ja idę zrobić sobie na noc herbatę. Furta jest już zamknięta, więc wieczorny spacer nie wchodzi w grę, bo nie miałby kto mnie wpuścić z powrotem.

Do godziny 22:00 klasztor powoli cichnie. Na korytarzach gasną światła. Stopniowo gasną też światła w oknach pokoi, w których mieszkają bracia i ojcowie. Skoro o szóstej znów rozlegną się dzwonki na pobudkę, to lepiej położyć się wcześnie spać.

Przyznam, że, kiedy tu jechałem, obawiałem się trochę tego klasztornego porządku dnia. Na miejscu okazało się, że doskonale odnajduję się w tym rytmie. Aż żałuję nawet, że nie da się tego porządku pogodzić z rodzinną codziennością, do której wracam. W domu nie da się żyć w tak uporządkowany sposób, w takim spokoju i w takiej ciszy. Ten rozgardiasz też ma swój urok, zupełnie odmienny. I trochę mi go tu nawet brakuje: ganiających się kotów, bawiących się hałaśliwie dzieci, wielkiego psa, o którego można się potknąć, no i – ostatni będą pierwszymi – Żony, której się pomaga, z którą się rozmawia. Ta cisza, ten ład i ten spokój to doskonała odskocznia, ale po niej chce się jednak wrócić do rodzinnej normalności. No, chyba że dałoby się to wszystko jakoś połączyć… Ale ja tego nie widzę. :)

(Visited 333 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Diabeł przychodzi we wzorku na bieliźnie

Następny tekst

Spotkanie z Panem Jezusem na 5 sposobów