Home»Wiara»Spotkanie z Panem Jezusem na 5 sposobów

Spotkanie z Panem Jezusem na 5 sposobów

2
Shares
Pinterest Google+

Zarówno mój organizm jak i moja psychika domagały się od dłuższego czasu chwili wytchnienia. Gościnni ojcowie bernardyni zgodzili się przyjąć mnie na kilka dni w swoim seminarium duchownym w Kalwarii Zebrzydowskiej, bym mógł pobyć z nimi, czy może obok nich i trochę odpocząć. Ale ten tekst nie ma być okazją do chwalenia się wypoczynkiem.

Jechałem tu bardzo stęskniony za Panem Jezusem. Długo nie byłem u spowiedzi, a przez to – również u Komunii Świętej. Mówiąc szczerze, zaniedbałem się duchowo. Tak, wiem, tu blog religijny, a tu zaniedbanie duchowe – źle to brzmi. Do końca też obawiałem się, że z tego wyjazdu nic nie wyjdzie, że coś wypadnie w ostatniej chwili i będzie trzeba odwołać. Na szczęście udało się: w poniedziałkowy poranek wsiadłem w pociąg, pojechałem do Krakowa, w Krakowie od razu złapałem busik i dojechałem do Kalwarii.

Spotkanie pierwsze

Najpierw spotkałem więc Pana Jezusa w ludziach. W ich gościnności. W tym, że w ogóle mnie tu przyjęli, że po mnie wyjechali, bym nie musiał drałować z bagażem, że odłożyli dla mnie obiad, w takich prostych gestach.

W jakimś sensie moja obecność zapewne zaburzyła normalne funkcjonowanie. Pewnie ojcowie i bracia przyzwyczajeni są do bycia we własnym gronie, gdy wszyscy się znają, mają swoje zwyczaje, a tu nagle pojawia się ktoś zupełnie obcy, w dodatku nie jestem ani zakonnikiem, ani nawet kandydatem do zakonu. Niektórzy taktownie udali, że wszystko jest po staremu, niektórzy byli zainteresowani, wszyscy jednak potraktowali mnie życzliwie i serdecznie. Najserdeczniej ojciec, który mnie zaprosił.

Dotarło do mnie, że rzadko dotychczas myślałem o spotkaniu z Panem Jezusem w tym kontekście, choć przecież wiem, że spotykamy Go właśnie w ludziach, którzy pojawiają się na naszej drodze. Niby wiem, niby czytałem, niby pamiętam, a mimo to umykało mi to.

Spotkanie z Panem Jezusem to nie musi być wielkie przeżycie mistyczne i objawienia. Pan Jezus pojawia się właśnie bardzo konkretnie, bardzo przyziemnie, można by rzec, bo w drugim człowieku.

Spotkanie drugie

Potem spotkałem Pana Jezusa w konfesjonale. Nie wiem, czy macie podobnie, ale ja tak już mam, że, kiedy narozrabiam, to potem ciężko mi jest przyjść do Niego, bo mi wstyd. Niestety, im bardziej unikam przyjścia do Niego, tym bardziej rozrabiam, tym bardziej jest mi więc wstyd, tym bardziej unikam… i robi się pętla. Tym, co pozwala mi z tej pętli się wydostać, jest tęsknota. Tęsknota za możliwością przyjęcia Pana Jezusa robi się już tak silna, że pomaga przyjść mimo wstydu.

Mam też tak, że niezwykle poważnie podchodzę do spowiedzi. Wiem, no, tak się powinno. Ale to bywa dla mnie źródłem kłopotu. Jak wiadomo, warunkiem dobrej i godnej spowiedzi, jest szczery żal za grzechy oraz szczera wola poprawy. No, i tu zaczynają się schody… Ja mam prawie zawsze problem z uznaniem swojego żalu i woli poprawy za wystarczające. Wydaje mi się wciąż, że powinienem bardziej żałować, a tu na przykład przypomni mi się moment grzechu, który, no, co tu kryć, był przecież na swój pokrętny sposób przyjemny. Nie umiem ocenić, czy moja wola poprawy jest wystarczająco silna, zwłaszcza że odzywają się od razu obawy: „A jeśli się nie uda?”. Czy to wola poprawy nie dość silna, czy wiary we własne siły za mało, czy ufności w to, że własnych sił mało, ale Pan Bóg pomoże?

A jednak spotkałem Pana Jezusa w konfesjonale. Z mądrym księdzem, z mądrym pouczeniem, które mi pomogło i z pokutą, o której od razu czułem, że jest dobrana do tego, o czym mówiłem w spowiedzi.

Spotkanie trzecie

Potem zaś spotkałem Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie, gdy razem z ojcami i braćmi poszedłem na Adorację. Przyznam tak mimochodem, że mam taką koncepcję, iż powinien być jakiś taki kościelny przepis, który zobowiązywałby wszystkich proboszczów do zorganizowania wiernym w kościołach ciągłego nieograniczonego dostępu do Adoracji Najświętszego Sakramentu.

Uwielbiam adorację w ciszy. Nie przepadam za to za nabożeństwami połączonymi ze wspólnymi śpiewami i modłami. Lubię takie spotkanie w ciszy, bo jest niezwykle intymne. Nawet jeśli obok klęczy wiele osób, to cisza sprawia, że to jest wyjątkowe przeżycie.

Wiadomo, najpierw jest gonitwa myśli, jeszcze tych wszystkich, z którymi się przyszło, codziennych. Stopniowo one wygasają. Zaczyna się rozmowa w myślach. Właściwie: monolog w myślach. Jest tyle rzeczy, o których chcę Mu opowiedzieć. Tyle spraw, za które chcę przeprosić, podziękować i o które poprosić. Najpierw więc gadam w myślach jak najęty.

Potem przychodzi moment, w którym pojawiają się najróżniejsze rozproszenia. Myśli krążą w najróżniejszych kierunkach, często zupełnie niezwiązanych z modlitwą. Pojawia się pokusa, by wstać i wyjść, no, bo przecież już najwyraźniej powiedziałem wszystko, skoro się rozpraszam.

Gdy przetrwam ten moment, na chwilę wracam do myślowej paplaniny, by z czasem wyciszyć się. I wtedy mogę po prostu klęczeć i patrzeć z miłością. To jest ten moment, który lubię najbardziej. Już nie paplam, już nie martwię się sprawami codziennymi. Po prostu patrzę.

Tego dnia – przyznaję – było mi wyjątkowo trudno skupić się. Byłem niecierpliwy, bo wiedziałem, że przede mną jeszcze:

Spotkanie czwarte

Gdy bowiem skończyła się wieczorna adoracja Najświętszego Sakramentu, zostaliśmy w kaplicy sami z ojcem, który mnie zaprosił. No, nie sami, bo przecież jest Pan Jezus, ale wiadomo, to taki skrót myślowy. Ojciec odprawił Mszę Świętą, dzięki czemu po spowiedzi mogłem od razu przystąpić do Komunii Świętej, i to w dodatku pod dwiema postaciami.

Tęskniłem za tym. Bardzo. Gdyby nie ta tęsknota, zapewne nadal taplałbym się w grzesznym błotku, bo nie umiałbym się zmobilizować, by próbować się podnieść.

Za każdym razem, gdy udaje mi się znów zmobilizować, pojednać z Panem Bogiem i mogę przystąpić do Komunii Świętej, uświadamiam sobie, jak wielką wartością jest to, że mogę to zrobić.

Myślę wtedy o tych, którzy takiej możliwości nie mają. Próbuję sobie wyobrazić, jak trudne musi być ich życie ze świadomością, że nie ma przed nimi takiej perspektywy. Nie chcę tu mieszać się w spory doktrynalne, bo nie czuję się wystarczająco kompetentny. Mam tylko nadzieję, że Pan Bóg, który jest przecież dobry i miłosierny, znajdzie sposób, by dać tym ludziom nadzieję. Bez nadziei trudno podnosić się z grzechu.

Spotkanie piąte

Kaplica jest tu zbudowana tak, że jej półokrągłe ściany są z trzech stron wystawione na działanie wiatru. Gdy siedzi się w środku, słychać szaleńczy hałas za oknem. Wiatr huczy i świszczy, dudni, uderza w okna i ściany. Nawet jeśli realnie nie jest przesadnie mocny, to tu, ze środka, wydaje się, jakby cały świat wściekle atakował kaplicę i napierał na nią.

W środku zaś panuje spokój. Ojcowie i bracia klęczą, każdy na swoim na stałe wyznaczonym miejscu. Wiedzą, gdzie i po co są. I jakby na przekór tej nawałnicy za oknem spokojnie modlą się. Ich modlitwa ma formę melorecytacji, swój specyficzny, charakterystyczny rytm i zaśpiew. Z pozoru monotonny, ale tak naprawdę – kojący.

Dla mnie, kogoś z zewnątrz, nieprzyzwyczajonego do tego szaleństwa natury za oknami, ten kontrast to doświadczenie niezwykłe, niemal mistyczne. Tam nawałnica, tu – spokój i skupienie. Trochę jak obietnica: „skup się na Mnie, a będzie dobrze.” Przypomniał mi się od razu święty Piotr idący po wodzie tak długo, jak długo skupiał się na Panu Jezusie, do którego szedł i wpadający w toń, gdy tylko zajął się otaczającym go światem.

W klasztornym rytmie życia też można spotkać Pana Jezusa. Aż żałuję, że nie da się tego porządku pogodzić z rodzinną codziennością.

Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Rytm klasztorny, rytm rodzinny

Następny tekst

II Tajemnica Światła - Objawienie się Pana Jezusa w Kanie Galilejskiej