Home»Wiara»Lekcja z grzechu

Lekcja z grzechu

0
Shares
Pinterest Google+

Są grzechy, które wracają do mnie notorycznie, czy też – by być uczciwym wobec siebie – do których ja wracam. Paradoksalnie, to one najwięcej uczą mnie o Panu Bogu i o mnie samym.

Nie, nie napiszę tu, o jakie grzechy chodzi, wszak jesteśmy na blogu, a nie – w konfesjonale. Nie o tani ekshibicjonizm chodzi. Jeśli liczyłeś czy liczyłaś więc na publiczną spowiedź i jakieś ujawnione tu brudy, to spokojnie możesz przestać czytać.

Te grzechy wracają do mnie mimo walki, którą z nimi toczę, raz bardziej skutecznej, raz zupełnie skuteczności pozbawionej. Wracają tak często i tak mocno, że od jednego ze spowiedników usłyszałem, iż są one de facto formą uzależnienia, która wyklucza dobrowolność. Przyjęcie tej tezy oznaczałoby, iż nie mieszczą się one w kategorii grzechu ciężkiego. Ten zaś musi wszak nie tylko dotyczyć materii ciężkiej, ale też być popełniony świadomie i w sposób wolny. Ja jednak, mimo sugestii owego spowiednika, nie tylko nadal uporczywie z tymi grzechami walczę, ale też konsekwentnie mówię o nich w sakramencie pojednania, nieustannie też prosząc Pana Boga o pomoc w walce z nimi.

Ostatnio miałem taki czas, że szło mi lepiej. Byłem z siebie bardzo dumny. Nigdy wcześniej nie udało mi się wytrwać tak długo. I wtedy przyszedł TEN moment: pękłem. Mówiąc po kościółkowemu: upadłem. Mówiąc wprost: znów zgrzeszyłem. Znów to samo. Byłem wściekły. Na siebie, na wszystko. Czułem się z tym okropnie. Znów przegrałem.

Znów też wpadłem w ten swoisty „ciąg”, w którym do jednego grzechu dochodzą kolejne. Coraz trudniej przychodziło mi się modlić, bo modlitwa to spotkanie z Panem Bogiem, a ja wstydziłem się z Nim rozmawiać, bo przecież miałem w głowie to, że znów mi nie wyszło i znów Go zawiodłem.

Postanowiłem pójść czym prędzej do spowiedzi, oddać to Panu Jezusowi i „oczyścić się”. Tak się złożyło, że wybierałem się na uroczystą mszę, bardzo zależało mi, by przystąpić wtedy do Komunii Świętej, ale nie udało mi się – kolejka do konfesjonału okazała się zbyt długa. Wróciłem do domu, ale sytuacja tak mnie męczyła, że ubrałem się i wybrałem do swojego kościoła parafialnego. Zajrzałem dyskretnie do konfesjonału i okazało się, że siedzi w nim ksiądz, którego od dawna konsekwentnie omijam ze względu na wcześniejsze bardzo negatywne doświadczenia z nim jako spowiednikiem. Już pojawiła mi się w głowie myśl, że „nie jest mi najwyraźniej pisane”, ale wpadłem jeszcze na inny pomysł. Zapukałem zatem przed mszą do zakrystii, spotkałem tam nieznanego mi księdza, jak się okazało – odwiedzającego parafię rekolekcjonistę, i poprosiłem go o spowiedź. Okazał się być doskonałym spowiednikiem.

Wróciłem do domu, wzmocniony sakramentem pojednania i Eucharystią. Czułem ulgę, jakby mi kamień spadł z serca, ale też nowy zapał do walki. „Teraz się uda” – myślałem. Myliłem się. Bardzo. Wystarczyły 3 dni. Zaledwie 3 dni! Marnie mi poszło… Ten tekst zrodził się z myślenia o tym.

Szło mi tak dobrze, wytrzymałem najdłużej do tej pory i padłem. Wydawało mi się, że spowiedź nie jest mi pisana, nie udało mi się pójść do niej, gdy chciałem. A to, tak sobie przynajmniej myślę, Pan Bóg prowadził mnie po prostu do właściwego spowiednika. Właściwego, bo, choć znów nie wyszło, to uświadomił, czy może przypomniał mi, ważne kwestie.

Prowadził mnie więc Pan Bóg, żeby mi w tej spowiedzi powiedzieć, że mnie kocha, również wtedy, gdy mi nie wychodzi. Ba! Zwłaszcza wtedy. Czekał na mnie w tej spowiedzi, żeby znów mnie podnieść i powiedzieć: „kocham cię, wierzę w ciebie, bardziej niż ty we Mnie”; żeby znów dodać mi siły i otuchy.

A ja wyszedłem i zaraz wróciłem w utarte koleiny grzechu. Nadal nie zrozumiałem wówczas innej lekcji: Zawsze będę upadał, bo jestem słaby. Wiara, że, hop siup i już więcej nie będę, to tak naprawdę przejaw mojej pychy. Choć będę starał się tego unikać, to będę grzeszyć, bo jestem grzesznikiem. A On będzie mnie kochał, a On będzie mnie podnosił, dodawał siły i otuchy. I będzie mi wybaczał.

I nie, to nie chodzi o tzw. zuchwałe grzeszenie, czyli z przekonaniem, że „hulaj, dusza”, bo Pan Bóg i tak odpuści. Taka postawa jest wtedy, gdy człowiek nie chce walczyć, odpuszcza sobie. Ja nie chcę sobie odpuszczać. Ja jedynie mam świadomość własnej słabości, ale jednocześnie – głęboką wiarę, że On jest dobry.

Więcej: każdy grzech, nie tylko te, które popełniłem, ale też te, które dopiero popełnię, już został odkupiony. To za każdy z nich Pan Jezus umarł na krzyżu, ale też pokonał je, zmartwychwstając. To nie daje mi prawa do grzeszenia, to obliguje do tego, by z moimi grzechami walczyć. Ale daje też poczucie bezpieczeństwa, takie, jakie ma ktoś, kto czuje się bezwarunkowo kochany. I to jest ta najbardziej niezwykła lekcja.

Nie chcę oczywiście przez to powiedzieć, że Pan Bóg zsyła na mnie grzechy, żeby pokazać mi swoją miłość, bo to oczywiście byłaby teza absurdalna. Chcę natomiast podkreślić, że nawet moje grzechy, moje – bo to ja je popełniam i to moje złe decyzje, dla Pana Boga stanowią okazję, by z tego zła wyprowadzić coś dobrego.

Przecież rodzic, gdy jego dziecko upadnie, szczególnie mocno w tym momencie okazuje mu swoją czułość, pomagając wstać, przytulając i pocieszając. Normalny rodzic nie wykorzystuje tej okazji do mówienia: „a nie mówiłem” i czynienia dziecku wyrzutów, bo widzi, że to chwila smutku i płaczu. Co nie znaczy, że potem, gdy już przestanie boleć, nie zwróci uwagi.

Być może jeszcze długo będę funkcjonował jak na łyżwach – co wstanę, to wyląduję z powrotem na tyłku. Nauczyłem się jednak, że sam nie wstanę – potrzebuję spotkać Pana Jezusa, by podał mi rękę i pomógł się podnieść.

ilustracja: Giovanni Francesco Barbieri, znany jako Guercino, La donna adultera, źródło: Wikimedia Commons
Nie krępuj się. Komentuj. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

III Tajemnica światła - Głoszenie Królestwa Bożego

Następny tekst

Wielki Piątek to nadzieja

No Comment

Leave a reply