Home»Społeczeństwo»Psalm żony niezłomnej w wierze

Psalm żony niezłomnej w wierze

0
Shares
Pinterest Google+

Przez internet przelała się kolejna fala rechotu. Anna Kamińska, zdradzona żona byłego już posła Prawa i Sprawiedliwości Mariusza Kamińskiego (ale nie tego od CBA) wygłosiła napisany przez siebie „Psalm żony niezłomnej w wierze”. Mnie ten masowy rechot zabolał.

Rozumiałem śmiech, gdy Anna Kamińska, sama będąca działaczką PiS, czyli partii rządzącej, oświadczyła publicznie, że powinno się uchwalić prawo, które zabraniałoby pełnienia mandatu poselskiego rozwodnikom i kawalerom, z wyjątkiem oczywiście Jarosława Kaczyńskiego, bo on w jej opinii jest mężem stanu, a do tego – najprzystojniejszym mężczyzną w polskim parlamencie. Wiarołomni mężowie mieliby być stawiani przed Trybunałem Stanu. (Nie mam pojęcia, czy dotyczy to również wiarołomnych żon, a przecież takowe też w parlamencie zasiadają.) Pomysł w oczywisty sposób idiotyczny, zgłoszony publicznie, w dodatku z pełną powagą – trudno dziwić się, że nie tylko nie został potraktowany poważnie (na szczęście), ale też wzbudził sporą wesołość.

Tu jednak sytuacja wygląda inaczej. Przeczytajcie tekst udostępniony przez Annę Kamińską na Facebooku:

Nie mam pojęcia, jak wyglądało małżeństwo państwa Kamińskich. Nie wiem, jak doszło do tego, że poseł zdradził żonę ze swoją klubową koleżanką. Nie mam też pojęcia, jak doszło i na jakich warunkach do rozwodu cywilnego między nimi. Nie wiem i nie ma powodu, bym to wiedział.

Ewidentnie jednak pani Anna przeżywa bardzo silne emocje związane z rozpadem jej małżeństwa oraz zdradą męża. Próbuje sobie z nimi jakoś poradzić.

Ileś osób jednak wykazało się – mam wrażenie – wyrządziło jej w tym procesie krzywdę. Ktoś bowiem pozwolił jej stanąć przy ołtarzu i wygłosić ten tekst. Ktoś to nagrał i przekazał mediom. Ktoś to wyemitował. Nie po to, by jej pomóc, ale – jak to się teraz mówi – „dla beki”. Ludzie mają ubaw z cierpienia zranionej kobiety. Śmiech z cudzego cierpienia budzi we mnie opór.

Jeśli nawet uznamy, że mamy do czynienia z jakąś formą szaleństwa, a byłbym ostrożny w formułowaniu tego rodzaju ocen, to w tym szaleństwie są elementy, na które warto zwrócić uwagę.

Ten tekst, choć wywołuje taką radochę wśród internautów, jest zapisem cierpienia. Opisuje prostymi słowami emocje – upokorzenie, ból, tęsknotę, zawiedzione zaufanie. Tak sobie myślę, że warto mieć to w pamięci. Może będzie mniej zdrad? Hm?

Moją uwagę przykuło to, że pani Anna, wzywając swego męża, bo przecież w rozumieniu wspólnoty Kościoła oni nadal są małżeństwem, równocześnie zaklina go, by nie powtórzył zła, które już raz uczynił. Niezależnie od tego, czy to jest wykonalne, czy nie, apeluje, by ewentualny powrót do domu i prawowitej żony nie oznaczał skrzywdzenia kobiety, z którą poseł się związał i ich wspólnego dziecka. Spróbujmy sobie wyobrazić, jak trudne, bolesne i upokarzające dla siebie rozwiązanie proponuje pani Anna. Jeśli więc nawet mamy do czynienia, jak twierdzą niektórzy, z szaleństwem, to w tym szaleństwie jest kompas moralny.

Gdyby się zastanowić, to apel, który wywołał taki powszechny rechot społeczeństwa określającego się w większości jako katolickie, jest dokładnie tym, czego katolicka wiara od człowieka wymaga. Podkreśla nierozerwalność węzła małżeńskiego, stanowi wezwanie do opamiętania, jest szukaniem takiego rozwiązania poplątanej i bolesnej sytuacji, by uratować małżeństwo, zawiera niezwykle ważny element wybaczenia. Mamy tu właściwie wszystko to, czego przecież należałoby oczekiwać od szczerze wierzącej osoby, która znalazła się w takiej sytuacji. To domniemane szaleństwo obnaża więc przede wszystkim naszą hipokryzję. Sam zadaję sobie pytanie, czy potrafiłbym tak postąpić. I, co mnie boli, wcale nie jestem tego taki pewien.

Gdyby się wreszcie zastanowić, to ten „Psalm” jest, w literackiej formie może i grafomańskim, ale jednak przede wszystkim krzykiem zranionej miłości. A miłość zawsze jest szalona.

Były poseł partii tak chętnie odwołującej się do katolicyzmu całą historię skomentował tak:

Nie chcę tego komentować i uczestniczyć w politycznej grze mojej byłej żony.

Cóż, osądził własną miarą. Pomijam już bezsens dopatrywania się we wszystkim politycznych intencji – to domena pana Kamińskiego i jemu podobnych. Jeśli bowiem jednak, jak sugeruje pan Kamiński, jego żona Anna jest osobą skrajnie wyrachowaną, która próbuje w ten sposób zbijać kapitał polityczny, to należałoby uznać, iż pan były poseł ożenił się z idiotką, co o nim samym świadczyłoby marnie. Ów publiczny rechot był przecież łatwy do przewidzenia i naprawdę trudno podejrzewać, by obecny medialny szum jakkolwiek przysłużył się pani Annie politycznie, raczej zdecydowanie w tym kontekście jej szkodzi.

Trudno spodziewać się w tej historii happy endu. Nie sądzę też, by ktokolwiek z nas, obserwatorów, mógł tu jakkolwiek pomóc. Ale możemy przynajmniej nie szkodzić, jak w medycznej przysiędze – primo non noccere. Możemy nie pogłębiać cierpienia. Nie przyłączajmy się do tego rechotu.

(Visited 1 335 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Nie ufam Ci!

Następny tekst

To nie koniec, to początek