Home»Rodzina»Czterej jeźdźcy miłosnej apokalipsy

Czterej jeźdźcy miłosnej apokalipsy

1
Shares
Pinterest Google+

Gdy dopada nas miłość albo kiedy w tej miłości dzieje się coś niedobrego, nasze życie zmienia się w armagedon. Skoro tak, to porozmawiajmy o czterech jeźdźcach miłosnej apokalipsy.

Tak, mamy tu czwórkę. Noszą greckie imiona: Eros, Agape, Storge i Philia. Co ciekawe, to nie owi jeźdźcy robią najwięcej zamieszania, ale – my sami, nie odróżniając ich od siebie, myląc ich, przypisując nadmierne znaczenie jednemu z nich, a lekceważąc innych. Ale po kolei.

Eros to zakochanie połączone z pożądaniem. To motylki w brzuszku, to podekscytowanie, to zauroczenie, to zachwyt urodą, to pragnienie fizycznej bliskości. To szaleństwo pełne romantycznych, choć niekiedy nierozsądnych gestów i zachowań. Większość z nas miłość kojarzy właśnie tak. Eros to płomień. Płomień jest hipnotyzujący, ale potrafi też być niebezpieczny. Zdarza się też, iż okazuje się ogniem słomianym – szybko wybucha, gwałtownie płonie, ale i szybko gaśnie.

Agape to to miłość bezinteresowna i bezwarunkowa, ta, o której tak pięknie pisał święty Paweł w I Liście do Koryntian:

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje, [nie jest] jak proroctwa, które się skończą, albo jak dar języków, który zniknie, lub jak wiedza, której zabraknie.

1 Kor 13, 4-8

Storge to inaczej przywiązanie. Ten rodzaj miłości jest – można rzec – wbudowany w naszą psychikę; właśnie tacy jesteśmy. Ludzie kochają swoje dzieci nie dlatego, że ktoś ich tego nauczył, ale dlatego, że jest to wpisane w ich naturę. Ale przywiązanie to szerszy temat i do niego jeszcze wrócę.

Philia oznacza przyjaźń. Ten typ miłości opiera się na wspólnych zainteresowaniach i pasjach, ale też na zaufaniu czy lojalności.

Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego

Przeczytałem niedawno ciekawy wywiad z ojcem Pawłem Gużyńskim OP, który prowadzi tzw. kursy przedmałżeńskie, ale robi to w duchu kursu przeciwmałżeńskiego, czyli stara się kandydatów do sakramentu zniechęcić. Nie jest to, co dominikanin rzetelnie przyznaje, odkrywcze. Dawniej postępowali tak benedyktyni. Oni też zwodzili kandydatów: gościli ich obiadem, rozmawiali, a potem mówili: przyjdźcie za rok. I tak przez 3 – 4 lata, by wypróbować motywację, intencje, a przede wszystkim po to, żeby kandydaci uświadomili sobie, że wybór, który chcą podjąć, ma swoją wagę.

Ojciec Paweł zwraca uwagę na to, że większość ludzi utożsamia miłość z Erosem. Czerpiemy wzory z komedii romantycznych i romansideł. Ma być więc romantycznie, namiętnie, tajemniczo, och i ach, najlepiej od pierwszego wejrzenia, a jeśli nie zadziała, to przejdę jeszcze raz. I na bazie Erosa, który nas ogłupia, chcemy podejmować życiowe decyzje. Prawda, że takie decydowanie wydaje się nad wyraz roztropne i odpowiedzialne?

To o Erosie piszą poeci i śpiewają gwiazdy rocka, to Agape wydaje się właściwym fundamentem trwałego związku, a znaczenie Philii trudno przecenić, to najbardziej niedocenianym rodzajem miłości wydaje się Storge. Przywiązanie kojarzy się z przyzwyczajeniem i postrzegamy je na zasadzie: „leci siłą rozpędu”.

Przykład osobisty

Trzy lata temu, 26 czerwca pierwszy raz spotkałem na żywo swoją obecną Żonę. Przyjechała do Warszawy, nawet nie do mnie. Odebrałem ją, bo nie miała co ze sobą zrobić w obcym mieście, spędziliśmy razem kilka godzin (z czego część czasu przespała u mnie na kanapie zmęczona podróżą wtulona w jednego z kotów), a potem odprowadziłem ją i przekazałem osobie, z którą była umówiona. Trzy dni później spotkaliśmy się ponownie, znów na krótko, a ja odprowadziłem ją na dworzec. Gdy żegnaliśmy się na peronie, cmoknęliśmy się. Nawet nie pocałowaliśmy jak na filmach. Jej pociąg nie zdążył jeszcze wyjechać z Warszawy, gdy napisałem, że już za nią tęsknię. Gdy miesiąc później przyjechała znowu, przyjechała już do mnie. Spotykaliśmy się mniej więcej raz w miesiącu, aż 20 czerwca, rok później, sprowadziła się już na stałe do Warszawy, a 24 października wzięliśmy ślub kościelny.

Można rzec, że połączył nas Eros. Ale gdy staliśmy przed ołtarzem, były już z nami również Agape i Philia. Wiedzieliśmy, co robimy. Nadal jestem w swojej Żonie zakochany. Wciąż, gdy budzę się w nocy, leżę i patrzę na nią, gdy śpi. Nawet jeśli nie zawsze umiem to dobrze okazać, nawet jeśli może za mało o tym mówię, a codzienność czasem przytłacza, to zakochanie wcale nie minęło. Ale na nim nie dałoby się budować.

Oboje mamy ogniste temperamenty i trudne charaktery. Bez Agape pozabijalibyśmy się między namiętnymi pocałunkami. Bez Agape nie umielibyśmy się godzić. Bez Agape codzienne problemy przytłoczyłyby nas swoim ciężarem.

Bez Philii nie mielibyśmy o czym ze sobą rozmawiać. Bez Philii nie lubilibyśmy się. A mamy o czym rozmawiać. O, żebyście wy słyszeli na przykład nasze spory teologiczne! Bez Philii nie dalibyśmy rady łączyć wspólnej pracy i wspólnego życia.

Ale jest też ta niedoceniana Storge. Przywiązanie. To, które kojarzy się często źle, z rutyną, z wypaleniem zakochania, choć przecież wcale nie jest im równoznaczne. Przywiązanie, które sprawia, że kiedy moja Żona gdzieś wyjedzie, to z jednej strony oddycham chwilą spokoju, ale z drugiej – nie mogę doczekać się jej powrotu. Przywiązanie, które sprawia, że, choć wady potrafią mnie wkurzać, to jednocześnie bez nich nie wyobrażam sobie życia. Bo może i jest najbardziej wkurzającą mnie kobietą, ale – moją. I dlatego lubię co rano parzyć jej kawę, choć w tym celu wstaję nieraz wcześniej niż by to wynikało z moich innych obowiązków. I nawet lubię chodzić po zakupy, choć do pasji doprowadza mnie wybieranie przez godzinę śmietany. Ale zakupy bez tego czasu zmarnowanego przy stoisku z nabiałem wcale nie byłyby lepsze.

A co Was łączy z Waszymi drugimi połówkami? Eros? Agape? Storge? Philia? A może w jakichś połączeniach?

ilustracja główna: Wiktor Wasnetsow, Czterech jeźdźców Apokalipsy, Wikimedia Commons, domena publiczna
ilustracja druga: Pixabay, CC0
(Visited 127 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

To nie koniec, to początek

Następny tekst

Wiara w nawrócenie grzesznika - o Jacku Międlarze i o. Grzegorzu Kramerze