Home»Wiara»To nie koniec, to początek

To nie koniec, to początek

0
Shares
Pinterest Google+

Może to za sprawą zostania dziadkiem. Może to reakcja na – na szczęście niepotwierdzone – podejrzenie nowotworu. A może to coś innego – nie wiem. W każdym razie coraz częściej śni mi się odchodzenie.

Z tych snów nie wynika, jak umieram. To akurat dobrze. Kiedyś przyśniło mi się, iż jakiś łobuz wbił mi nóż w brzuch i sen był tak realistyczny, że obudziłem się z bólu. Nie wiem więc, czy umieram ze starości, z choroby albo w wyniku wypadku; czy umieram we śnie i spokoju, czy w bólu. I dobrze, bo wcale nie chciałbym tego wiedzieć.

Te moje sny łączy to, że przez pewien czas funkcjonuję w nich ze świadomością nadchodzącej śmierci. Łączy je też towarzyszący temu spokój. Ta świadomość niczego nie zmienia. Nie rzucam się nagle ani w szaleństwo czerpania z życia, ani w nadrabianie zaległości, ani prostowanie dawnych błędów. Po prostu żyję, idę do pracy, po zakupy i tylko wiem, że nie ma sensu robić zapasów.

Budzę się na ogół, zanim sen dojdzie do planowanego finału. Nie przeżywam więc w nim swojej śmierci, nie mam w nim wizji tego, co po niej. Nie potrzebuję, wszak mam tę wizję na żywo, poza snem. Wierzę, że spotkam Pana Boga. Nie wiem, czy będzie wyglądał jak dobrotliwy staruszek, czy jak Morgan Freeman, a może jak Whoopi Goldberg, czy też w ogóle nie będzie wyglądał. Wierzę, że spotkam się z Wielką Miłością i usłyszę, że narozrabiałem w życiu jak pijany zając na miedzy, no, bo przecież narozrabiałem, a potem padnie pytanie: Czy chcesz być ze mną mimo wszystko? A ja odpowiem, że chcę, choć na to nie zasługuję. I dalej będzie dobrze.

Myśl o odchodzeniu pojawia się u mnie nie tylko w snach. Kiedy czekałem na badania, a potem na ich wynik, liczyłem się poważnie z tym, że ich wynik może mi się nie spodobać. Nie mogłem tego pokazać, bo wiedziałem, że to trudna sytuacja dla moich bliskich i nie chciałem ich jeszcze bardziej martwić, ale oczywiście bałem się i zastanawiałem, co będzie i jak będzie. Mówiłem Panu Bogu, że ja się zgadzam na wszystko, co dla mnie wymyślił, ale proszę, żeby pomógł mi przez to przejść godnie i mnie w tym wspierał. Jasne, dodawałem potem, że jeśli by mógł, to ja jednak wolałbym wariant, w którym jestem zdrowy.

Kiedy jednak rozważałem ten wariant, w którym usłyszę niekorzystną diagnozę, zwłaszcza w czasie nudy na szpitalnym łóżku, wiedziałem, że chciałbym, o ile się da, żyć normalnie, nie zmieniać swojego życia tylko dlatego, że jestem chory. Jeśli kogoś nie lubię lub doprowadziłem do tego, że ten ktoś mnie nie lubi, to choroba tu niczego dla mnie nie zmienia. Jeśli nie pogodziłem się z kimś będąc zdrowym, to nie chciałem robić tego tylko dlatego, że zachorowałem.

Wiedziałem też, że chciałbym jak najdłużej żyć normalnie, nawet gdyby miało to skrócić czas, jaki mi pozostał. I nie dlatego, że mi się nie chce żyć, ale właśnie dlatego, że bardzo mi się chce.

To nie jest jakieś pragnienie śmierci. Raczej jest tak, że ja się jej nie boję. Boję się umierania, ale nie śmierci. Boję się, że mógłbym być ciężarem, nieporadności, bólu, który może towarzyszyć odchodzeniu. Ale nie boję się końca życia, bo ono wcale się nie skończy, ono tylko się zmieni. Nie boję się też Sądu – nie dlatego, bym uważał się za dobrego, ale dlatego, że Sędzia jest dobry, a przede wszystkim – miłosierny.

Mam niezliczone powody, by lubić, ba!, by kochać swoje życie. Mimo to wyczekuję tego, co przede mną. Żebyśmy się dobrze zrozumieli: Nie chcę tego przyspieszać, po prostu czekam na to z utęsknieniem. Chociaż kocham to moje obecne życie, to jest w nim ta jedna istotna rzecz, która sprawia, że wyczekuję tego nowego. W tym obecnym notorycznie upadam, powracam do tych samych grzechów. Wkurzam się tym, staram się, walczę, ale i tak do nich powracam. A przecież w tym nowym życiu grzechu nie będzie. Będzie wszystko to, co kocham, ale bez tego upadania. No, to jak na to nie czekać?

Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Psalm żony niezłomnej w wierze

Następny tekst

Czterej jeźdźcy miłosnej apokalipsy