Home»Społeczeństwo»Podpuszczajmy młodych do buntu

Podpuszczajmy młodych do buntu

0
Shares
Pinterest Google+

Niedawno moja sporo ode mnie młodsza żona powiedziała w trakcie rozmowy, że jej pokolenie nie miało przeciw czemu się buntować. Miało, co najwyżej im się nie chciało.

Jako czterdziestoparolatek należę do pokolenia buntowników. Załapaliśmy się jeszcze ostatnim rzutem na walkę z komuną. Angażowaliśmy się w subkultury. Punk to był punk, faktycznie wierzący w anarchię i „no future”, brudny wyrzutek, a nie – starannie wystylizowany pozer. Strój i muzyka były dopełnieniem przekonań. Jasne, dziś wiem, że wiele z nich było totalnie bez sensu, ale wtedy głęboko w nie wierzyliśmy.

„Nie mieliśmy przeciwko czemu się buntować” – przekonywała mnie zatem niedawno żona, tłumacząc, że w okresie jej ewentualnego młodzieńczego buntu żyliśmy już w wolnym kraju. Nie było komunizmu, więc nie było powodu do buntu? A to kapitalizm na bunt nie zasługuje?

Znane porzekadło głosi: „Kto za młodu nie był socjalistą, ten na starość będzie świnią”. Ale przecież wcale nie chodzi o to, by każdy młody człowiek stawał się lewicowym aktywistą.

Idzie raczej o typową dla młodości mieszankę naiwności, pryncypialności, bezkompromisowości oraz wrażliwości na krzywdę i niesprawiedliwość. Z nich bierze się niezgoda na ład zbudowany przez wcześniejsze pokolenia, domaganie się zmian, szukanie, nawet naiwne i nierealistyczne, szukanie nowych dróg.

Ten młodzieńczy bunt, choć czasami, nie ukrywajmy, dla nas – dorosłych bywa irytujący, uciążliwy, a nawet – przykry, jest światu niezbędny. Bez tego buntu nie byłoby rozwoju. I nie chodzi mi tu o rozwój technologiczny, ale – społeczny.

Ponieważ tematyką przewodnią mojego bloga jest wiara, to pozwolę sobie na odniesienie również do niej. Jasne, cieszą młodzi zaangażowani w życie Kościoła. Mnie cieszą tym bardziej, jeśli kontestują. Ta kontestacja może dotyczyć np. płytkości, rytualności, ale to może być też zadawanie trudnych pytań dotyczących Pisma Świętego. Myślę sobie, że wrażliwy młody człowiek powinien na przykład zbuntować się przy lekturze Księgi Hioba, bo ona aż prosi się o trudne pytania. Pan Bóg, obdarzając nas wolną wolą i zakrywając się przed nami, sam stworzył przecież przestrzeń do kontestacji. I – jak pokazuje historia Jakuba, który stał się Izraelem – Pan Bóg potrafi pobłogosławić człowieka, który Mu się sprzeciwia.

My, dorośli, zwłaszcza rodzice, wychowawcy i nauczyciele, wolimy, gdy młodzi nie buntują się. Tak jest nam wygodniej. Kto by w końcu lubił użerać się ze zbuntowanym nastolatkiem? Dzieci mają mieścić się w systemie, a jeśli jakaś gałązka z tego żywopłotu wystaje, to ją przycinamy. Nazwijmy to wprost: dla swojej wygody „tu i teraz” wychowujemy konformistów i leni, co zemści się oczywiście na nas w dłuższej perspektywie.

Nie lubię narzekać na młodzież, bo to jest takie – w moim przekonaniu – starcze bla bla bla. Gdybym jednak miał znaleźć powód do narzekania, to byłoby właśnie to, że młodzi ludzie w swej większości nie buntują się. wielu z nich twierdzi, że nie ma przeciwko czemu, bo wszystko jest na wyciągnięcie ręki, świat jest ich, czeka na podbicie. Nie zauważają tych, którzy na podbijanie świata szanse mają znikome, bo wygodniej przecież jest nie widzieć, zwłaszcza gdy samemu czerpie się pełnymi garściami z dobrodziejstw, jakie ów świat niesie. Nie buntują się przeciwko niesprawiedliwości, przeciwko rozwarstwieniu społecznemu, przeciwko biedzie i krzywdzie, przeciwko konsumpcjonizmowi. Albo sami z tego rozwarstwienia korzystają, albo przygniata ich poczucie beznadziei, gdy to rozwarstwienie obraca się przeciwko nim.

Nie buntują się nawet przeciwko Panu Bogu. Co ich ten Hiob obchodzi? A w przypadku wielu z nich: Co ich właściwie ten Pan Bóg obchodzi? Przecież nie buntujemy się, jeśli coś nas nie obchodzi, bo to by nie miało sensu. Nie obchodzi ich ani Pan Bóg, ani Hiob, ani bezdomny na ulicy, ani dzieci ginące w Aleppo, ani susza w Afryce, ani sąsiadka, która nie ma za co wykupić lekarstw. To nie ich problem, to co najwyżej niewiele znaczący obrazek z ekranu smartfona.

A ja czuję się coraz bardziej absurdalny. Bo ja to nadal mam do Pana Boga trochę żal o tego Hioba. No, ale do Starego Testamentu to tak łatwo, a ja i w Nowym znajduję powody do buntu. I tak gotuje się we mnie, gdy czytam historię Ananiasza i Safiry (Dz 5, 1-11) I wcale mi się te początki mojego Kościoła nie podobają. Cóż. Dziwny jestem. Taki katolicki punk.

foto 1: Viosan / English Wikipedia
foto 2: LordKhan / Flickr / CC BY 2.0
foto 3: Gaspare Traversi / Wikipedia
(Visited 188 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Zanim rzucimy się sobie do gardeł...

Następny tekst

Ostrzeganie ofiary nie usprawiedliwia sprawcy