Home»Społeczeństwo»Sześć historii o różnym ciężarze gatunkowym

Sześć historii o różnym ciężarze gatunkowym

0
Shares
Pinterest Google+

Chcę Wam dziś opowiedzieć sześć historii o różnym ciężarze gatunkowym. Nie mają ze sobą żadnego związku. Przynajmniej z pozoru – nie mają. Sześć historii, ale podsumowanie wspólne.

1.

Oglądałem relacje wideo z zamieszek w Hamburgu. Pomijam już przedziwną i niezrozumiałą dla mnie logikę: „Jestem niemieckim lewicowcem, nie lubię prezydenta USA, dlatego w proteście przeciwko jego wizycie zdemoluję niemieckie miasto, podpalę należące do przypadkowych mieszkańców tego niemieckiego miasta samochody i okradnę niemiecki sklep, a następnie będę bił się z niemiecką policją.”

Oglądałem uwiecznione przez operatorów starania niemieckich policjantów, by zapanować nad tłumem i powstrzymać zamieszki. Za moimi plecami stanęła moja Piękniejsza i Mądrzejsza Połowa. „Co za pipy, nie potrafią sobie poradzić” – skomentowała. Faktycznie, policjanci szli 10 kroków do przodu, cofali się, unikając lecących w ich stronę kamieni i butelek, potem znów do przodu, i znów do tyłu. Moja Żona nie zobaczyła już obrazków zarejestrowanych później – gdy oddziały policji faktycznie pacyfikowały, dość bezwzględnie, agresywny tłum.

Zobaczyła obrazek i na jego podstawie dokonała szybkiej oceny. Faktycznie, na podstawie tego, co zobaczyła, miała prawo uznać, że policjanci są nieporadni. Tak to wyglądało. Ja zobaczyłem jednak policjantów, którzy starają się uniknąć eskalacji przemocy. Zamiast bić, starają się spychać tłum, tak długo, jak długo się da. Kiedy się nie dało, zastosowali inne metody.

2.

Skoro już jesteśmy przy policji… Temat jest mi bliski, nieraz o tej formacji tu pisałem. Nie jest też tajemnicą, że darzę policję sympatią i szacunkiem. Wiele lat współpracowałem z policjantami, poznałem ich, i tych szeregowych, i oficerów, i komendantów. Nawet moja Mama wytknęła mi swego czasu, że moim pierwszym odruchem jest na ogół bronienie funkcjonariuszy.

W internecie znajdziemy wiele filmików z policyjnych interwencji. Na ogół mają one być ilustracją nieuzasadnionej brutalności funkcjonariuszy. Większość z tych filmików ma jednak wspólną cechę: są wyrwane z kontekstu. Gdy widzimy policjantów obezwładniających człowieka, rzadko kiedy zobaczymy, co działo się wcześniej, czyli – jakie jego zachowania doprowadziły do tego, że interwencja była w ogóle konieczna. Mamy obraz niewinnego obywatela, wobec którego źli przedstawiciele opresyjnej instytucji stosują brutalną przemoc.

Część z tych filmików z kolei ma obrazować nieudolność policjantów. Zapewne część z nich faktycznie jest nieudolna. Cóż, nie każdy policjant jest orłem i sokołem, jak nie każdy obywatel jest wzorem cnót wszelakich. Ale i tu często nie dostrzegamy, że interweniujący policjant stara się ograniczyć dolegliwość stosowanych tzw. środków przymusu bezpośredniego i może dlatego zamiast od razu rzucić kogoś brutalnie na ziemie, próbuje go przytrzymać, co z boku wygląda na to, że sobie nie radzi z sytuacją. Czasem równolegle musi radzić sobie z napastliwymi osobami postronnymi, a czasami po prostu obawia się użyć zbyt drastycznych środków, bo liczy się z kłopotami, jakie może w ten sposób na siebie ściągnąć.

3.

W mediach pojawiła się informacja, że do warszawskiego szpitala przyjęto dziecko z licznymi złamaniami kończyn. Personel powiadomił policję, że przyczyną może być przemoc ze strony rodziców. Reakcja czytelników była szybka – rodziców odsądzono od czci i wiary. „Ściery”, „szmaty” – to były najdelikatniejsze określenia. Nie brakowało życzeń, by rodzicom połamano kości.

Uwadze umknęła informacja, iż lekarze rozważają też inną możliwość – dziecko może cierpieć na wrodzoną wadę, którą jest łamliwość kości. Szybki osąd, szybka ocena, lincz. Komentujący zapewne poczuli się lepsi, szlachetniejsi, wszak stanęli wedle własnej oceny w obronie dziecka przed patologicznymi rodzicami.

Jeśli rodzice faktycznie katowali dziecko, to nie ma nic na ich obronę i powinni ponieść surową karę. Jeżeli jednak dziecko cierpi na łamliwość kości, to czy ci, którzy od razu osądzili, odwołają to, co pisali i przeproszą tych rodziców? Jakoś wątpię…

4.

Pewna blogerka napisała tekst skierowany głównie do tych, którzy krytykowali ją za zarabianie na blogu. Opisała, ile pracy i energii wkłada w jego tworzenie. Styl blogerki pełen jest wulgaryzmów, jadu, poczucia wyższości – to prawda. Tekst nie był zbyt mądry, a autorka chyba nawet nie miała świadomości, w jakim kontekście sama się umiejscowiła. Argument, iż jej praca jest ciężka, bo musi jeść dużo ciastek budzi skojarzenia z pewną francuską królową, która na informację, iż jej poddani nie mają chleba, zareagowała radą: „To niech jedzą ciastka”. Warto przypomnieć, iż owa monarchini skończyła na gilotynie, ścięta w trakcie rewolucji.

Tekst blogerki był niemądry – zgoda. Inna blogerka, ceniona w środowisku, skrytykowała go tekstem, z którego też wiele mądrości się nie wylewało, a niechlujność językowa wołała o pomstę do nieba. Co się wydarzyło? Niemal całe środowisko prześcigało się w wymyślaniu, jak złośliwie skrytykować autorkę tego krytykowanego tekstu. Jakże można było zabłysnąć i ileż środowiskowego uznania zdobyć!

5.

Co jakiś czas słyszymy o matce, która po porodzie porzuca dziecko, czy to zostawiając je w oknie życia, czy to zrzekając się oficjalnie w szpitalu. „Wyrodna matka” – to najdelikatniejszy komentarz, jaki można przeczytać pod takimi informacjami. Szybka informacja, szybka ocena.

W Tygodniku Powszechnym przeczytałem reportaż o takiej matce. Czytałem go ze ściśniętym gardłem, poznając dramatyczną przeszłość, która doprowadziła bohaterkę do dramatycznej decyzji. Traciłem oddech, czytając jej słowa: „żeby tylko nie położyli mi dziecka na brzuchu, bo wtedy nie będę umiała oddać”.

6.

Mam w pamięci zdarzenie, jedno z tych, których się wstydzę. Rzecz działa się w 1990 roku między pierwszą a drugą turą wyborów prezydenckich. Tadeusz Mazowiecki przegrał, do drugiej tury przeszli Lech Wałęsa i Stan Tymiński. Wynik był szokiem niemal dla wszystkich. Zupełnie przypadkowo znalazłem się na spotkaniu liderów kampanii Mazowieckiego z młodzieżą w tę kampanię zaangażowaną. Wszyscy mieli zastanawiać się, co zrobić, czy zaapelować o głosowanie w drugiej turze na Wałęsę, czy nie, czy szukać innych rozwiązań, słowem: jak zareagować na tę niespodziewaną sytuację.

Każdy z młodych mówców (a głos zabierali po kolei prawie wszyscy) prześcigał się w wymyślaniu pogardliwych określeń dla kandydata, który okazał się czarnym koniem wyborów.

Dlaczego mi wstyd? Bo włączyłem się w ten obłęd i, kiedy przyszła moja kolej, też błysnąłem jakimś zgrabnym epitetem. Nie pamiętam nawet już jakim. Ba! Pamiętam, że bardzo pracowicie nad tym epitetem myślałem, by wyróżnić się złośliwością.

7.

Przytaczam te historie, pozornie nie mające ze sobą związku, za to mające całkowicie różną siłę gatunkową, nie bez powodu.

Im jestem starszy, tym bardziej boję się szybkich ocen. To nie znaczy, że jestem od nich wolny. Nie ma tak lekko, do ideału przecież bardzo mi daleko. Ale im jestem starszy, tym trudniej przychodzi mi ocenianie, a jeśli w jakiejś sytuacji przychodzi mi łatwo, to zapala mi się alarmowa lampka w głowie, która każe mi przynajmniej zachować ocenę dla siebie i dać sobie czas na jej przemyślenie.

Jeszcze bardziej natomiast boję się zachowań stadnych. Sam ich doświadczyłem, choć oczywiście z własnej winy. Boję się tłumu. Gdy tłum krzyczy, że ktoś jest świnią, w mojej głowie pojawia się natychmiast pytanie: „A może jednak nie?” Gdy tłum niesie kogoś na rękach, we mnie włącza się ostrożność i zaczynam zastanawiać się, z jakiego powodu za chwilę ten sam tłum tego kogoś rzuci na trotuar i ukamienuje.

Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Wiara w nawrócenie grzesznika - o Jacku Międlarze i o. Grzegorzu Kramerze

Następny tekst

Ta historia nie może się tak kończyć, czyli zostałem heretykiem