Home»Społeczeństwo»Zanim rzucimy się sobie do gardeł…

Zanim rzucimy się sobie do gardeł…

0
Shares
Pinterest Google+

Czy demokracja w Polsce jest zagrożona? Tak. Ale powodów szukałbym nie tam, gdzie dopatruje się ich większość publicystów oraz opozycja. Nie szukałbym ich też w tych miejscach, na które wskazuje ekipa rządząca.

W różnych krajach funkcjonują różne rozwiązania ustrojowe. Mamy różne systemy polityczne, które mieszczą się w szerokim zbiorze o nazwie „demokracja”. Mamy kraje oparte na federacji silnych regionów i bardzo scentralizowane. Mamy kraje z silnym prezydentem albo z silnym premierem. Mamy różne ordynacje wyborcze i różne sposoby przeliczania głosów na mandaty w parlamencie czy samorządach. W różnych państwach różny jest sposób wybierania i powoływania poszczególnych organów władzy, zarówno ustawodawczej, wykonawczej, jak i sądowniczej. To wszystko są szczegóły, istotne – ale szczegóły, o które można się spierać.

Wszystkie te systemy oparte są z jednej strony na sformułowanej przez Monteskiusza zasadzie trójpodziału władz, które się wzajemnie równoważą i kontrolują, ale przede wszystkim na kulturze i obyczaju.

Fakt, że jakieś rozwiązanie sprawdza się w jednym państwie, nie oznacza, iż będzie dobrze działało w innym, bo to drugie może mieć zupełnie inną kulturę polityczną i inne obyczaje, poza tym będzie się ono wpisywało w inny model systemu politycznego, na który trzeba patrzeć całościowo. Dla przykładu: W USA to prezydent mianuje sędziów Sądu Najwyższego. Warto jednak pamiętać, iż pełnią oni swój urząd dożywotnio (lub do czasu rezygnacji). Nie zależą więc od polityków i nie muszą zabiegać o ich przychylność, aby uzyskać ewentualną reelekcję. Są praktycznie nieodwoływalni.

Zmiany proponowane przez obecną ekipę rządzącą można oceniać różnie. Jednym one się będą podobały, innym – nie. To normalne. To nie one same w sobie są jednak podstawowym zagrożeniem dla demokracji w Polsce, bez względu na to, jak głośno i jak dosadnie wykrzyczą to politycy opozycji na wiecach.

Mandat do zmian

W wyborach prezydenckich 2015 roku wzięło udział 55,34% wyborców, a Andrzej Duda uzyskał w drugiej turze 51,55% głosów. Ostatni sondaż (KANTAR Millward Brown SA na zlecenie „Faktów” TVN i TVN24 z 11-12 lipca 2017) wskazuje, iż, gdyby wybory odbyły się teraz, obecny prezydent pokonałby swojego głównego rywala, Donalda Tuska. Na Dudę zagłosowałoby 52% wyborców, a na byłego premiera – 44%. To spora przewaga.

W wyborach do sejmu Prawo i Sprawiedliwość uzyskało wynik 37,58%, co przy obowiązującym systemie przeliczania głosów na mandaty poselskie przełożyło się na 235 miejsc w niższej izbie parlamentu, czyli 51,3%. W wyborach do senatu PiS zdobył 61 mandatów (na 100). Według lipcowego sondażu Ibris (z 13 lipca) PiS może liczyć na 32,1% głosów, PO – 21,8%, Kukiz’15 – 9,8%, .Nowoczesna – 9,5%, SLD – 6,8%, PSL – 5%. Do parlamentu nie weszłaby partia Razem, na którą swój głos oddałoby 2,8%. To oznacza, że Razem nie tylko nie przekroczy progu wyborczego, ale również progu 3% uprawniającego do subwencji budżetowej, który przekroczyła w ostatnich wyborach. Jeśli potraktujemy PiS i często głosujące razem z rządzącym ugrupowaniem Kukiz’15 jako koalicjantów, to mają oni razem poparcie na poziomie 41,9%, zaś opozycja, czyli PO, .Nowoczesna, SLD i PSL łącznie – 43,1%, przy czym szanse na takie zjednoczenie opozycji są raczej niewielkie.

Nie ulega wątpliwości, iż mandat społeczny Prawa i Sprawiedliwości jest bardzo silny. Nie jest to mandat pozwalający np. na zmianę konstytucji, ale nie ulega wątpliwości, że umożliwia przeprowadzanie głębokich zmian. Sondaże pokazują, że wyborcy wcale nie chcą oddać władzy obecnej opozycji. (Pomijam już całkowicie to, czy owa opozycja jest przygotowana do rządzenia, bo to temat na inną rozmowę.)

Rozwiązania prawne są niezwykle ważne – to nie ulega wątpliwości. Znacznie ważniejsze są jednak: kultura i obyczaj. Dodałbym do tego jeszcze – zakorzenienie społeczne demokracji.

Zakorzenienie demokracji

Lubimy powoływać się na polskie tradycje demokratyczne. Sęk w tym, że tzw. demokrację szlachecką, oceniając z dzisiejszego punktu widzenia, trudno traktować jako dojrzałą demokrację. Wbrew temu, co powtarzamy bezmyślnie w publicznym dyskursie, nie mamy silnych tradycji demokratycznych. Demokracja szlachecka, jaka by nie była, padła definitywnie w XVIII wieku, gdy przeistoczyła się de facto w szlachecką anarchię. Popchnięta dodatkowo przez państwa ościenne doprowadziła do tego, iż straciliśmy niepodległość na 123 lata, trudno więc dopatrywać się jakiejkolwiek ciągłości tradycji, niezależnie od tego, jak słabe było jej źródło.

Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku też tak naprawdę nie staliśmy się silną demokracją. Zamach na prezydenta, dokonany w maju 1926 roku przez Józefa Piłsudskiego przewrót wojskowy, rządy pułkowników, czyli w gruncie rzeczy junty, procesy polityczne i Bereza Kartuska, która, nazywając rzecz po imieniu, była obozem koncentracyjnym – to raczej nie są przejawy funkcjonowania demokracji. Gdybyśmy jednak nawet chcieli koniecznie określać system polityczny Polski dwudziestolecia międzywojennego mianem demokratycznego, to i ta tradycja została zerwana przez wybuch II wojny światowej. Jej zakończenie przyniosło wejście Polski w zasięg wpływów sowieckich i rządy autorytarne, choć oczywiście o różnym natężeniu represji.

W 1989 roku stopniowo zaczęła pojawiać się u nas demokracja w jej nowoczesnym rozumieniu – z trójpodziałem władz, wolnymi wyborami, itd. Mamy rok 2017. Minęło 28 lat. Tymczasem z  demokracją jest jak z angielskim trawnikiem. Przepis na taki trawnik jest bardzo prosty: wystarczy tylko regularnie siać i przycinać… przez ok. 200 lat.

Ten brak tradycji, czy – jeśli ktoś woli mniej radykalne sformułowanie – słabe tradycje demokratyczne skutkują bardzo słabym zakorzenieniem instytucji demokratycznych w społeczeństwie i niskim poziomem identyfikacji obywateli z tymi instytucjami. Dlatego dla przeciętnego Kowalskiego problem funkcjonowania Trybunału Konstytucyjnego czy Sądu Najwyższego jest problemem w gruncie rzeczy nieistotnym. Nie ma on bowiem poczucia, iż to wpływa na jego codzienne życie. Patriotyzm rozumiany jest, mam wrażenie, jako gotowość obrony kraju w sytuacji zewnętrznego zagrożenia, ale już niekoniecznie jako chęć codziennej pracy na rzecz rozwoju państwa i społeczności, w której żyjemy. Na co dzień to państwo jest raczej jakimś obcym tworem, mniej lub bardziej opresyjnym, przed którym raczej należy się bronić. Mamy bardzo słabe społeczeństwo obywatelskim z zatrważająco niskim wskaźnikiem zaufania społecznego.

Granice języka

Niedawno w ciekawym wywiadzie profesor Jerzy Bralczyk, znany i ceniony językoznawca, wskazywał, że zbliżamy się do „końca języka”. Poziom emocji i brutalizacji sporu politycznego prowadzi do tego, że w pewnym momencie zabraknie nam już słów do opisywania rzeczywistości.

Emocje negatywne mają to do siebie, że łatwo je wywołać, ale trudniej wygasić, a jeszcze trudniej – kontrolować. Niestety jednak łatwość wzbudzania emocji negatywnych oraz łatwość jednoczenia przeciwko wspólnemu wrogowi, nawet wyimaginowanemu, nie od dziś jest dla polityków niezwykle silną pokusą.

Agresja, również ta słowna, ale też obrazkowa (np. wizerunki Jarosława Kaczyńskiego jako Kim Ir Sena czy Donalda Tuska w mundurze SS) wydaje się z pozoru atrakcyjna, ale ma to do siebie, że z reguły eskaluje. Obraźliwe słowo lub obraz z czasem traci bowiem swoją moc, koniecznym zatem staje się znalezienie epitetu jeszcze bardziej obraźliwego.

Problem w tym, że w pewnym momencie tych słów w naszym języku zabraknie. I to jest moment, w którym pokusa przejścia „od słów do czynów” staje się coraz silniejsza, a przecież „po czynach ich poznacie”. Eskalowanie agresji językowej prowadzi prostą drogą do wybuchu agresji w czynach.

Mieliśmy tego doskonały przykład w nocy z 18 na 19 lipca 2017 roku. Gdy Jarosław Kaczyński wszedł na mównicę, ostentacyjnie lekceważąc sejmowy regulamin („ja w trybie żadnym”) i wykrzyczał z tej mównicy swoje obelgi pod adresem opozycji, tak brutalne, że trudno mi sobie wyobrazić coś mocniejszego padającego z sejmowej mównicy, posłowie opozycji ruszyli w jego kierunku, posłowie PiS zaczęli z kolei blokować dostęp do swojego lidera, doszło do przepychanek i szarpaniny. Następnym krokiem wydaje się już tylko bijatyka na sali obrad.

Trzecia zasada dynamiki sformułowana przez Isaaca Newtona głosi (w wersji uproszczonej), iż:

Każdej akcji towarzyszy reakcja równa co do wartości i kierunku, lecz przeciwnie zwrócona.

W odniesieniu do rzeczywistości politycznej można przyjąć, iż wartość jest rosnąca. Inaczej mówiąc, jeśli polityk A powie, że polityk B jest niemądry, to polityk B odpowie, iż A jest głupcem, na co polityk A oświadczy, że B jest kretynem, a ten – nazwie A idiotą do kwadratu, i tak dalej. Polityczne emocje eskalują i szalenie trudno jest ten proces zahamować.

O ile śmiem powątpiewać w erudycję niektórych polityków opozycji, choćby znanego z licznych wpadek Ryszarda Petru, to nie mam wątpliwości, iż Jarosław Kaczyński jest człowiekiem niezwykle oczytanym, o szerokiej wiedzy. Takiego poznałem go w latach 90., gdy jako dziennikarz miałem okazję odbyć z nim dość długą rozmowę. Lider PiS doskonale zna i rozumie mechanizmy społeczne i polityczne. Trudno więc założyć, że nie wie, co robi i nie jest świadom konsekwencji.

Co dalej…

Głos w sprawie sporu politycznego zabrał Kościół. Problem w tym, że mleko się już rozlało i ten apel o szukanie porozumienia jest głosem mocno spóźnionym, w dodatku – nie oszukujmy się – wyrażony został na dość niskim szczeblu, bo ustami rzecznika prasowego, a nie któregoś z prominentnych hierarchów. Być może hierarchowie nie chcieli po prostu angażować swojego biskupiego autorytetu do misji skazanej na niepowodzenie.

Ten apel nie wywoła pożądanego efektu, bo wywołać go po prostu nie może. Jeżeli Jarosław Kaczyński naprawdę uważa, że opozycja ma zdradzieckie mordy i składa się z kanalii, które zamordowały jego brata, to przecież trudno oczekiwać, iż siądzie do stołu i osiągnie jakiekolwiek porozumienie z zabójcami brata. Trudno też oczekiwać od opozycji, że zechce rozmawiać z kimś, kto wypowiedział słowa tak brutalne i obelżywe, dopóki ten ktoś przynajmniej za to nie przeprosi, na co zresztą przecież raczej się nie zanosi. Nie ma też sensu liczyć na to, że lider PiS usunie się w cień, wszak polityka jest jego całym życiem, a teraz ma swój najlepszy czas.

Prezydent Andrzej Duda w ostatnich dniach wyraźnie próbuje kreować się na zdecydowanego i samodzielnego polityka, a to wetując pierwszy raz ważną dla PiS ustawę, a to stawiając swoim dawnym partyjnym kolegom warunki i grożąc wetem do ustawy o Sądzie Najwyższym. Jego wcześniejszy sposób sprawowania funkcji sprawia jednak, iż nie ma on szans stać się wiarygodny dla opozycji w roli mediatora.

Taką rolę, jak to już wiele razy w historii Polski bywało, mógłby teoretycznie odegrać Kościół, nawet pomimo dotychczasowego zaangażowania wielu księży i hierarchów po jednej ze stron politycznego sporu. Biskupi tacy jak prymas arcybiskup Wojciech Polak, metropolita poznański arcybiskup Stanisław Gądecki, czy metropolita warszawski kardynał Kazimierz Nycz nie są obciążeni takim wcześniejszym politycznym zaangażowaniem, równocześnie pełnią kluczowe funkcje w polskim Kościele i można spodziewać się, iż cieszą się autorytetem po obu stronach sporu. (Zakładając, że mamy tylko dwie strony, co wydaje się mocnym uproszczeniem, a także – co wydaje się założeniem tyleż optymistycznym, co nierealistycznym, że w ogóle ktokolwiek może być dla naszych polityków autorytetem.)

Tyle tylko że nie wygląda na to, by biskupi chcieli podjąć się takiej misji. Do tego nie wystarczyłby bowiem apel w mediach, nawet kilkakrotnie powtórzony. To wymagałoby zorganizowania pod ich auspicjami spotkania, którego uczestnicy usłyszeliby prosty komunikat: „Panowie, albo wyjdziecie stąd z kompromisem, albo my wyjdziemy do mediów i wszystkich was otwarcie skrytykujemy, bez wyjątku, od góry do dołu, bez żadnej taryfy ulgowej.” Mam jednak spore obawy, czy i to dałoby efekt.

Polityczne emocje wymknęły się spod czyjejkolwiek kontroli. Strach pomyśleć, dokąd nas to zaprowadzi…

(Visited 118 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Ta historia nie może się tak kończyć, czyli zostałem heretykiem

Następny tekst

Podpuszczajmy młodych do buntu