Home»Wiara»Rafy»Bóg, który strzela focha

Bóg, który strzela focha

0
Shares
Pinterest Google+

„Ostatni raz u spowiedzi byłem… Obraziłem Pana Boga następującymi grzechami…” – każdy katolik zna tę regułkę na pamięć i – przynajmniej teoretycznie – powtarza ją wielokrotnie w swoim życiu. Utrwala sobie przy tym w głowie przedziwną wizję Pana Boga.

Bóg jest miłością. Miłością absolutną. Taką, której nie jestem w stanie pojąć; której nie jestem w stanie sobie wyobrazić; której nie jestem w stanie poczuć; której nie jestem godzien. W każdej Mszy Świętej, tuż przed przyjęciem Eucharystii powtarzam za setnikiem z Kafarnaum (Łk 7, 1-10): „Panie, nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja”.

Bóg jest miłością. Nie ma chyba piękniejszej definicji miłości niż słowa św. Pawła Apostoła, zwane „Hymnem o miłości”, pochodzące z I Listu do Koryntian:

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje, [nie jest] jak proroctwa, które się skończą, albo jak dar języków, który zniknie, lub jak wiedza, której zabraknie.

1 Kor 13, 4-8

I niby wszystko to wiem, a potem idę i powtarzam wyuczoną w dzieciństwie regułkę o tym, że obraziłem Pana Boga. Nie, nie obraziłem. Pan Bóg się nie obraża, nie strzela focha, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego – bo, tak – jest miłością.

Od wielu pokoleń dzieci z Małego Katechizmu poznają tzw. 6 prawd wiary, wśród których znajduje się taka: „Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze.” Nie ma to żadnej podstawy w Katechizmie Kościoła Katolickiego, a jednak od małego sączy się ludziom do ucha to zdanie. Pisał o tym w czerwcu 2016 r. w Jarema Piekutowski w Tygodniku Powszechnym. O usunięcie tych 6 prawd wiary z małego katechizmu apelował m.in. biskup Antoni Długosz, który przez lata był duszpasterzem dzieci.

Stary Testament pokazuje trudne relacje Pana Boga z Jego ludem. Faktycznie, można odnieść często wrażenie, że Bóg – kolokwialnie mówiąc – wkurza się na ludzi, odwraca się od nich. Słychać to w psalmach, słychać to w historiach niewoli Izraelitów, potopie, zagładzie Sodomy i Gomory i w wielu innych starotestamentowych opowieściach. Nie ukrywam, że czasami sam mam problem przy ich lekturze. Nie podejmuję się tutaj analizy. Czy to był gniew? A może radykalny sposób potrząśnięcia, przebudzenia? Nie wiem.

Wiem natomiast, że potem nastąpiło Wcielenie. Bóg przyjął ludzkie ciało. Pojawił się Zbawiciel. Pan Jezus umarł na krzyżu i zmartwychwstał. Wróćmy do słowa: Zbawiciel. Zbawiciel – Ten, który zbawia; który pokonuje grzech i śmierć; który zbawia, oddając siebie za cudze grzechy. Za moje. Za twoje. Za grzechy pani Krysi z osiedlowego spożywczaka.

Czasem, gdy rozmawiam z ludźmi niewierzącymi, czy wręcz wrogo nastawionymi do chrześcijaństwa, słyszę ten sam argument: „Co to za Bóg, co to za miłość, skoro ten Bóg zażądał śmierci własnego Syna, który przebłagał Go za grzechy ludzi?” To nie Pan Bóg potrzebował śmierci Pana Jezusa. To człowiek tego potrzebował. To ja tego potrzebowałem. To ty tego potrzebowałeś. To pani Krysia z osiedlowego spożywczaka tego potrzebowała. Potrzebowaliśmy tego, bo nie mogliśmy, i często nadal nie możemy, pojąć, że Pan Bóg nas kocha.

Przypomina mi się przepiękna opowieść C. S. Lewisa – pierwsza część „Opowieści z Narni”, czyli „Lew, czarownica i stara szafa”. Aslan, który w tej opowieści jest alegorią Pana Boga, oddaje się na śmierć zamiast Edmunda, chłopca, który zdradził m.in. własne rodzeństwo. Czy to ów lew tego potrzebuje? Nie, on ratuje w ten sposób chłopca. To chłopiec tego potrzebował – nie tylko po to, by ocalić życie, ale i po to, by uwierzyć w Aslana i na koniec (uwaga! spoiler!) stać się jednym z wielkich królów.

To nie Pan Bóg potrzebował śmierci Pana Jezusa, ale ja. Dzięki niej mogę uwierzyć w Jego miłość. Dopiero wiara w tę miłość może mnie wynieść do prawdziwej godności.

A potem idę do konfesjonału i powtarzam, że obraziłem Pana Boga swoimi grzechami. Nie, nie obraziłem. Moje grzechy nie szkodzą Panu Bogu, bo ja jestem, jak pisał Kohelet, „marność nad marnościami i wszystko marność” (Koh 1, 2). Moje grzechy nie mogą więc zaszkodizć Panu Bogu. One szkodzą przede wszystkim mi. Kiedy idę do spowiedzi, to tak naprawdę nie dlatego przecież, że Pan Bóg obraził się na mnie.

W filmie Patryka Vegi Służby specjalne, pojawia się wątek granego, skądinąd świetnie, przez Janusza Chabiora agenta Bońki. Bońka walczy z rakiem trzustki. Kiedy się nawraca i przystępuje do spowiedzi, decydując się na zerwanie z dawnym, niemoralnym, życiem w świecie tajnych operacji, choroba cofa się. Kiedy wraca do pracy, dowiaduje się, że rak zaatakował ponownie.

Mam poczucie, że to jest jakaś przerażająca wizja Pana Boga. I równocześnie mam w sobie ogromną nadzieję i przekonanie, że jest to wizja nieprawdziwa.

Bóg, w którego wierzę, nie obraża się na mnie. Kiedy upadam i taplam się w błocie grzechu, a zdarza mi się to często, zdecydowanie zbyt często, On nie kombinuje, jak mnie ukarać i wdeptać w to błoto mocniej, choć przecież mógłby, ale wyciąga do mnie rękę, by mi pomóc podnieść się i iść do Niego.

Przyznam, że mam dużo żalu o to, że Kościół, że wielu księży, uczy ludzi takiego obrazu Pana Boga, który tylko ich od Niego odpycha; który sprawia, że boją się Go.

Jestem tatą. Ostatnie, czego bym chciał, to tego, by moje dzieci bały się mnie. A ja jestem – żeby było jasne – marnym tatą. Pan Bóg jest Najlepszym Tatą. Serio? Dasz sobie wmówić, że Najlepszy Tata chce, by jego dzieci bały się Go, strzela na nie focha, gdy zrobią coś nie tak i tylko czeka, żeby je ukarać?

A teraz najciekawsze: Kiedy już wydawało mi się, że skończyłem ten tekst, pomyślałem, że opublikuję go w ciągu tygodnia, a wcześniej napiszę komentarz do niedzielnej Liturgii Słowa. Otworzyłem więc i przeczytałem. No, to się podzielę:

Czytanie pierwsze:

Złość i gniew są obrzydliwościami, których pełen jest grzesznik. Tego, który się mści, spotka zemsta Pana: On grzechy jego dokładnie zachowa w pamięci. Odpuść przewinę bliźniemu, a wówczas, gdy błagać będziesz, zostaną ci odpuszczone grzechy. Gdy człowiek żywi złość przeciw drugiemu, jakże u Pana szukać będzie uzdrowienia? Nie ma on miłosierdzia nad człowiekiem do siebie podobnym, jakże błagać będzie o odpuszczenie swoich własnych grzechów? Sam będąc ciałem trwa w nienawiści, któż więc odpokutuje za jego przewinienia? Pamiętaj na ostatnie rzeczy i przestań nienawidzić; – na rozkład ciała, na śmierć, i trzymaj się przykazań! Pamiętaj na przykazania i nie miej w nienawiści bliźniego, – na przymierze Najwyższego, i daruj obrazę!

Syr 27, 30 – 28, 7

Psalm

Pan jest łaskawy, pełen miłosierdzia

Błogosław, duszo moja, Pana,
i wszystko co, jest we mnie, święte imię Jego.
Błogosław, duszo moja, Pana
i nie zapominaj o wszystkich Jego dobrodziejstwach.

On odpuszcza wszystkie Twoje winy
i leczy wszystkie choroby,
On twoje życie ratuje od zguby,
obdarza cię łaską i zmiłowaniem.

Nie zapamiętuje się w sporze,
nie płonie gniewem na wieki.
Nie postępuje z nami według naszych grzechów
ani według win naszych nam nie odpłaca.

Bo jak wysoko niebo wznosi się nad ziemią,
tak wielka jest łaska Pana dla Jego czcicieli.
Jak odległy jest wschód od zachodu,
tak daleko odsunął od nas nasze winy.

Ps 103, 1 – 4 . 9- 12

Czytanie drugie

Nikt z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie: jeżeli bowiem żyjemy, żyjemy dla Pana; jeżeli zaś umieramy, umieramy dla Pana. I w życiu więc i w śmierci należymy do Pana. Po to bowiem Chrystus umarł i powrócił do życia, by zapanować tak nad umarłymi, jak nad żywymi.

Rz 14, 7 – 9

Śpiew przed Ewangelią

Daję wam przykazanie nowe, abyście się wzajemnie miłowali, jak Ja was umiłowałem.

J 13, 34

Ewangelia

Piotr zbliżył się do Jezusa i zapytał: Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy? Jezus mu odrzekł: Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy. Dlatego podobne jest królestwo niebieskie do króla, który chciał rozliczyć się ze swymi sługami. Gdy zaczął się rozliczać, przyprowadzono mu jednego, który mu był winien dziesięć tysięcy talentów. Ponieważ nie miał z czego ich oddać, pan kazał sprzedać go razem z żoną, dziećmi i całym jego mieniem, aby tak dług odzyskać. Wtedy sługa upadł przed nim i prosił go: Panie, miej cierpliwość nade mną, a wszystko ci oddam. Pan ulitował się nad tym sługą, uwolnił go i dług mu darował. Lecz gdy sługa ów wyszedł, spotkał jednego ze współsług, który mu był winien sto denarów. Chwycił go i zaczął dusić, mówiąc: Oddaj, coś winien! Jego współsługa upadł przed nim i prosił go: Miej cierpliwość nade mną, a oddam tobie. On jednak nie chciał, lecz poszedł i wtrącił go do więzienia, dopóki nie odda długu. Współsłudzy jego widząc, co się działo, bardzo się zasmucili. Poszli i opowiedzieli swemu panu wszystko, co zaszło. Wtedy pan jego wezwał go przed siebie i rzekł mu: Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą? I uniesiony gniewem pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu całego długu nie odda. Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu.

Mt 18, 21- 35

Przypadek? Nie sądzę. :)

(Visited 209 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

W obronie praw Behemotha i Nergala

Następny tekst

Każde bydlę własnym głosem do Pana Boga śpiewa...