Home»Wiara»Tyle adoracji, co i kontemplacji

Tyle adoracji, co i kontemplacji

1
Shares
Pinterest Google+

Od września moje dziecko wstąpiło do zuchów, czy raczej – wilczków, bo tak to się w jego harcerskiej organizacji nazywa. Co piątek wspólnie chodzimy na zbiórki. To znaczy – syn idzie na zbiórkę, a ja mam półtorej godziny wolnego.

Myślałem o tym początkowo z niechęcią. Co ja mam robić z takim czasem, wyrwanym od pracy, tak ni przypiął, ni przyłatał? Za pierwszym razem wziąłem ze sobą aparat i ruszyłem zwiedzać okolicę. Zwiedzanie zacząłem od osiedlowego sklepu znanej sieci z owadem w nazwie. Znalazłem też w pobliżu fajny park, który odwiedzaliśmy wcześniej z dziećmi, bo jest w nim fajny plac zabaw, tylko jakoś nie kojarzyłem, że to tutaj, bieżnię dla mieszkańców osiedla, porobiłem trochę zdjęć.

W pobliżu był też kościół. Zajrzałem do niego z ciekawości. W środku sprawiał wrażenie niemal gigantycznego, ale jednocześnie nie był zimny jak wiele nowoczesnych świątyń. Kojarzył mi się trochę ze starożytnymi wschodnimi bazylikami. Chodziłem po nim, aż dotarłem do jednej z bocznych kaplic.

Wystawiony był w niej Najświętszy Sakrament. Miałem zamiar zrobić kilka zdjęć, ale nie chciałem przeszkadzać tym kilku osobom, które tam się modliły. Postanowiłem więc zaczekać, w nadziei, że może szybko sobie pójdą. Zająłem więc miejsce w jednej z ławek i czekałem. Ale ci ludzie jakoś nie zamierzali wychodzić. Skoro jednak już tak sobie klęczałem, to niejako z rozpędu zacząłem się modlić. Pomodliłem się chwilę, ale ludzie nadal nie wychodzili. Po cichutku więc wyszedłem, nie umiejąc odnaleźć się w sytuacji. Mnie samego to zaskoczyło, bo przecież we wspólnocie praktykowaliśmy adorację w ciszy w czasie każdego spotkania.

Na kolejną zbiórkę zuchową przyszedłem już przygotowany. Oddałem dziecię druhom i poszedłem do kościoła. Wyciągnąłem z torby modlitewnik, różaniec, mój ulubiony – od papieża Franciszka, a do kompletu jeszcze położyłem na ławce własnoręcznie zrobione czotki. Odmówiłem cały różaniec, tajemnice światła, koronkę do Miłosierdzia Bożego, litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa, pomodliłem się na czotkach.

Klęczałem więc dalej, ale nie bardzo miałem pomysł na kolejne modlitwy i – prawdę rzekłszy – to moje klęczenie przepełnione było rozczarowaniem i porażką. No, nie tak miało być. Nie tak. Spakowałem się, wyszedłem z kościoła, pokręciłem po okolicy i doczekałem do końca zbiórki zuchowej.

Tydzień później miałem zamiar pochodzić po parku, fotografować, omijając kościół. A jednak wszedłem do środka i zająłem miejsce w kaplicy, przed Najświętszym Sakramentem. Tym razem nie miałem ani modlitewnika, ani ulubionego różańca, ani czotek. Przez chwilę poczułem się jak uczeń, który przyszedł na lekcję bez zeszytu, piórnika i podręcznika.

Zacząłem więc opowiadać Panu Jezusowi, co się u mnie działo. Opowiedziałem o wszystkim fajnym i o wszystkich zmartwieniach. Kiedy skończyłem, uświadomiłem sobie, że to zupełnie bez sensu, bo On przecież to wszystko wie. To jak opowiadanie kryminału komuś, kto już dawno go przeczytał i wie, kto zabił. Już miałem opowiedzieć o swoich planach i pragnieniach, kiedy przypomniało mi się stare powiedzonko: „Chcesz rozśmieszyć Pana Boga? Opowiedz Mu o swoich planach”. A potem – że przecież On zna moje pragnienia lepiej niż ja sam.

Czwarta zbiórka odbywała się w inny niż zwykle dzień i w innym miejscu, więc nie było okazji, by wrócić do tego kościoła. Nawet trochę żałowałem. Czekałem na piątą.

Gdy nadszedł czas piątej zbiórki, nie wchodziłem nawet na teren szkoły. Posłałem dziecko samo od furtki i od razu skierowałem kroki do kościoła. Miałem ze sobą plecak z aparatem, ale wcale nie korciło mnie, żeby ten aparat wyciągać.

Zająłem miejsce w kaplicy. Nie miałem w głowie żadnego planu. Klęczałem, opierając głowę na rękach i patrzyłem na Niego.

Posiedzę tu sobie z Tobą, dobrze? Lubię tu do Ciebie przychodzić i z Tobą siedzieć. Fajnie, że masz dla mnie czas i na mnie czekasz. Na pewno masz dużo spraw, a jednak mogę tu z Tobą pobyć.

Nie opowiadałem Mu, co się działo. Nie opowiadałem Mu, czego chcę i co planuję. Początkowo powtarzałem w głowie tę myśl, a potem i ona jakoś sama się uciszyła. Pozwoliłem sobie na milczenie.

Niektórzy mówią, że w modlitwie trzeba pomilczeć, żeby móc posłuchać i pozwolić Panu Bogu mówić. Ale On odpowiadał milczeniem, nie – słowami. Tak sobie byliśmy i milczeliśmy. On i ja.

I spóźniłbym się po dziecko, gdyby nie ksiądz, który przyszedł do kaplicy, by schować hostię i zabrać monstrancję. Sam nie wiem, kiedy ten czas zleciał.

Cóż, nie jestem odkrywcą. Biskup, obecnie już arcybiskup, Grzegorz Ryś mówi o tym bardzo pięknie: Prawdziwa modlitwa zaczyna się wtedy, gdy chcesz tracić czas z Panem Bogiem.

Równolegle obserwuję niezwykły sposób, w jaki biskup Ryś żegna się z archidiecezją krakowską, a arcybiskup Ryś wita z archidiecezją łódzką. Jednym z elementów tego powitania był właśnie niezapowiedziany udział w imprezie dla młodzieży o nazwie Uwielbieniowa Łódź Ratunkowa organizowanej przez łódzkich jezuitów.

Gdy zabierałem się za pisanie tego tekstu, chodziło mi po głowie hasło: „Mniej adoracji, więcej kontemplacji”, ale w trakcie pracy doszedłem do wniosku, że, choć brzmi ono efektownie, to wcale nie jest tak mądre, jak mi się początkowo wydawało. Wcale nie chcę przecież, by było mniej adoracji, która nie musi oznaczać od razu nabożeństwa z wystawionym Najświętszym Sakramentem. Przecież uwielbienie to też jest forma adoracji.

W Kościele jest przestrzeń i na adorację Najświętszego Sakramentu w takiej formie, z jaką wielu ją kojarzy – czyli nabożeństwie ze śpiewem i grupową modlitwą, i na różne formy uwielbienia, w tym tak szalone jak to, co organizują łódzcy jezuici, i na wielkie ewangelizacyjne spotkania, które organizował w Krakowie biskup Grzegorz. Ale powinna być też przestrzeń kontemplacji. Dlatego proponowałbym raczej: Tyle adoracji, co i kontemplacji.

Papież Franciszek zachęca od Światowych Dni Młodzieży w Rio de Janeiro: Róbcie raban! Róbcie hałas!

Tak. Róbmy raban. Róbmy hałas. Ale nie zapominajmy, że w hałasie łatwo o kakofonię, że w nadmiarze dźwięków bardzo łatwo jest zgubić ten czysty. A przede wszystkim, że, kiedy robimy hałas, kiedy wołamy, kiedy mówimy, to nie słuchamy. A rozmowa to nie tylko mówienie, ale i słuchanie, może nawet – przede wszystkim słuchanie. Mówienie przychodzi nam na ogół łatwiej niż słuchanie.

Klęknięcie przed Najświętszym Sakramentem w ciszy było dla mnie trudne. Łatwiej było mi mówić. Znacznie trudniej – milczeć. Gdy zacząłem milczeć, pojawiła się trudność kolejna – gonitwa myśli, mnóstwo rozproszeń. Milczenie obnaża i czyni bezbronnym. Ale milczenie też otwiera. Z czasem myśli przestają gonić w głowie. Bywa, że w ich miejsce pojawia się pustka. Na szczęście czasami razem z nią pojawia się też spokój, wyciszenie, ukojenie.

Rzadko pojawią się słowa, bo Pan Bóg na ogół odpowiada ciszą. Ktoś powie: to skąd wiesz, że w ogóle odpowiada? Cisza ciszy nierówna.

Wtedy rzekł: «Wyjdź, aby stanąć na górze wobec Pana!» A oto Pan przechodził. Gwałtowna wichura rozwalająca góry i druzgocąca skały [szła] przed Panem; ale Pan nie był w wichurze. A po wichurze – trzęsienie ziemi: Pan nie był w trzęsieniu ziemi. Po trzęsieniu ziemi powstał ogień: Pan nie był w ogniu. A po tym ogniu – szmer łagodnego powiewu. Kiedy tylko Eliasz go usłyszał, zasłoniwszy twarz płaszczem, wyszedł i stanął przy wejściu do groty.

1 Krl 19, 11-13

Ta piękna historia proroka Eliasza mówi dużo o Panu Bogu – przychodzi jako szmer łagodnego powiewu. To kojarzy mi się właśnie z ciszą. W hałasie trudno ów szmer wychwycić. I wreszcie sam Pan Jezus mówi:

Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie».

Mt  11, 28-30

Kiedy więc myślę o moim haśle „Tyle adoracji, co i kontemplacji”, to mam takie – nomen omen – ciche marzenie, byśmy w Polsce prócz tych wszystkich mniej czy bardziej spektakularnych wydarzeń ewangelizacyjnych znaleźli w Kościele również przestrzeń dla ciszy. Chciałbym, by w każdym kościele była możliwość wejścia i pomodlenia się. Mówił o tym w 2015 roku papież Franciszek:

Kościół nie może nie mieć formy gościnnego domu, z otwartymi zawsze drzwiami. Kościoły i parafie, które mają zamknięte drzwi, nie powinny nazywać się kościołami, ale muzeami.

Ja wiem, że to bywa trudne, że za zamykaniem kościołów poza nabożeństwami przemawiają często względy bezpieczeństwa, ochrony przed wandalizmem i kradzieżami. Ale trzeba tu ważyć dobra. Ja dodałbym do tego pragnienie, by w tym zawsze otwartym kościele był wystawiony Najświętszy Sakrament. Tak, by to było czymś dostępnym i oczywistym, że można przyjść do kościoła o dowolnej porze dnia i spędzić czas na cichej adoracji, na kontemplacji. A kiedy to już będzie dostępne – byśmy zaczęli uczyć się w Kościele tego bycia w ciszy.

(Visited 169 times, 1 visits today)
Nie krępuj się. Komentuj na Facebooku. Lubię dyskutować. Ach, no, i - jeśli tylko tekst Ci się spodobał, a mam nadzieję, że tak, to podziel się nim z innymi.
Poprzedni tekst

Są takie chwile...

Następny tekst

Pomilczeliśmy sobie